Ręce do góry! Mroczna podróż przez zniszczony Donieck

Ostatni raz lotnisko w Doniecku odwiedziłem jesienią 2013 roku. Nowy terminal, wybudowany przed mistrzostwami Euro 2012, wciąż pachniał nowością. Kto by wówczas pomyślał, że trzy lata później będę oglądał jego ruiny? I że tuż obok lotniska zostanę pojmany przez zbrojny oddział separatystów? Oto opowieść o podróży na front.

Lotnisko w Doniecku - stan na kwiecień 2016 roku

Lotnisko w Doniecku – stan na kwiecień 2016 roku

Puste ulice i nieużywane przejścia dla pieszych

Na północy miasta królują puste ulice i nieużywane przejścia dla pieszych

Donieck. Stary, dobry Donieck, w którym tak dawno mnie nie było. Chodzę po mieście, poznaję stare kąty, spotykam się ze znajomymi. W centrum nie zmieniło się wcale tak dużo. Na budynkach zawisły nowe flagi, zniknął McDonald’s, ulice wypełniły się ludźmi z bronią. Ale hałdy, kopalnie i typowy dla Doniecka chaos przestrzenny – to wszystko pozostało.

Trzeciego dnia pobytu dostaję propozycję odwiedzenia północnych dzielnic miasta, położonych zaraz w pobliżu linii frontu. Z lekkimi oporami, ale się zgadzam. Przyjechałem tu między innymi zrobić reportaż, a jak pisać tekst o miejscu zmienionym wojną, jeśli się wojny na własne oczy nie ujrzy?

Punktualnie o piętnastej pojawiam się więc pod donieckim dworcem kolejowym, gdzie czeka już na mnie czworo kompanów: Ilia – znany rosyjski bloger wraz ze swoją dziewczyną Olgą, Sasza z Archangielska, który od miesiąca mieszka w Doniecku i Ajna, pracująca w miejscowym szpitalu Rosjanka łotewskiego pochodzenia.

Łyżki wśród popiołów

Przechodzimy przez przejście podziemne nieczynnego dworca i ruszamy na północ ulicą Rabfakowską. Ta dziwna nazwa upamiętnia tak zwane rabfaki, raboczije fakultety, czyli kursy robotnicze będące elementem systemu edukacyjnego we wczesnym okresie Związku Radzieckiego. Z początku Rabfakowska wygląda jak jedna z setek niczym nie różniących się uliczek wiejskich rejonów Doniecka. Po obu stronach błotnistej dróżki ciągnie się niska zabudowa domków jednorodzinnych.

Ulica Rabfakowska w Doniecku

Ulica Rabfakowska w Doniecku

W końcu dostrzegamy pierwsze zniszczenia. Podziurawione płoty i elewacje wyglądają jak sito.

– To nie są ślady po ostrzale karabinowym, tylko po odłamkach – przewodnickim tonem informuje Ajna, która zdążyła już przywyknąć do wojennej codzienności. – To znaczy, że gdzieś tutaj upadł pocisk artyleryjski.

Im dalej na północ, tym więcej zniszczeń. Pojawiają się leje po bombach i spalone do cna domy. Okolica coraz bardziej pustoszeje. Zaglądamy do paru opuszczonych domów, gdzie największe wrażenie robią na nas pozostawione przez mieszkańców rzeczy codziennego użytku. Książki, szczoteczki do zębów, naczynia. W jednym ze spalonych domów rozgrzebujemy popioły, by znaleźć zestaw spalonych sztućców.

Znalezione na ziemi pozostałości po zastawie stołowej robiły chyba największe wrażenie

Znalezione na ziemi pozostałości po zastawie stołowej robiły chyba największe wrażenie

W większości domów pozostały meble

W większości domów pozostały meble

W końcu dochodzimy do ulicy Stratonautów. To jedna z głównych arterii tej części miasta. Dawniej jeździł tu trolejbus – dzisiaj jego ponowne uruchomienie wymagałoby odbudowy przystanków i ponownego zawieszenia sieci trakcyjnej. Ale dla kogo miałby kursować, jeśli w okolicy od dawna nikt już nie mieszka?

Ulica Stratonautów - widok w stronę wschodnią

Ulica Stratonautów – widok w stronę wschodnią

Zniszczony mur cmentarza przy ulicy Stratonautów

Zniszczony mur cmentarza przy ulicy Stratonautów

Wysadzone przez pociski groby

Wysadzone przez pociski groby

Lotnisko

Ze Stratonautów widać już ruiny donieckiego lotniska. Pierwszy raz było o nim głośno w 2012 roku, kiedy władze chwaliły się nowiutkim terminalem, oddanym do użytku przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Drugi raz terminal pojawił się na czołówkach gazet dwa lata później, w 2014 roku. W zgoła innym kontekście. To na donieckim lotnisku miały miejsce najcięższe walki pomiędzy Ukraińcami i armią separatystów. Szczególnie znany stał się oddział zwany Cyborgami, określony tak ze względu na wielotygodniową wytrwałość podczas boju.

Idąc w stronę portu lotniczego, wkrótce natrafiamy na kilka zmotoryzowanych patroli separatystów. Sprawdzają dokumenty, długo zatrzymują się przy naszych dziennikarskich akredytacjach. W końcu puszczają dalej. Nakazują rozwagę, bo front jest niedaleko. – W razie ostrzału pamiętajcie, by od razu padać na ziemię. Tam gdzie stoicie. Żadnego uciekania przed siebie – informują żołnierze i odjeżdżają.

Pozostałości po ulicznej barykadzie

Pozostałości po ulicznej barykadzie

Dojście do samego terminalu jest dla nas niemożliwe, bo nadal przechodzi tam linia frontu. Oglądamy z daleka jego ruiny. Fotografujemy zniszczoną stację benzynową, szkielet supermarketu Metro, ostrzelane znaki i leżące na asfalcie pozostałości po pociskach.

Rzut oka w stronę terminala - na pierwszym planie ruiny supermarketu Metro

Rzut oka w stronę terminala – na pierwszym planie ruiny supermarketu Metro

A tak to samo miejsce wyglądało parę lat wcześniej - wycinek z Google Street View

A tak to samo miejsce wyglądało parę lat wcześniej – wycinek z Google Street View

Pamiętam te miejsca z czasów, gdy tętniło tu życie. Później widziałem w Internecie filmy z ostrzelanymi samochodami i leżącymi na asfalcie trupami. Czuję się nieswojo i nie mam ochoty na żarty. Zupełnie inaczej niż grupa, która ekscytuje się widokiem zniszczeń. Może to dlatego, że – paradoksalnie – jako jedyny z nich wszystkich znałem miasto jeszcze przed wojną?

– To trochę śmieszne, jak ty to wszystko przeżywasz – mówi Ajna.

Nie komentuję – bez słów ruszamy dalej ulicą Startową. Musimy się spieszyć, bo słońce powoli chyli się ku zachodowi. Zmrok oznacza wznowienie działań wojennych. Tej nocy znów będzie słychać kanonadę.

Na celowniku

Startowa przywodzi na myśl amerykańskie postapokaliptyczne filmy. Idziemy środkiem dwupasmowej arterii, ale nie mija nas żaden samochód. Jest całkowicie cicho. Wokoło straszą połamane drzewa. Pod nogami chrzęszczą łuski.

Postapokaliptyczny obraz ulicy Startowej

Postapokaliptyczny obraz ulicy Startowej

Na każdym kroku potykamy się o pozostałości po pociskach

Na każdym kroku potykamy się o pozostałości po pociskach

W końcu dochodzimy do jednego z kilku w tej okolicy zrujnowanych bloków mieszkalnych. Ajna proponuje wycieczkę na jego dach. Ja kategorycznie odmawiam, argumentując, że to całkowity brak wyobraźni. Po pierwsze, na dachu widać jakąś metalową konstrukcję (prawdopodobnie radar albo nadajnik), która niemal na pewno jest ochraniana. Po drugie, postać ludzka na dachu jest idealnym celem dla snajpera. Po trzecie, nawet jeśli nie zestrzeli nas snajper, to w takiej sytuacji zawsze łatwo być oskarżonym o szpiegostwo. I wreszcie kwestia obywatelstwa – Rosjanie może nie mają się czego obawiać, ale mój polski paszport nie jest najmilej widziany w Donieckiej Republice Ludowej.

Grupa dzieli się na dwie części. Ajna z Saszą postanawiają szukać mocnych wrażeń. Ja, Ilia i Olga rezygnujemy – powoli odchodzimy w stronę miasta.

Niestety, nie mija pół minuty, jak na balkonach bloku pojawiają się separatyści. Tak naprawdę, kiedy wycelowali w nas karabiny, kiedy zaczęli krzyczeć, że jesteśmy szpiegami, i że mamy się nie ruszać, bo nas odstrzelą, to odruchowo podniosłem ręce do góry. Tak to się zawsze robiło na filmach.

– Tylko że to nie jest film ani książka – zdążyłem pomyśleć. – To dzieje się naprawdę.

Wojenna turystyka

Na komendę żołnierzy wszyscy pokazujemy kolana. Nie widać na nich głębokich odcisków, więc nie można posądzić nikogo z nas o bycie snajperem. Później separatyści każą odsłonić prawe ramię. Sprawdzają, czy nie ma na nim odcisku od karabinu.

Pierwszą godzinę spędzamy w garażu jednego z pobliskich domów. Potem przyjeżdża po nas transport – wojskowa ciężarówka z konwojentami. Ostatecznie trafiamy do jednostki wojskowej na wschodzie Doniecka.

Po kolejnych dwóch godzinach przygoda kończy się szczęśliwie. Ministerstwo Informacji DRL potwierdza prawdziwość naszych akredytacji prasowych. Do czasu nieszczęśliwej przygody z blokiem, wszystkie nasze ruchy były w pełni legalne.

Do dziś uwiera mnie jednak beztroska, z jaką część mojej grupy podchodziła do zrujnowanych przez wojnę miejsc. Podróże pełne wrażeń to coś, co sam uwielbiam, ale to nie była eksploracja starych fortyfikacji, paryskich katakumb ani opuszczonej fabryki. To nie był film wojenny ani gra komputerowa. W ruinach spalonych domów pogrzebani są prawdziwi ludzie, ich wspomnienia, uczucia, marzenia. To nie miejsce na uprawianie beztroskiej turystyki.

– Hipisi cholerni, czy co… – mruczeli pod nosem żołnierze, sprawdzając ślady na naszych kolanach.

Epilog

Dwa tygodnie później znów odwiedzam dzielnicę za dworcem – tym razem nie turystycznie, a zawodowo. Na jednej z uliczek napotykam dwóch małych chłopców biegających z plastikowymi karabinami. Widocznie ciągle im mało. Najlepiej w wojnę bawi się na wojnie. I to niestety bez ograniczeń wiekowych.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

Miasto umarłych w Ninacaca

Obok stadionu stoi pałac. Formą nieco przypomina indyjski Taj Mahal. Za pałacem wyrasta szkoła, kościół, jeszcze jeden kościół… Wszystko dla nieboszczyków. W peruwiańskiej wsi Ninacaca odwiedziłem prawdziwe miasto umarłych.

To pierwsza wzmianka o tym miejscu w polskim Internecie. Region Pasco, w którym leży Ninacaca, rzadko odwiedzają turyści. Nie ma tu zbyt wielu inkaskich zabytków, a w krajobrazie dominuje wysokogórski płaskowyż.

Miejscowi na co dzień zmagają się z surowymi realiami życia na wysokości 4300 m n.p.m. Tutejszy klimat w dzień poddaje ludzi próbie gorąca, a w nocy – próbie zimna. Kiedy słońce jest tu w zenicie, praży bez żadnej litości, niemal od razu spalając nieprzyzwyczajoną skórę Europejczyka. Natomiast każdego wieczora temperatura spada do zera. Co ciekawe, nikt w domach nie instaluje ogrzewania – tutejsi mieszkańcy nawet do restauracji chodzą w grubych wełnianych kurtkach. I tak dzień w dzień, przez cały rok.

Stolica regionu, Cerro de Pasco, to najwyżej położone duże (powyżej 50 000 mieszkańców) miasto na świecie. Ale nie uświadczy się tu urokliwych górskich pejzaży. Cerro de Pasco jest bowiem stolicą peruwiańskiego górnictwa. Ponure nieotynkowane budynki, kopalnie, hałdy i absolutny brak drzew – oto tutejsza rzeczywistość.

Widok na Cerro de Pasco

Widok na Cerro de Pasco

Pamiątka z Cerro de Pasco - złota koparka z minerałami

Pamiątka z Cerro de Pasco – złota koparka z minerałami

Do Ninacaca dojeżdżamy zbiorową taksówką (colectivo). Podróż z Cerro de Pasco zajmuje około czterdziestu minut i kosztuje sześć soli (siedem złotych). Znajduje się tu niewielki rynek, zabytkowy kościół kryty strzechą, no i cmentarz. Miasto umarłych, la ciudad de los muertos – tak mówią o nim miejscowi.

Lubię odwiedzać cmentarze, bo właśnie w nich najlepiej odzwierciedla się cały lokalny koloryt. Zwyczaje, gust, emocjonalność mieszkańców danego regionu. Dlatego pisałem już o kolorowym cmentarzu w Rumunii i o boliwijskich grobach w kształcie domków dla lalek.

A w Ninacaca każdy grób jest osobnym budynkiem. Dominują rzecz jasna kościoły, zwłaszcza miniaturowie kopie świątyni stojącej przy rynku. Ale są też zwykłe domy, zapewne rzeźbione na podobieństwo domostw nieboszczyków. Jest miejscowa szkoła. I stadion – miejsce spoczynku Solona Quispe. Cmentarne alejki stają się więc ulicami miniaturowego miasteczka. Strach pomyśleć, jakie życie kwitnie tu ciemną nocą.

Kolorowy cmentarz-miasto w Ninacaca

Kolorowy cmentarz-miasto w Ninacaca

Grób w kształcie stadionu

Grób w kształcie stadionu

Znicz jest okrągły, a bramki są dwie

Znicz jest okrągły, a bramki są dwie

Legenda mówi, że dziwna tradycja stawiania grobów w kształcie budynków ma swój początek w 1989 roku. Wtedy to uprowadzono i zamordowano burmistrza wioski, będącego jednocześnie nauczycielem. Mieszkańcy wznieśli mu grób w kształcie budynku miejscowej szkoły… a dalej zaczęły powstawać całe kwartały miasta-cmentarza.

Przynajmniej taką wersję można znaleźć w Internecie. Na miejscu, zarówno w Cerro de Pasco jak i w Ninacaca, trudno dowiedzieć się czegoś więcej o niezwykłej tradycji. Miejscowych cechuje zadziwiająca obojętność na otaczający ich świat (to zresztą cecha często spotykana przeze mnie w słabiej rozwiniętych państwach). Nic o mieście umarłych nie wie recepcjonistka z hotelu, kierowcy samochodów z Ninacaca, a nawet rodziny odwiedzające cmentarz.

Podchodzę ostrożnie do grupy osób stojących przy grobie. Trochę mi głupio, bo chyba nie każdy życzyłby sobie dziwnych pytań od turysty, gdy wspomina zmarłych bliskich. – Przepraszam – zagaduję – czy mogliby państwo opowiedzieć mi historię tego niezwykłego cmentarza?

Odpowiedzią jest zaskoczenie. Uprzejmi, ale zdezorientowani Peruwiańczycy odpowiadają, że przecież to cmentarz jak każdy inny. Jaka tu może być historia? Ludzie umierają, to naturalna kolej rzeczy. Gdzieś ich trzeba pochować.

A chowa się w Ninacaca tak:

Peruwiański Taj Mahal

Peruwiański Taj Mahal

Kościół stojący przy rynku w Ninacaca...

Kościół stojący przy rynku w Ninacaca…

...i jego miniaturowa wersja (po prawej)

…i jego miniaturowa wersja (po prawej)

Stojące z boku nieco starsze groby

Stojące z boku nieco starsze groby

Miejsce wiecznego spoczynku "mojej księżniczki"

Miejsce wiecznego spoczynku „mojej księżniczki”

Bezgłowy anioł strzegący jednej z mogił

Bezgłowy anioł strzegący jednej z mogił

Nagrobek kowboja

Nagrobek kowboja

Faceci w czerni - tu prawdopodobnie spoczywa jakiś lokalny boss

Faceci w czerni – tu prawdopodobnie spoczywa jakiś lokalny boss

Rynek w Ninacaca

Rynek w Ninacaca

Po kilku próbach dowiedzenia się czegoś konkretnego, daję spokój. Wracamy na noc do Cerro de Pasco. Tego dnia wyjątkowo trudno się oddycha – każdy krok na wysokości ponad czterech tysięcy metrów jest dla zmęczonego i nieprzyzwyczajonego organizmu problemem. Wystarczy podejść pod niewielką górkę, a już kręci się w głowie, serce wali jak oszalałe, nogi odmawiają posłuszeństwa. Trzeba odpocząć. Nie chcę mieć w Ninacaca grobu w kształcie poznańskiego ratusza.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

(Szy)szkodniki drzewne, czyli o pustynnieniu polskich miast

Nie milkną głosy oburzenia po ekscesach ministra Szyszko w sprawie puszczy Białowieskiej. I słusznie. Ale co nam po puszczy, kiedy sami na potęgę wycinamy drzewa gdzie popadnie? Bo kruche, bo zasłaniają słońce, bo pylą… (Szy)szkodników jest więcej, niż jeden minister.

Mój znajomy od dłuższego czasu prowadzi nierówną walkę w sprawie wycinania drzew pod oknami jego bloku. Najpierw wycięto jedno, gałęziami dotykające okien mieszkań. Pozostał po nim tylko okrągły ślad wśród betonu. Teraz urzędnicy zabierają się za drugie drzewo. Bo starszy mieszkaniec z pierwszego piętra narzeka, że liście zasłaniają mu światło słoneczne w ciągu dnia, a on chciałby się opalać przed telewizorem.

Decyzja została już podjęta. I choć znajomy nie ustaje w wysiłkach – pisze pisma, odwiedza urzędy – na drodze stają mu urzędnicze znajomości. Mówi, że gdy tylko wyjdzie z urzędu, natychmiast dzwonią do niego z pretensjami ze spółdzielni mieszkaniowej.

Wkrótce więc na osiedlu zapanuje cisza i porządek. Nie będzie już tych wrednych ptaków, swoim śpiewaniem wyrywających mieszkańców ze snu o szóstej rano. Nie będzie podłych, śmiercionośnych pyłków. Nie będzie liści, które trzeba grabić jesienią. Pozostanie rozgrzany słońcem beton.

Śmiercionośna aleja drzew

Aleja drzew w Wielkopolsce. Trzeba ją wyciąć, bo jeszcze jakiś kierowca wyląduje na drzewie

Rewitalizacja, czyli wycinka

To teraz modne. Pomimo rosnącej popularności tak zwanego ekologicznego stylu życia, drzewa najwidoczniej zaczęły przeszkadzać mieszkańcom miast. W Poznaniu remont okolic Ronda Kaponiera, głównego przesiadkowego centrum stolicy Wielkopolski, pozostawił na sporym obszarze prawdziwą betonową pustynię. Nie ma tu ani jednego krzewu, drzewka, rabatki. Są płytki chodnikowe, asfalt i dużo szarości. Niemal wszystko w jednym kolorze. A przecież kiedyś było tu tak zielono.

W miasteczku moich dziadków „zrewitalizowano” rynek. „Rewitalizacja” polegała na położeniu hałaśliwej kostki brukowej (ruchu samochodów nie wstrzymano), postawieniu kolorowej fontanny w kształcie fallusa (latem całymi dniami okupują ją półnagie cygańskie rodziny) i wyrwaniu z korzeniami rozłożystych drzew. Owszem, posadzono na ich miejscu jakieś niewielkie gałązki, ale miną lata, zanim wyrosną z nich piękne dęby. A wtedy prawdopodobnie rynek doczeka się kolejnej „rewitalizacji”.

Drudzy moi dziadkowie mieszkają natomiast na wsi, coraz bardziej popularnej pod względem wypoczynkowym. Miastowi zjeżdżają tutaj tłumnie, kupują działki, żeby mieszkać bliżej natury… po czym wycinają z nich cały drzewostan. Zamiast tego sadzą wymyślne rabaty i brukują w ogrodzie ścieżki spacerowe. Natura jak się patrzy.

Dwa lata temu w Rybniku pod budowę supermarketu wycięto cały park. Historia odbiła się szerokim echem w mediach, zwłaszcza tych społecznościowych. Ale co z tego? Sprawa rozeszła się po kościach, a sklep notuje zapewne spore zyski.

Rybnicki park przed i po wycince. Fot. Teresa Kaźmierska (źródło: bryla.pl)

Rybnicki park przed i po wycince. Fot. Teresa Kaźmierska (źródło: bryla.pl)

Szczyt ekologii – sojowe latte

Pozostaje jeszcze kwestia tak zwanych alei drzew przy drogach. Krew mnie zalewa, kiedy słyszę wezwania do ich wycięcia z powodu bezpieczeństwa. Jadąc samochodem, wpadłeś na drzewo? To znaczy, że nie dostosowałeś prędkości do panujących na drodze warunków. Gdyby na miejscu drzewa stała matka z dzieckiem, też byś postulował ich wycięcie w pień? I nie mów, że matka siedzi z tyłu.

Nie zamierzam przywiązywać się do pni, ani prowadzić nachalnej indoktrynacji na deptakach miast. Po prostu się dziwię. Krytykujemy (słusznie!) ministra Szyszko(dnika), przejmujemy się (słusznie!) losem puszczy Amazońskiej wycinanej w celach przemysłowych przez Brazylijczyków. A sami jesteśmy wcale nie mniejszymi barbarzyńcami.

Historię z Rybnika oraz wycinkę puszczy Białowieskiej można chociaż tłumaczyć bezwzględnością rynku, wymogami krwiożerczego kapitalizmu, źle pojmowanym rozwojem… Jednak w większości przypadków drzewa padają, bo są po prostu niemile widziane. Zamykamy dziś kopalnie, bo węgiel jest nieekologiczny. Segregujemy śmieci, rozdzielając torebkę od herbaty na pięć różnych części (woreczek, fusy, sznureczek, etykietka i metalowa zszywka). Litrami pijemy sojowe latte w hipsterskich kawiarniach. A jednocześnie nie lubimy drzew, bo zasłaniają słońce i drapieżnie rzucają się na pijanych kierowców.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

Podróż do Donbasu – poradnik

Po powrocie z Donbasu odebrałem niejedną wiadomość od ludzi chcących pojechać na wycieczkę do Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Czy to jest w ogóle możliwe? Oto odpowiedzi na Wasze pytania.

Tramwaje w centrum Jenakijewa (Doniecka Republika Ludowa), 2016 rok

Tramwaje w centrum Jenakijewa (Doniecka Republika Ludowa), 2016 rok

O jakim terenie mowa?

W wyniku wojny na wschodzie Ukrainy, prorosyjscy separatyści stworzyli dwa nieuznawane na arenie międzynarodowej państwa – Doniecką Republikę Ludową i Ługańską Republikę Ludową. O życiu codziennym na tamtych terenach pisałem niedawno tutaj.

A dzisiaj spróbuję odpowiedzieć na pytanie czy podróż w tamte strony jest w ogóle możliwa.


Czy warto jechać na wycieczkę do zajętego przez separatystów Donbasu?

Nie. Tam trwa wojna. Codziennie giną ludzie, inni tracą swoje domy, rodziny, przyjaciół. Nawet jeśli nie odczuwasz strachu, ludzka tragedia nie jest najlepszym sposobem na podniesienie poziomu adrenaliny. Zawsze można skoczyć na bungee, przejść się nocą przez Poznań w szaliku Legii…

Jeśli natomiast masz przed sobą konkretny cel, interesujesz się wschodem i nie chcesz tylko pokazać znajomym, że „jesteś fajny, bo jedziesz na wojnę” – to warto. Warto pojechać i zobaczyć na własne oczy zmiany, jakie zaszły na wschodzie Ukrainy. Upewniając się wcześniej, że podróż nie skończy się kulą w tył głowy.


Czy w Donbasie jest bezpiecznie?

Nie jest. Polskie media nie zwracają na to uwagi, ale działania wojenne nigdy się nie zakończyły. Każdej nocy na froncie trwają walki z użyciem granatników, karabinów, czołgów i rakiet. Pociski zazwyczaj nie dolatują do dzielnic mieszkalnych, ale i tak zagrożenie jest realne.

Jeszcze większym niebezpieczeństwem dla podróżnika jest „szpiegomania”. Każdy obcy paszport, duży plecak, nietypowy ubiór może rodzić podejrzenia o szpiegostwo. Są miasta, w których od razu możesz trafić do tak zwanej piwnicy (miejscowe słowo-klucz). Dlatego absolutnie nie myśl nawet o wyjeździe do Donbasu, jeśli nie władasz językiem rosyjskim w stopniu co najmniej komunikatywnym.

Pozostałości po ostrzale na donieckiej ulicy

Pozostałości po ostrzale na donieckiej ulicy

Jak dojechać do Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej?

Tylko z terytorium Ukrainy. Przekraczanie granicy między DRL/ŁRL a Rosją jest według ukraińskiego prawa uznawane za ciężkie przestępstwo, za które grozi  deportacja/zakaz wjazdu na Ukrainę/wysoka grzywna. Trzeba więc wjechać od strony Ukrainy, a potem tamże wyjechać.

Żeby przejechać przez linię frontu, wymagana jest przepustka wydawana przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Niedawno uproszczono sposób jej wydawania i można ją załatwić przez Internet. Radzę oczywiście wszystkie pola wypełniać w języku ukraińskim.

Przekraczanie „granicy” między Ukrainą a DRL (w ŁRL przejścia nie funkcjonują) możliwe jest tylko w dzień i zazwyczaj zajmuje sporo czasu, dlatego po południu lepiej na granicę nie zajeżdżać, bo nocowanie w pobliżu linii frontu nie należy do przyjemności.


Załatwiłem wszystkie formalności. Czy mogę teraz spokojnie jechać i wypoczywać w cieniu pięknych donieckich hałd węglowych?

Nie. Wyjechać z Ukrainy jest względnie łatwo, ale trzeba jeszcze jakoś uzasadnić swój pobyt na terytorium separatystycznych Republik. Masz babcię w Doniecku? To jedź. Jesteś dziennikarzem? To jedź (z akredytacją!). W innych przypadkach nie radzę – podróż do Donbasu może się skończyć różnie, w zależności od tego, na jakich ludzi natrafisz.

Polski paszport wywołuje bardzo wiele pytań i wątpliwości. Lokalna telewizja co rusz podaje różne informacje, na przykład o polskich snajperach, którzy rzekomo służą w strefie ATO wspierając wojska ukraińskie…

Jak można wyrobić akredytację dziennikarską?

W DRL procedura jest dość prosta, o ile faktycznie jesteś dziennikarzem/blogerem i możesz to udowodnić. Im więcej tytułów, tym lepiej. W ŁRL spodziewaj się wielodniowego oczekiwania na decyzję, sprawdzania twojej przeszłości do pięciu pokoleń wstecz oraz bardzo prawdopodobnej odmowy.

– Wpisałem pana nazwisko w Google i znalazłem hymn Kolei Lwowskiej. Jakie są pana powiązania z ukraińską koleją? – mówił z groźną miną urzędnik ministerstwa informacji w Ługańsku.

Najlepiej kontaktować się wcześniej mailowo z odpowiednimi organami. W sprawie adresów możesz pisać do mnie. Pamiętaj jednak, że figurowanie w bazie akredytowanych dziennikarzy wiąże się z pewnym ryzykiem. Ukraińcy wkrótce mogą cię uznać za wroga narodu.

Oczywiście akredytacja dziennikarska nie zwalnia z posługiwania się zdrowym rozsądkiem. Żołnierzy i wojskowych obiektów absolutnie nie wolno fotografować. Zawsze pozostaje też tak zwany „czynnik ludzki” – jeśli znajdziesz się sam na sam z grupą uzbrojonych bojowników gdzieś pośród ruin i fabryk, to niekoniecznie akredytacja dziennikarska może ci pomóc. W przyfrontowych miastach lepiej rejestrować się w budynku miejscowej administracji. To trochę trwa (ach, postsowiecka biurokracja!), ale bezpieczeństwo jest tego warte. Poza tym, urzędnicy mogą zawsze coś ciekawego podpowiedzieć albo i pokazać. Mieszkańcy Donbasu zawsze byli serdeczni; wojna to oczywiście zmieniła, ale na szczęście nie we wszystkich przypadkach.


Czy w DRL i ŁRL można robić zdjęcia?

W centrum Doniecka prawdopodobnie nikt nie zareaguje na widok człowieka z aparatem, ale w innych dzielnicach i innych miastach może być różnie. Jeśli jesteś miłośnikiem transportu, to najlepiej zapomnij o fotografowaniu komunikacji publicznej poza ścisłym centrum.


Jak się zachowywać, by zapewnić sobie choć względne bezpieczeństwo?

Wtapiać się w tłum. Nie nosić jaskrawych ubrań ani odzieży o zabarwieniu politycznym. Chować aparat fotograficzny po każdym wykonanym zdjęciu. Nie przyszywać do plecaka wielkiej polskiej flagi. W przypadku problemów zachowywać się uprzejmie, spokojnie, nie szarżować i nie udowadniać swego za wszelką cenę. Poczytać przed wyjazdem jak zachowywać się w skrajnych sytuacjach, na przykład podczas ostrzału. Nie wchodzić bez potrzeby na wysoko położone punkty obserwacyjne.


Czy aby nie za bardzo panikujesz?

Uwierzcie – nie. Mam całą masę miłych wspomnień z Donbasu. Pamiętam żołnierzy, którzy z uśmiechem pytali jak się tam w Polsce żyje i jak mi się podoba w ich republice. Były też babcie, które łamanym polskim życzyły mi miłej podróży.

Ale były też nerwy. I bardzo dużo opowieści o ludziach, którzy źle skończyli, nie zachowując podstawowej ostrożności. Lepiej na początku wszystko załatwić, niż zastanawiać się potem jak wyjść z tej okratowanej piwnicy. Podkreślam jeszcze raz, że tam trwa wojna, a na wojnie obowiązują wojenne zasady.

Znam przypadek Portugalczyka, który wjechał do DRL „turystycznie” i natychmiast został aresztowany, a po drobiazgowych przesłuchaniach sam zdecydował o czym szybszym opuszczeniu terytorium Republiki.

Mój znajomy został aresztowany, gdy w środku dnia fotografował główną ulicę Nowoazowska. Na zdjęciu nie znalazły się żadne nietypowe ani strategiczne obiekty, a znajomy jest Rosjaninem i w dodatku legitymował się akredytacją dziennikarską. To wiele mówi, prawda?

Mnie chciano aresztować za fotografowanie poniższego billboardu w centrum Stachanowa.

Centrum Stachanowa. Napis głosi "Stachanow! ŁRL! Rosja!"

Centrum Stachanowa. Napis głosi „Stachanow! ŁRL! Rosja!”


Jaka waluta funkcjonuje w DRL/ŁRL? Jak wysokie są ceny?                  

Na terytorium nieuznawanych Republik można płacić wyłącznie rosyjskimi rublami. Ceny nie są wysokie:
– hotel od 500 rubli za noc,
– bilety w komunikacji miejskiej od 2 do 10 rubli,
– dwudaniowy obiad w knajpie około 100-250 rubli.


Jakie są ograniczenia w podróżowaniu po terytorium Republik?

Nawet na głównych trasach autobusy kursują zazwyczaj tylko do wczesnego popołudnia. Wieczorem ciężko będzie wrócić do miasta, z którego wyjechaliście. Przykład: ostatni autobus z Jenakijewa do Gorłówki odjeżdża o 16:05. Ostatni autobus z Doniecka do Ługańska – o 14:00.

Trzeba pamiętać, że w obu Republikach funkcjonuje godzina policyjna. Od 23 (w ŁRL od 22) do 5 rano nie wolno wychodzić na ulice.


Czy pomiędzy DRL i ŁRL funkcjonuje granica?

Nie. Istnieją jedynie punkty kontrolne na drogach – ale one często bywają i wewnątrz Republik. Sposób i drobiazgowość kontroli zależy od paru czynników, spośród których najważniejszy jest dobry humor żołnierzy. Czasami w ogóle nie sprawdzają dokumentów, a czasem mogą zatrzymać i dokładnie przeszukiwać cały autobus.

Żadnej kontroli nie prowadzi się w jedynym pociągu łączącym Jasynuwatę (przedmieście Doniecka) z Ługańskiem.


Gdzie spać?

Couchsurfing w większych miastach działa sprawnie, bo ludzie są spragnieni kontaktu ze światem.

Jeśli nie Couchsurfing, to dość drogie (jak na oferowane standardy) typowo radzieckie hotele znajdujące się w centrum każdego miasta i miasteczka.


Co jeść?

Cokolwiek. Sklepy są dość dobrze zaopatrzone, zwłaszcza w Doniecku. Proste knajpy z solianką i pielmieniami znajdzie się wszędzie. Wykwintnych restauracji chyba nikt nie oczekuje? Choć oczywiście i takie się znajdą w centrum Doniecka.


Co zrobić, jeśli mam dodatkowe pytania?

Zalajkować Stację Filipa na Faceboooku  i odzywać się na priv 🙂

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS