Osiem nieznanych ciekawostek z Południowej Afryki

Ten wpis Was zaskoczy. Gwarantuję. Południowa Afryka to teren dość słabo poznany w Polsce… a dziwactw czyhających na podróżnika jest tu całe mnóstwo. To jak, zaczynamy?

"Wielka piątka" zwierząt afrykańskich namalowana na murze w Johannesburgu. Lampart ma zeza

„Wielka piątka” zwierząt afrykańskich namalowana na murze w Johannesburgu. Lampart ma zeza

Na drugim robocie w prawo

Potwierdzam zapytania, płynące do mnie z różnych stron. To prawda – mieszkańcy Południowej Afryki rzeczywiście nazywają sygnalizację świetlną robotem. „Go straight on, turn right at the second robot…”

Jadalne kamienie

Smażone motyle do jedzenia to swego rodzaju standard w różnych egzotycznych częściach świata, ale kamienie na stoisku z jedzeniem widziałem po raz pierwszy.

Podobno są szczególnie przydatne kobietom w ciąży jako bogate źródło wapnia – surowca ważnego dla matki i jej dziecka. Ale kiedy kupiłem sobie kamlota na spróbowanie, podeszła do mnie starsza kobieta z pytaniem skąd to mam i za ile, bo ona uwielbia. Cóż, o gustach się ponoć nie dyskutuje, ale jak dla mnie było to raczej ziemiste i zapychające.

Jedzenie kamieni – stereotypowa Afryka na 200%.

Reklamy uliczne

Gdyby kobieta w ciąży nie chciała wydawać pieniędzy na bogate w wapń jadalne skały, zawsze może zrobić sobie aborcję. Reklamy aborcji wiszą wszędzie. Na każdym słupie, każdej ścianie, każdym śmietniku.

Towarzyszą im ogłoszenia o powiększeniu penisa i anonse proroków, wróżek, szamanów. Dotyczące zdjęcia uroku, przepowiadania przyszłości, zaklinania obiektu niespełnionych uczuć. Pisałem o tym już w poprzednim wpisie o Johannesburgu.

Poligamia

Prezydent RPA, Jacob Zuma, ma 6 żon, które urodziły mu 21 dzieci. I nie jest bynajmniej w swej rozpuście osamotniony. Król maleńkiego królestwa Suazi, Mswati III, może pochwalić się liczbą prawdopodobnie szesnastu żon (dane zmieniają się dynamicznie, więc mogą być już nieaktualne). Trzeba jednak królowi wytknąć, że daleko mu do wyniku ojca, który za swojego życia stanął przed ołtarzem ponad siedemdziesiąt razy.

Tradycyjna poligamia nadal jest praktykowana w południowej części Afryki. Nie tylko wśród głów państw. W dzisiejszym świecie niesie za sobą szereg problemów, takich jak…

HIV

Według statystyk, prawie trzydzieści procent mieszkańców królestwa Suazi jest zarażonych wirusem HIV. W niektórych kategoriach wiekowych wskaźnik ten przekracza połowę. To najwyższy wynik na świecie.

Jest więc bardziej niż prawdopodobne, że pani kucharka, która przygotowywała mi w Suazi obiad, sprzedawca ze sklepu, urzędnik na granicy i w ogóle ludzie z otaczającego mnie na ulicy tłumu, są chorzy na AIDS. 

W Republice Południowej Afryki HIV zarażony jest co piąty mieszkaniec, co daje siedem milionów nosicieli wirusa.

Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka, ale jeden z ważniejszych to wspomniane powyżej tradycyjne wielożeństwo. Jeżeli mężczyzna bierze sobie za żonę kobietę zarażoną HIV, a potem poślubi jeszcze kilka innych, wirus przenosi się na wszystkie kobiety… plus ich potomstwo.

Wspomniany prezydent Zuma, pomimo posiadania sporego haremu, w 2005 roku dopuścił się gwałtu na młodej aktywistce politycznej, o której wiadomo było, że jest zarażona wirusem HIV.

Stojąca w centrum Durbanu ogromna czerwona wstążka symbolizuje walkę kraju z epidemią wirusa HIV

Stojąca w centrum Durbanu ogromna czerwona wstążka symbolizuje walkę kraju z epidemią wirusa HIV

Bantustany

Słowo „bantustan” funkcjonuje w języku polskim jako synonim republiki bananowej – słabego, niestabilnego, zależnego od innych państwa trzeciego świata. W rzeczywistości bantustany były czymś na wzór indiańskich rezerwatów. Białe władze Afryki Południowej wydzielały kawałek nieurodzajnej ziemi, na których przymusowo osiedlały rdzenną (czarną) ludność kraju. Na czele bantustanów stawali lokalni watażkowie, zazwyczaj wspierający ustrój apartheidu (bo to apartheid dawał im możliwość władzy w parapaństewku).

Czterem bantustanom udało się uzyskać formalną niepodległość. Nie została ona nigdy uznana przez ONZ, ale można teoretycznie powiedzieć, że mapa tego regionu świata wyglądała jeszcze niedawno zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.

Rzeczywista mapa polityczna Południowej Afryki lat 80tych (z uwzględnieniem bantustanów)

Rzeczywista mapa polityczna Południowej Afryki lat 80tych (z uwzględnieniem bantustanów)

Na szczególną uwagę zasługuje bantustan Bophuthatswana, którego przywódca Lucas Mangope wsławił się kolaboracją z białymi rasistowskimi bojówkami. Kiedy Nelson Mandela i jego Afrykański Kongres Narodowy szedł po władzę, kiedy ustrój apartheidu miał się ku końcowi a bantustany miały przestać istnieć, Mangope wezwał na pomoc uzbrojone komanda białych burskich nacjonalistów, by pomogły mu powstrzymać czarny marsz ku równouprawnieniu. Skończyło się to rasistowską rzezią czarnych na polecenie ich czarnego przywódcy.

Lucas Mangope do dziś cieszy się wolnością i jest aktywny w krajowej polityce.

W więzieniu siedział za to…

Eugene Terre’Blanche – współczesny Hitler

Kiedy po raz pierwszy obejrzałem ten krótki filmik z przemową Terre’Blanche’a, myślałem, że to ujęcia z jakiejś zapomnianej komedii o Hitlerze w innych realiach. Wszystko tu wydaje się być parodią – pseudo-swastyka, mundury, czerwono-białe flagi, głos i gestykulacja… Ale to nie parodia, tylko rzeczywiste zjawisko polityczne zwane Afrykanerskim Ruchem Oporu.

Genezą szaleństwa Terre’Blanche’a jest wielowiekowe przekonanie o wyższości Burów (posługujących się językiem afrykanerskim potomków białych kolonizatorów) nad czarną ludnością Afryki. I chęć utrzymania dominacji białej rasy w momencie dochodzenia do władzy Afrykańskiego Kongresu Narodowego Nelsona Mandeli.

Wojciech Jagielski napisał całą książkę o Eugenie Terre’Blanche’u i jego Afrykanerskim Ruchu Oporu. „Wypalanie traw” – bardzo polecam. Fantastyczna lektura.

Przedstawicielki ludu Suazi podczas szalonego tradycyjnego tańca. Oglądanie tańca - na własne ryzyko!

Przedstawicielki ludu Suazi podczas szalonego tradycyjnego tańca. Oglądanie tańca – na własne ryzyko!

Na własne ryzyko

Z powyżej wypisanego wyłania się obraz Południowej Afryki jako bardzo ciekawego, ale i pełnego niebezpieczeństw miejsca. Może więc nie dziwne jest, że wszędzie w RPA widnieje dopisek „na własne ryzyko”?

Safari – na własne ryzyko (co zrozumiałe). Ale i wizyta w muzeum – na własne ryzyko. Zakupy w supermarkecie – na własne ryzyko. Korzystanie z toalety – na własne ryzyko. „At your own risk”.


Różne drobniejsze ciekawostki pojawiają się częściej na Facebookowej stronie Stacji Filipa. Przestrzegam jednak – lajkowanie na własne ryzyko!

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

Johannesburg: miasto (kradzionego) złota

Reakcja policjanta na zawiadomienie o napaści była przewidywalna: „co wyście, do cholery, robili w centrum miasta na ulicy?!”

No, szliśmy. Zmierzaliśmy do Carlton Centre, centrum handlowego mieszczącego się w przyziemiu najwyższego budynku Afryki. Niedzielne popołudnie, godzina czternasta. Tłum ludzi na ulicach, samo centrum Johannesburga. Tylko że w Johannesburgu centrum dawno już przestało być miejscem dozwolonym dla białego człowieka.

Od krótkiej chwili miałem wrażenie, że ktoś za nami podąża. Przyspieszyliśmy kroku, ciągle starając się wyglądać na wyluzowanych. Do Carlton Centre pozostało zaledwie pięćdziesiąt metrów, kiedy kątem oka dostrzegłem pięciu facetów rzucających się na Gala. Zacząłem biec…

Dwie minuty później wróciłem na miejsce z sześcioma ochroniarzami. Ale było już za późno. Gal stał na skraju chodnika, oszołomiony. Bez portfela, plecaka, telefonu, za to z poszarpaną koszulką i czerwonymi pręgami na szyi.

Johannesburg, owiana złą sławą dzielnica Hillbrow, fragment centrum miasta

Johannesburg, owiana złą sławą dzielnica Hillbrow, fragment centrum miasta

Nauka chodzenia

Mogło być dużo gorzej. W 2015 roku w samym Johannesburgu policyjna statystyka odnotowała ponad 1300 zabójstw. Ile śmierci skryło się w mroku szarej strefy – nie wiadomo. Dla porównania, tego samego roku w całej Polsce stwierdzono 495 zabójstw.

– Avoid to walk. Avoid to walk! Nie chodź nigdzie pieszo – powtarzała do znudzenia znajoma, kiedy usłyszała o napaści na Gala. – W zeszłym roku jechałam taksówką na imprezę. Założyłam ulubione kolczyki, które dostałam od rodziców po ukończeniu szkoły. To były takie metalowe obręcze o sporej średnicy. Taksówkarz zaparkował przed klubem, miałam do przejścia może z dziesięć metrów. Tyle wystarczyło. W pewnym momencie poczułam, jak czyjeś ręce zaciskają się wokół moich kolczyków. Rozerwał mi całe uszy, wszędzie kapała krew…

Z kolei Brace, kiedy wybieraliśmy się razem na miasto, instruował mnie jak chodzić. – Patrz na mnie, chodzę jak kaczka. Musisz się tego nauczyć. Wyluzowany, swobodny styl. Nie możesz wyglądać na spiętego. I nie zbliżaj się do ściany, bo cię jeszcze ktoś na nią wepchnie, odcinając ci drogę ucieczki. – Brace miał koło pięćdziesięciu lat i był wysoko postawionym urzędnikiem. Jednak to nie jego pozycja zawodowa, tylko kolor skóry i znajomość lepszych oraz gorszych miejsc sprawiały, że odważyłem się z nim spacerować po Yeoville, dzielnicy owianej wybitnie złą sławą.

Ale to było przed napaścią. Później poruszałem się już jak każdy inny biały – taksówką. Od drzwi do drzwi. Bez aparatu, portfela i paszportu. Tylko z telefonem i niedużą sumą pieniędzy w kieszeni.

Tablica ogłoszeń koło biura ochrony w Carlton Centre. "Arrest her pls pls"

Tablica ogłoszeń koło biura ochrony w Carlton Centre. „Arrest her pls pls”

Tablica ogłoszeń koło biura ochrony w Carlton Centre

Tablica ogłoszeń koło biura ochrony w Carlton Centre

Postapokalipsa

Jeszcze ćwierć wieku temu w „mieście złota” (nazywanym tak ze względu na gorączkę złota, która doprowadziła do jego powstania) panował zupełnie odwrotny porządek. W dzielnicach takich jak centrum Johannesburga mogła pracować tylko określona liczba czarnych robotników. Wystarczająco duża, żeby nie brakło rąk do najgorszej, fizycznej pracy. Wystarczająco mała, żeby bogatym dzielnicom nie groziły zamieszki.

W ogóle, jeśli byłeś czarny, nie miałeś prawa podejmować większości zawodów. Aby wyjść na teren białych, potrzebowałeś przepustki. Każdy mógł zażądać jej okazania, nawet pięcioletnie dziecko, a ty musiałeś giąć się w pokłonach i udowadniać, że masz prawo chodzić po chodniku. Rzadko który biały zwracał się do ciebie prawdziwym imieniem – przecież wiadomo, że wszyscy Murzyni to Jim, tak jak każdy podwórkowy pies to Burek.

Czarni pracownicy Johannesburga nie mieszkali więc w Johannesburgu, lecz w miastach-satelitach zwanych townshipami (najsłynniejszy z townshipów, Soweto, jest do dziś największym miastem Republiki Południowej Afryki). Jednak wraz ze zwycięstwem Nelsona Mandeli i jego partii w wyborach w 1994 roku, a co za tym idzie – z upadkiem apartheidu, ustroju rasowego wykluczenia – czarni zaczęli odzyskiwać ziemie, zawody, władzę. Runęły mury czarnych gett i potok ludności wyrwał się z czarnych townshipów do białych miast.

Jednocześnie, im więcej czarnych uchodźców osiedlało się w wieżowcach centralnego Johannesburga, tym więcej białych firm z nich uciekało. Sytuacja wyrwała się spod kontroli. Doprowadzono do tego, że wiele biurowców stoi dziś pustych. Nawet wspomniany Carlton Centre, najwyższy budynek Afryki, przez lata mieścił w sobie tylko centrum handlowe w przyziemiu i punkt widokowy na najwyższym pięćdziesiątym piętrze. 48 kondygnacji straszyło wiecznie ciemnymi oknami.

Upadły szyld upadłego budynku w centrum miasta. Zdjęcie robione po szpiegowsku, telefonem

Upadły szyld upadłego budynku w centrum miasta. Zdjęcie robione po szpiegowsku, telefonem

Niektóre budynki spotkał jeszcze gorszy los – zostały przejęte przez mafie lub najuboższe warstwy społeczne. Widać je z daleka dzięki zniszczeniom, nadpaleniom, wybitym szybom, zwisającemu zewsząd praniu, górze śmieci pod oknami, dymowi z palonych na chodnikach ognisk. Flagowym przykładem przejętego budynku do 2007 roku był prawie dwustumetrowy wieżowiec Ponte City. Zanim odzyskano nad nim kontrolę, góra śmieci wyrzucanych przez okna Ponte osiągnęła wysokość czternastu pięter (poświęcę temu miejscu osobny wpis).

Widok na Lily Avenue. Po lewej stronie jeden z przejętych przez biedotę budynków. W tle wznosi się wieżowiec Ponte City

Widok na Lily Avenue. Po lewej stronie jeden z przejętych przez biedotę budynków. W tle wznosi się wieżowiec Ponte City

Kiedy stanie się pośrodku ulicy w centrum Johannesburga, trudno wyobrazić sobie jej widok z początku lat dziewięćdziesiątych. Jak to mogło wyglądać: białe kołnierzyki białych biznesmenów? Uporządkowany ruch drogich limuzyn? Nuda klasycznej biurowej dzielnicy? Ostatnie funkcjonujące kopalnie złota?

Dzisiaj to postapokaliptyczne getto rodem z Mad Maxa. Ulicami chaotycznie mkną czarne taksówki. Na chodnikach rozkładają się stragany z owocami lub ubraniami (ubrania zazwyczaj leżą na ziemi w poskręcanych zwojach). Na każdym słupie, każdej latarni, każdej ścianie wiszą trzy rodzaje reklam: tania i bezpieczna aborcja, skuteczne powiększanie penisa, magiczne usługi proroków. Złota się już nie wydobywa, chyba że z kieszeni zabłąkanych turystów.

Hunter Street w dzielnicy Yeoville. Na pierwszym planie widać nadpalone drzewo, pod nim - stertę śmieci. W tle widnieje jeden z opuszczonych (przejętych?) budynków. Stara antena satelitarna służy jako nośnik reklamowy

Hunter Street w dzielnicy Yeoville. Na pierwszym planie widać nadpalone drzewo, pod nim – stertę śmieci. W tle widnieje jeden z opuszczonych (przejętych?) budynków. Stara antena satelitarna służy jako nośnik reklamowy

Jeśli przypatrzeć się bliżej, okazuje się, że jednym ze śmieci pod nadpalonym drzewem jest czaszka sporego zwierzęcia

Jeśli przypatrzeć się bliżej, okazuje się, że jednym ze śmieci pod nadpalonym drzewem jest czaszka sporego zwierzęcia

Poza centrum

Są też w Johannesburgu bezpieczne miejsca. Na przykład dzielnica Sandton, południowoafrykańskie Wall Street, położone przy linii kolejowej do Pretorii. To tam przeniosła się duża część biznesu po wielkim exodusie z centrum miasta.

Albo strzeżone osiedla. Fragmenty miasta oddzielone od świata zewnętrznego zasiekami, bramami, drutami pod napięciem, strzeżonymi bramami wjazdowymi.

Żeby móc żyć w tym mieście, trzeba się umieć po nim poruszać. Wiedzieć, gdzie lepiej nie zaglądać. Pewnego dnia poprosiłem młode białe małżeństwo z północnych dzielnic o podwiezienie do centrum. Spełnili moją prośbę, ale nie bez trudności.

– Nie wiem, gdzie jest główny dworzec kolejowy. Nigdy wcześniej tam nie byłem – tłumaczył Jamie.

– Skąd przyjechałeś? – zaciekawiłem się.

– Jestem stąd. Urodziłem się w Johannesburgu – odparł mężczyzna i włączył samochodową nawigację.

Reklamy proroków i szamanów znajdują się na każdej ulicy

Reklamy proroków i szamanów znajdują się na każdej ulicy

Podobnie jak reklamy aborcji...

Podobnie jak reklamy aborcji…

...i powiększania penisa

…i powiększania penisa

Klasyk motoryzacji zaparkowany przy jednej z handlowych ulic śródmieścia

Klasyk motoryzacji zaparkowany przy jednej z handlowych ulic śródmieścia

Choć angielski jest głównym językiem kraju, nie wszyscy mieszkańcy władają nim w wystarczającym stopniu. Na zdjęciu fragment lokalnej tablicy ogłoszeniowej - "Badroom" mogłoby być tytułem horroru

Choć angielski jest głównym językiem kraju, nie wszyscy mieszkańcy władają nim w wystarczającym stopniu. Na zdjęciu fragment lokalnej tablicy ogłoszeniowej – „Badroom” mogłoby być tytułem horroru

Przedpołudniowy widok na Johannesburg. Na pierwszym planie lepsze dzielnice klasy średniej, w tle getto zwane centrum miasta (lewa strona) oraz dzielnica Hillbrow (prawa strona). Widoczna przy prawej krawędzi wieża obserwacyjna od wielu lat jest zamknięta na głucho

Przedpołudniowy widok na Johannesburg. Na pierwszym planie lepsze dzielnice klasy średniej, w tle getto zwane centrum miasta (lewa strona) oraz dzielnica Hillbrow (prawa strona). Widoczna przy prawej krawędzi wieża obserwacyjna od wielu lat jest zamknięta na głucho


Na ulicach Johannesburga dzieje się akcja wydanego kilku lat temu klipu do piosenki „Fatty Boom Boom” południowoafrykańskiego zespołu Die Antwoord. Zawsze myślałem, że miasto jest tam specjalnie ucharakteryzowane, aby przewrotnie podkreślić stereotypy o Południowej Afryce.

Dzisiaj wiem, że jedynym dodanym przez reżysera elementem były dzikie zwierzęta. Cała reszta to stuprocentowa codzienność centrum Johannesburga. Wliczając widoczne w tle reklamy proroków.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

10 lat fotografii kolejowej

Jedenastego września 2006 roku świat przejmował się piątą rocznicą ataku na World Trace Center, Siaosi Tāufa’āhau Manumataongo Tuku’aho Tupou V został zaprzysiężony jako piąty król Tonga oraz dwudziesty trzeci Tu’i Kanokupolu Tongatapu, ówczesny premier Jarosław Kaczyński (!) ogłosił datę wyborów samorządowych, a ja rozpocząłem wieloletnią przygodę z fotografią kolejową.

Kalendarz nie kłamie – to już dziesięć lat. Dziesięć lat, od kiedy spełniło się moje marzenie i zostałem przyjęty w poczet fotografów galerii internetowej World Rail Photo. Bo tak naprawdę bieganie z aparatem wśród torów uprawiałem dużo wcześniej. Tylko że pierwsze zdjęcia pochodziły z klasycznej małpki – prostego aparatu analogowego Minolty o zastosowaniu typowo urlopowym. Pamiętacie te czasy, kiedy po trzydziestu sześciu zdjęciach trzeba było szukać sklepu z filmami fotograficznymi?

Nie zapomnę, jakie wrażenie robiły na mnie zdjęcia dodawane na WRP. Co druga klatka – palpitacja serca, drżenie rąk i zazdrość, potworna zazdrość. Bo ja miałem trzynaście, czternaście lat i trudno było mi się ruszyć gdzieś dalej. A chłopaki na galerii dodawali zdjęcia z tak dalekich stron jak Chojnice, Frombork, czy nawet Przemyśl!

31.03.2006, odcinek Kadyny - Suchacz Zamek. To jedno ze zdjęć, które w 2006 roku podziwiałem długimi godzinami. Fot. Piotr Stanisławski (Pedro).

31.03.2006, odcinek Kadyny – Suchacz Zamek. To jedno ze zdjęć, które w 2006 roku podziwiałem długimi godzinami. Fot. Piotr Stanisławski (Pedro).

Aż w końcu sam wybrałem się gdzieś dalej, i to od razu najdalej, jak tylko można – na wymianę szkolną do Australii. Zdjęcie, za pomocą którego dostałem się do elitarnego grona fotografów WRP, przedstawiało kolej jednoszynową na Pyrmont Bridge w Sydney.

Miałem 15 lat, fotografowałem starym analogowym Canonem, zdjęcia skanując potem na domowym skanerze kiepskiej jakości. Podpisywałem się na fotografiach Comic Sansem i nadużywałem emotikonów w opisach oraz komentarzach. Trochę mi za to wstyd.

Zmieniły się czasy i kolejowa estetyka. Pociągi są dziś czystsze, bardziej jednolite… i nudniejsze. Nie ma już wielu klimatycznych bocznych linii z zapuszczonymi dworcami. Prawie nie kursują zdezelowane, okopcone lokomotywy spalinowe – ich miejsce zajęły plastikowe szynobusy. To, co pasażer odczuwa jako zmianę na lepsze, dla kolejowego fotografa oznacza niemal zmierzch pasji. Dlatego w pewnym momencie przerzuciłem się prawie w stu procentach na fotografowanie zagranicznych pociągów.

Wielka przygoda z fotografią kolejową trwa nadal. Jej historia to również historia spełniania marzeń – bo na drodze trafiły się tak niezwykłe miejsca, jak południowoamerykańskie autobusy szynowe (dosłownie: autobusy), pociągi mknące przez syberyjską tundrę, wiecznie zaśnieżona linia kolejowa w norweskich górach. Poniżej zebrałem przekrojową serię zdjęć wrzucanych przez te dziesięć lat. Przeżyjcie ten czas razem ze mną!

6.08.2006 Sydney, Pyrmont Bridge. Monorail w drodze pomiędzy przystankami Darling Park a Harbourside. Zdjęcie jest już historią – parę lat temu kolej jednoszynowa w Sydney została zamknięta.

16.08.2006 Pociąg Sydney CityRail na Bondi Line pomiędzy stacjami Kings Cross i Martin Place.

16.08.2006 Pociąg Sydney CityRail na Bondi Line pomiędzy stacjami Kings Cross i Martin Place.

23.08.2005, Podolinec, Słowacja. W tamtym okresie często uskuteczniałem tak zwane "ganianki" - mama goniła pociąg samochodem, a ja co pewien czas wyskakiwałem i robiłem zdjęcie. To zdjęcie powstało akurat z okna samochodu.

23.08.2005, Podolinec, Słowacja. W tamtym okresie często uskuteczniałem tak zwane „ganianki” – mama goniła pociąg samochodem, a czternastoletni ja co pewien czas wyskakiwał i robił zdjęcie. To powstało akurat z okna samochodu.

23.07.2006, Jeleniów. SU42-502 z pociągiem pospiesznym do Wrocławia złapana pomiędzy Kudową Zdrój a Lewinem Kłodzkim.

23.07.2006, Jeleniów. SU42-502 z pociągiem pospiesznym do Wrocławia złapana pomiędzy Kudową Zdrój a Lewinem Kłodzkim.

22.10.2006, stacja Lednogóra. Pierwsze eksperymenty z bardziej zaawansowanymi formami fotografii.

22.10.2006, stacja Lednogóra. Pierwsze eksperymenty z bardziej zaawansowanymi formami fotografii.

16.09.2006, Bory Tucholskie, okolice Rytla. ST44-910 ciągnie pociąg towarowy z Zajączkowa Tczewskiego do Szczecina. Pierwszy "Gagarin" na szlaku - bezbrzeżny zachwyt!

16.09.2006, Bory Tucholskie, okolice Rytla. ST44-910 ciągnie pociąg towarowy z Zajączkowa Tczewskiego do Szczecina. Pierwszy „Gagarin” na szlaku – bezbrzeżny zachwyt!

22.10.2006, Jankowo Dolne. Tak, podpisywałem swoje zdjęcia Comic Sansem... W trosce o zdrowie psychiczne widzów, z pozostałych zdjęć podpisy zostały wykasowane.

22.10.2006, Jankowo Dolne. Tak, podpisywałem swoje zdjęcia Comic Sansem… W trosce o zdrowie psychiczne widzów, z pozostałych zdjęć podpisy zostały wykasowane.

10.12.2006, Ludwikowice Kłodzkie. Przeróbka fotografii z parowozem w duchu starej pocztówki.

10.12.2006, Ludwikowice Kłodzkie. Przeróbka fotografii z parowozem w duchu starej pocztówki.

31.07.2007, Teodozja, Krym. Same nowości: nowy aparat, pierwsza podróż na wschód, nowy podpis pod zdjęciem...

31.07.2007, Teodozja, Krym. Tłum letników w drodze na plażę przechodzi przez tory kolejowe. Same nowości: nowy aparat, pierwsza podróż na wschód, nowy podpis pod zdjęciem…

Jesień 2007, gdzieś po drodze z Działdowa do Brodnicy. To zdjęcie nigdy nie znalazło się na WRP, bo w tamtym okresie nie przedstawiało większej wartości. Dzisiaj już jest historycznym rarytasem. Kto by pomyślał, że tak szybko pożegnamy serię SU45?

Jesień 2007, gdzieś po drodze z Działdowa do Brodnicy. To zdjęcie nigdy nie znalazło się na WRP, bo w tamtym okresie nie przedstawiało większej wartości. Dzisiaj już jest historycznym rarytasem. Kto by pomyślał, że tak szybko pożegnamy serię SU45?

3.05.2008, Červená Skala, Słowacja. "Nurek" wjeżdża na stację ze słynnym pospiesznym Horehronec.

3.05.2008, Červená Skala, Słowacja. „Nurek” wjeżdża na stację ze słynnym pospiesznym Horehronec.

15.07.2008, Kirowsk. Marzenie spełnione. Pierwszy raz w życiu odwiedziłem prawdziwe sowieckie przemysłowe miasto, położone na dalekiej północy.

15.07.2008, Kirowsk. Marzenie spełnione. Pierwszy raz w życiu odwiedziłem prawdziwe sowieckie przemysłowe miasto, położone na dalekiej północy.

15.07.2008, Kirowsk, półwysep Kolski.

05.01.2010, Poznań, "wolne tory". Spalone wagony kontrastują z budynkami "poznańskiego Manhattanu". Dzisiaj zaraz obok stoi wielkie centrum handlowe Poznań Shitty Center.

05.01.2010, Poznań, „wolne tory”. Spalone wagony kontrastują z budynkami „poznańskiego Manhattanu”. Dzisiaj zaraz obok stoi wielkie centrum handlowe Poznań Shitty Center.

08.07.2010, Bendery, Naddniestrze. Zdjęcie niepozorne, ale to pierwsza w życiu wizyta w nieuznawanej republice.

08.07.2010, Bendery, Naddniestrze. Zdjęcie niepozorne, ale to pierwsza w życiu wizyta w nieuznawanej republice.

02.09.2011, MOŻD (Moskiewska Kolej Okrężna), odcinek Kanatczikowo-Presnia w świetle zachodzącego słońca.

02.09.2011, MOŻD (Moskiewska Kolej Okrężna), odcinek Kanatczikowo-Presnia w świetle zachodzącego słońca.

07.09.2011, 110 km linii Czum - Łabytnangi. Pociąg towarowo-osobowy relacji Łabytnangi - Workuta rusza z przystanku położonego pośrodku niczego.

07.09.2011, 110 km linii Czum – Łabytnangi. Pociąg towarowo-osobowy relacji Łabytnangi – Workuta rusza z przystanku położonego pośrodku niczego.

21.07.2012, Kiruna, Szwecja. Należąca do konsorcjum LKAB wielka lokomotywa IORE zbliża się do końca podróży z siedemdziesięciowagonowym składem.

21.07.2012, Kiruna, Szwecja. Należąca do konsorcjum LKAB wielka lokomotywa IORE zbliża się do końca podróży z siedemdziesięciowagonowym składem.

04.05.2013, Boliwia, trasa Cochabamba-Aiquile. Przystanek na kurczaka i zupę. Nigdy w życiu nie czułem się tak egzotycznie, jak podczas przejazdu tym starym szynobusem. Pełną fotorelację zamieściłem na świeżutkim wówczas blogu.

03.05.2013, Puno, Peru. W tle święte jezioro Titicaca - najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.) Komentarz pod tym zdjęciem pozostawił Wojtek. Kto by się spodziewał, że raptem rok później wyruszymy razem do Ameryki Południowej? :) WRP zbliża ludzi.

03.05.2013, Puno, Peru. W tle święte jezioro Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.)
Komentarz pod tym zdjęciem pozostawił Wojtek. W ten sposób się poznaliśmy – kto by się spodziewał, że raptem rok później wyruszymy razem do Ameryki Południowej?

6.12.2013, Tel Awiw. Intercity na południe złapany pomiędzy stacjami HaShalom i HaHagana. To zdjęcie otwierało mój artykuł ze "Świata kolei" o pociągach w Izraelu.

6.12.2013, Tel Awiw. Intercity na południe złapany pomiędzy stacjami HaShalom i HaHagana.
To zdjęcie otwierało mój artykuł ze „Świata kolei” o pociągach w Izraelu.

7.06.2014, górski płaskowyż Hardangervidda, Norwegia. Pociąg numer 64 z Bergen do Oslo wjechał do Finse - najwyżej położonej stacji w Norwegii (1222 m n.p.m.). Kolejne marzenie spełnione. Będąc dzieckiem, często zaglądałem na kamerkę internetową nadającą na żywo ze stacji Finse. Jak wtedy marzyłem o wyjeździe do Norwegii...! Minęło parę lat i marzenie się spełniło :) Do tego stopnia, że napisałem potem obszerny artykuł o kolejach w Norwegii.

7.06.2014, górski płaskowyż Hardangervidda, Norwegia. Pociąg numer 64 z Bergen do Oslo wjechał do Finse – najwyżej położonej stacji w Norwegii (1222 m n.p.m.).
Kolejne marzenie spełnione. Będąc dzieckiem, często zaglądałem na kamerkę internetową nadającą na żywo ze stacji Finse. Jak wtedy marzyłem o wyjeździe do Norwegii…! Minęło parę lat i sam tutaj dotarłem.
A potem napisałem obszerny artykuł o kolejach w Norwegii.

Takie rzeczy zdarzają się niestety dość często. Kozacza Łopań, Ukraina,

Takie miłe pozdrowienia zdarzają się niestety dość często. Kozacza Łopań, Ukraina.

9.11.2014, na szlaku z Ollagüe do Calamy, Chile. Trio ciężkich wąskotorowych (1000 mm) lokomotyw GL26C zmierza nad ocean z transportem rudy cynku. Wokół rozciąga się jedno z najsuchszych środowisk na świecie - pustynia Atacama. Druga podróż do Ameryki Południowej pozwoliła mi sporządzić obszerny materiał o kolejach na terenie Andów.

9.11.2014, na szlaku z Ollagüe do Calamy, Chile. Trio ciężkich wąskotorowych (1000 mm) lokomotyw GL26C zmierza nad ocean z transportem rudy cynku. Wokół rozciąga się jedno z najsuchszych środowisk na świecie – pustynia Atacama.
Druga podróż do Ameryki Południowej pozwoliła mi sporządzić obszerny materiał o kolejach na terenie Andów.

14.07.2015, Ukraina, okolice wsi Poligon. D1-717 jako pociąg osobowy relacji Mikołajów-Tymkowo przejeżdża przez pola słonecznika.

14.07.2015, Ukraina, okolice wsi Poligon. D1-717 jako pociąg osobowy relacji Mikołajów-Tymkowo przejeżdża przez pola słonecznika.

07.03.2016, Gdańsk Rębiechowo - Gdańsk Port Lotniczy. Pociąg Pomorskiej Kolei Metropolitalnej dojeżdża do terminalu gdańskiego lotniska. Polska kolej bardzo zmieniła się przez te dziesięć lat. Różnica pomiędzy tym zdjęciem, a pierwszymi w zaprezentowanej galerii, jest kolosalna. Prawda?

07.03.2016, Gdańsk Rębiechowo – Gdańsk Port Lotniczy. Pociąg Pomorskiej Kolei Metropolitalnej dojeżdża do terminalu gdańskiego lotniska.
Polska kolej bardzo zmieniła się przez te dziesięć lat. Różnica pomiędzy tym zdjęciem, a pierwszymi w zaprezentowanej galerii, jest kolosalna. Prawda?

Jeśli komuś jakimś cudem jest mało – zapraszam na World Rail Photo oraz Facebooka.

Dziękuję rodzicom za wspieranie pasji i dawanie możliwości jej realizowania. Dziękuję towarzyszom podróży (zwłaszcza Piotrkowi!) za cierpliwe wyczekiwanie przy torach, bo „już za chwilę na pewno pojedzie pociąg”.

Adminom i użytkownikom WRP bardzo dziękuję za minione 10 lat – wasze rady i komentarze pozwoliły mi szlifować umiejętności. Obyśmy się jak najdłużej spotykali na szlakach!

Oczekiwanie na szlaku (2011)

Oczekiwanie przy szlaku (2011)

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

Książka do podróży

Współpasażer ciągle usiłuje zagadywać. Bo pociąg jedzie wolno, a jemu się tak nudzi… Do Białegostoku ma jeszcze osiem godzin i trzy przesiadki. Książki ani gazety nie wziął ze sobą, bo on nie lubi czytać. Nudno. Przydałby się zimny browar…

Trasa rzeczywiście należy do znanych i nieciekawych, ale ja się nie nudzę, bo czytam. W podróż zawsze zabieram ze sobą tonę książek. Dawniej ta tona ważyła tonę, ale od kiedy mam swój ukochany czytnik, mogę wieźć mnóstwo tytułów bez obaw o awarię kręgosłupa.

Księgarnia Kwiat Marii na ulicy peruwiańskiego Trujillo. W sprzedaży niestety głównie kolorowe czasopisma...

Księgarnia Kwiat Marii na ulicy peruwiańskiego Trujillo. W sprzedaży niestety głównie kolorowe czasopisma…

Czytanie książek w podróży ma jedną wadę – czasem można zaczytać się do tego stopnia, że świat wokół przestaje aż tak interesować. Pamiętam scenę, jak w 2010 roku siedzę na którymś z donieckich przystanków tramwajowych i z zapartym tchem przerzucam kolejne strony „Metro 2033” Dmitrija Głuchowskiego. Parę lat później podobnie do czytnika przykuła mnie inna powieść tego samego autora – „Futu.re”. Czytałem ją w każdym długodystansowym peruwiańskim autobusie, leżąc na tylnych siedzeniach i walcząc z wywołującymi mdłości górskimi zakrętami. Później nie zmierzyłem oka w powrotnym samolocie nad Atlantykiem. Ostatnią stronę „Futu.re” doczytałem dokładnie w momencie, gdy samolot lądował na madryckim lotnisku Barajas. Wstawało czerwone hiszpańskie słońce. Moje oczy były równie zaczerwienione od całonocnego czytania.

Właśnie tego typu literatura może się przydać w drodze – lekka, niewymagająca, wciągająca. Filozoficzne dzieła klasyków, wymagające skupienia i zadumy, nie sprawdzą się najlepiej, gdy w autobusie na cały regulator grzmią lokalne hity (patrz: 10 rzeczy, które doprowadzą cię do szału w Ameryce Południowej). Książka dla podróżnika powinna zresetować umysł i odwrócić uwagę od nużącego wielogodzinnego przejazdu. Dobrze, gdy rozdziały są krótkie, a czytanie można przerwać w dowolnym momencie.

OK, przyznaję. W jednej z podróży nie mogłem się oderwać od „Zmartwychwstania” Tołstoja.

Ale wracając do lekkich, przyjemnych i podróżniczych inspiracji:

Luis Sepúlveda, Express Patagonia

Cała moja miłość do Ameryki Południowej rozpoczęła się prawdopodobnie od tomiku „Express Patagonia” chilijskiego pisarza Luisa Sepúlvedy. Za pierwszym razem czytałem go we własnym łóżku, śniąc później o nierealnych wówczas podróżach przez dżungle i pustynie. Za drugim razem rozdziały o Santiago de Chile czytałem już w Santiago de Chile. Za trzecim razem fragment o Ekwadorze pochłaniałem w Ekwadorze. I choć świat się zmienił, a Ameryka Łacińska z czasów młodości Sepúlvedy odeszła bezpowrotnie, to lektura nadal wciąga i inspiruje. Sepúlvedą nakarmiłem też paru „nieczytających”, co powinno być chyba dobrą rekomendacją.

Serhij Żadan, Hymn demokratycznej młodzieży

W Donbasie zakochałem się po lekturze Serhija Żadana. Jego powieści określam mianem „literatury wódki i drogi”. „Hymn demokratycznej młodzieży” cytowałem już kiedyś na tym blogu, wspominając dawne podróże autostopowe. A potem przeczytałem go jeszcze raz i wróciłem do autostopowania. Dla przyjemności, nie oszczędności.

Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania

Znana i lubiana „Miedzianka. Historia znikania” Filipa Springera to coś pomiędzy literaturą faktu a fascynującą powieścią. Rewelacyjna, świetnie napisana historia małego dolnośląskiego miasteczka, które z biegem lat przestało istnieć. Pochłonąłem na raz. Cudeńko.

Maciej Wasielewski, Jutro przypłynie królowa

„Jutro przypłynie królowa” Macieja Wasielewskiego urzekło mnie nie tyle stylem, ile tematyką. Oto historia malutkiej wysepki pośrodku oceanu, którą nawet w XXI wieku cechuje niemal całkowita izolacja od reszty świata. W zaledwie kilkudziesięcioosobowej społeczności, gdzie wszyscy znają się od dziecka, zaczyna regularnie dochodzić do gwałtów. Uciec nie ma dokąd, a gwałcicielem może być wujek, kumpel ze szkolnej ławy, własny ojciec. Że też jeszcze Hollywood nie podchwyciło tego tematu… A może podchwyciło? Rzadko oglądam filmy.

Stefan Grabiński, Demon ruchu

Stefan Grabiński jest dziś autorem niemal zapomnianym. A niesłusznie – przecież jego „Demon ruchu”, wydany w 1919 roku tomik opowiadań okołokolejowych, to przykład znakomitej literatury grozy. Upiorni maszyniści, tajemniczy pasażerowie, pociągi-widma… Dla miłośnika kolei to pozycja obowiązkowa. Albo doskonały prezent. Jako nastolatek połknąłem „Demona ruchu” w nocnym pociągu do Petersburga. Potem bałem się patrzeć za okno…

Etgar Keret, Rury

No i jest też Etgar Keret. Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł na podróż. Opowiadanka Kereta są króciutkie i nie wypełnią wielogodzinnego przejazdu rozklekotanym autobusem. Ale z drugiej strony, mało którego autora nie waham się polecić niemal każdemu. Bo to się po prostu musi podobać.

To moje ulubione książki z gatunku luźnych-wciągających-idealnych na podróż. Chętnie poznam Wasze propozycje. Chcecie coś polecić? Piszcie w komentarzach na blogu albo na Facebooku.

Pokażmy, że czytanie nie jest jeszcze passé.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS