Uchodźcy. Ci ze wschodu

Z ogarniętej wojną Ukrainy do Polski trafiło kilkuset Polaków. „Polska dała nam więcej w ciągu paru miesięcy, niż Ukraina przez trzydzieści pięć lat mojego życia” – można od nich usłyszeć.


Artykuł ukazał się na stronach Nowej Europy Wschodniej.


Uchodźca to modne słowo. Ale Samoiliukowie wymykają się stereotypom: nie wyznają islamu, nie przepłynęli żadnego morza, nie mają zapędów terrorystycznych. I nigdzie się nie wdarli: przyjechali, bo ich zaproszono.

To między innymi Samoiliuków miała na myśli premier Beata Szydło, kiedy podczas styczniowej debaty w Parlamencie Europejskim przekonywała, że Polska przyjęła milion uchodźców z ogarniętej wojną wschodniej Ukrainy. W rzeczywistości jest ich nie milion, a kilkuset. I to w cudzysłowie: żaden z nich nie otrzymał oficjalnego statusu uchodźcy. Przepustką do wyjazdu była dla nich Karta Polaka – dokument potwierdzający przynależność do narodu polskiego.

Donieck. Polska parafia na froncie

Jeszcze w 2012 roku na donieckim stadionie toczyły się piłkarskie potyczki w ramach piłkarskich mistrzostw Europy. Dwa lata później przedrostek „euro” przestał być tu mile widziany, a pod stadionem rozgorzał bój mężczyzn z karabinami zamiast piłki.

Do historii przeszło zwłaszcza lotnisko w Doniecku, pieczołowicie wyremontowane przed przyjęciem piłkarskich kibiców. To właśnie na nim w 2014 roku miały miejsce najcięższe walki pomiędzy elitarnymi jednostkami „Cyborgów” (po stronie ukraińskiej) i „Czeburaszek” (po stronie samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej). Obecnie straszą tu pozostałości zniszczonego terminala, szkielet supermarketu, rozstrzelane znaki, okopy, domy bez ścian i szyb, dziury po wybuchach.

Krwawy bój zakończył się w lutym 2015 roku, wraz z podpisaniem drugiego porozumienia w Mińsku. Nigdy nie ustały jednak ostrzały. Tyle dobrego, że niepisana zasada pozwala żołnierzom na wstrzymanie wojny w ciągu dnia. Dopóki świeci słońce, Donieck żyje normalnie. Im bliżej wieczora, tym na ulicach robi się bardziej pusto. Od dwudziestej trzeciej wieczorem do piątej rano trwa godzina policyjna, a w oddali grzmią odgłosy wystrzałów.

Zaledwie trzy kilometry od zrujnowanego lotniska z wojenną codziennością zmaga się polska parafia pod wezwaniem świętego Józefa.

– Znajdujemy się na tyle blisko linii frontu, że przez długi czas niektórzy wierni bali się przychodzić na niedzielną mszę świętą. Każdego dnia wieczorem słychać kanonadę – mówi ksiądz Mikołaj Pilecki z Towarzystwa Chrystusowego; urodził się na zachodniej Ukrainie, siedem lat studiował w Polsce, od dwóch lat jest proboszczem w Doniecku.

Kiedy w lutym 2014 roku ksiądz Pilecki obejmował swą parafię, na budynku regionalnej administracji powiewała jeszcze ukraińska flaga. Wszystko zaczęło się zmieniać dwa miesiące później. Świat usłyszał o prorosyjskich separatystach i tak zwanych zielonych ludzikach. 7 kwietnia 2014 proklamowano powstanie „Donieckiej Republiki Ludowej”, której władza rozciąga się dzisiaj nad miastem. Gdzie nie spojrzeć, wzrok pada na czarno-błękitno-czerwoną flagę młodej republiki i propagandowe plakaty z napisami „Sami decydujemy o swoim losie”.

Przez pewien czas było tu naprawdę strasznie. Zwłaszcza na początku rewolucyjnej zawieruchy w niejednej miejscowej piwnicy znikali ci, których separatystyczna władza podejrzewała o współpracę z Kijowem. Poźniej jednak życie w zbuntowanym państwie nieco się uspokoiło.

– Był taki czas, że pół miasta chodziło z bronią. W trolejbusach, w tramwajach, wszędzie było widać karabiny – opowiada ksiądz Pilecki. – Od lata 2015 roku jest na szczęście lepiej, choć oczywiście widać wielu żołnierzy. I lepiej nie wychodzić na ulice po zmroku – tłumaczy duchowny.

Ale czy zachodnia religia i polski paszport w kieszeni mogą same w sobie być problemem podczas wojny, która zawiera w sobie bunt przeciwko zachodniemu światu i jest symbolicznym konfliktem dwóch systemów wartości? Jak opowiada Walentyna Staruszko, prezes miejscowego Towarzystwa Kultury Polskiej, Donbas od zawsze był regionem wielokulturowym, a ruchy nacjonalistyczne nigdy nie stanowiły tu większego problemu. Wśród wielu narodowości zamieszkujących donbaskie miasta nie brakowało też Polaków. Jedni budowali tu fabryki, inni byli zsyłani przez carskie władze. Jeszcze inni znaleźli tu swój azyl, uciekając z zachodniej Ukrainy przed czystkami etnicznymi.

– Na pograniczu obwodów donieckiego i zaporoskiego jest nawet wioska, której część nazywa się Polszcza, bo mieszkają tam potomkowie polskich zesłańców – opowiada Walentyna Staruszko. – Ale głównie przyjeżdżano tutaj za chlebem. Gdy na zachodniej Ukrainie panował głód, donbaski przemysł i koleje rozwijały się dynamicznie. Zawsze można było znaleźć pracę. Dlatego też w 1934 roku przyjechał tu z Podola mój dziadek – kończy kobieta.

Po wybuchu ostatniej wojny, liczba Polaków w Donbasie dramatycznie się zmniejszyła. 10 stycznia 2015 roku około dwustu osób wyjechało z Doniecka w ramach ewakuacji zorganizowanej przez polski rząd. Kolejna grupa została ewakuowana pół roku później z Mariupola. Dziś pozostało około dwustu osób zrzeszonych przy organizacjach polonijnych w „Donieckiej Republice Ludowej”. To nie więcej niż jedna trzecia spośród tych, którzy deklarowali tutaj związki z polskością na początku 2014 roku.

– Obecnie odprawiam jedną mszę świętą w niedzielę. Kiedyś odprawiałem poranną mszę po polsku, potem sumę po rosyjsku, a wieczorem mszę po ukraińsku… – wspomina ksiądz Pilecki. – Oprócz tego mieliśmy księży w Gorłówce i Makiejewce pod Donieckiem. Teraz wszystkie te parafie obsługuję ja – wyjaśnia.

W Makiejewce, mieście tworzącym z Donieckiem jedną aglomerację, msza odbywa się raz w tygodniu. Nieco ciężej jest dojechać do Gorłówki, bo wojna przerwała drogi łączące to miasto ze stolicą regionu. Poza tym jak mówi ksiądz Pilecki, zbiera się tam zaledwie kilkuosobowa grupa wiernych. No i wreszcie atmosfera jest dużo mniej przyjazna niż w Doniecku. W lipcu 2014 roku polskie media obiegła informacja o porwaniu księdza Wiktora Wąsowicza, polskiego proboszcza z Gorłówki. Ksiądz Wąsowicz został zwolniony po jedenastu dniach aresztu, ale do swojej parafii nie mógł już wrócić.

Powoli kończy się więc historia Polaków w Donbasie. Nie wolno jednak zapominać, że nieliczna pozostała tu Polonia bardzo pragnie kontaktu z ojczyzną.

– Polska jest wspaniałym krajem. Jesteśmy jej szalenie wdzięczni za przyjęcie naszych migrantów, pomimo swoich własnych problemów materialnych. Doświadczyliśmy tyle ciepła, zrozumienia, opieki, troski, że trudno to zapomnieć – mówi na koniec rozmowy Walentyna Staruszko, a po jej policzku z wolna spływa łza.

Walentyna Staruszko, prezes donieckiego Towarzystwa Kultury Polskiej

Walentyna Staruszko, prezes donieckiego Towarzystwa Kultury Polskiej

Poznań. Nowe życie

Jednym z pierwszych miast, które zdecydowało się przyjąć uchodźców ze Wschodu, był Poznań. Jak informuje Jan Banaszak, specjalista do spraw cudzoziemców z poznańskiego urzędu miejskiego, w 2015 roku do stolicy Wielkopolski przyjechały dwie rodziny z zajętego przez separatystów Doniecka. W czerwcu i lipcu 2016 miasto przyjęło osiem rodzin z Mariupola. Wśród nich – Samoiliuków i Boczarowów.

Galina Samoiliuk na zawsze zapamięta tamtą sobotę. Była w pracy, kiedy nagle zadzwonił telefon. Głos w słuchawce poinformował, że Polska wyraziła zgodę na przyjęcie uchodźców. Pierwszeństwo miały rodziny z małymi dziećmi. Ale wyjazd zaplanowano na poniedziałek, więc mieli tylko kilkadziesiąt godzin na spakowanie całego dobytku i pożegnanie z dotychczasowym życiem. Czy się zgadzają? Galina nie wahała się ani chwili.

Z zanieczyszczonego fabrycznym pyłem Mariupola 23 listopada 2015 roku wyruszyła karawana autobusów. Na ich pokładzie jechali dorośli, dzieci, a także wielkie kraciaste torby, które mieściły wszystko, co miało się ich właścicielom przydać w nowym życiu. W ten sposób dojechali do Zaporoża, gdzie czekały już samoloty. Jeden dla ludzi, drugi dla kraciastych toreb.

– W samolocie nie zmrużyłem oka ani przez chwilę – opowiada Aleksandr Boczarow. – Oglądałem swój przyszły kraj. I widziałem olbrzymią różnicę, bo Ukraina była z góry zupełnie ciemna, a w Polsce świeciły się wioski, miasta, drogi…

– Polska to była prawdziwa bajka – wtóruje mu Galina Samoiliuk. – Na początku zakwaterowali nas w ośrodku w Rybakach pod Olsztynem, gdzie spędziliśmy siedem niezapomnianych miesięcy. Było ślicznie i wszędzie leżał biały śnieg. U nas w Mariupolu śnieg nie jest biały – mówi.

– Kiedy byłem dzieckiem, padał u nas biały śnieg. Teraz jest czerwony albo szary, a jak na ciebie spadnie choć płatek, to ci trzecie oko na czole wyrośnie – dopowiada Władimir, mąż Galiny.

Mariupol, Ukraina. Koty spacerują ulicami osiedla domków jednorodzinnych

Mariupol, Ukraina. Koty spacerują ulicami osiedla domków jednorodzinnych

Jedynym zajęciem podczas pobytu wśród gęstych mazurskich lasów były odbywające się co drugi dzień intensywne kursy języka polskiego. Ale rodziny nie narzekały na nudę.

– W Rybakach ma się wrażenie, że ciągle jest lato – wspomina Galina. – A kiedy przyszło prawdziwe lato… Wtedy naprawdę nie chciało się wyjeżdżać – mówi.

Wyjechać jednak trzeba było, bo Poznań zgłosił gotowość do przyjęcia nowych mieszkańców. Z obiema rodzinami spotykam się na początku lipca 2016 roku w mieszkaniach, które wynajmuje dla nich miasto. Boczarowowie zamieszkali w samym centrum stolicy Wielkopolski, a Samoiliukowie – na południu Poznania, w dzielnicy Dębiec. Ich mieszkania są czyste i nowoczesne, ale uchodźcy wiedzieli, że nie mogą się godzić na żadne zbędne luksusy. Bo za chwilę sami będą to wszystko utrzymywać.

Umowa z miastem przewiduje, że przez pierwsze trzy miesiące pobytu magistrat pokrywa wszystkie koszty pobytu mariupolczan w Polsce. Potem opieka stopniowo maleje, aż do momentu, kiedy rodzina finansowo stanie na nogi. Urzędnicy zaznaczyli w umowie, że powinno to zająć maksymalnie rok. A póki co wygospodarowali sto czterdzieści tysięcy złotych na tegoroczne utrzymanie mariupolskich uchodźców.

Dla Aleksandra Boczarowa na tę chwilę znalezienie dobrej pracy to jedyne wielkie marzenie. Od kiedy przyjechał do Poznania, rozesłał już prawie sto aplikacji na rozmaite pojawiające się w sieci ogłoszenia. Na razie nie otrzymał odpowiedzi, ale znajomi uspokajają go, że to okres urlopowy i żeby do września się nie denerwował. Tatiana, żona Aleksandra, niemal od razu znalazła pracę w jednej z familijnych fundacji. Na razie to tylko zastępstwo, ale kobieta jest dobrej myśli.

Nastrój uchodźców zmienia się diametralnie w zależności od podejmowanego tematu. Przez całe spotkanie weseli i pełni energii, markotnieją, gdy wspomnieć o ukraińskiej zawierusze ostatnich lat. W końcu pada to słynne zdanie, które słyszę niemal przy każdym spotkaniu z ukraińskimi emigrantami: „Polska dała nam więcej w ciągu paru miesięcy, niż Ukraina przez trzydzieści pięć lat mojego życia”.

To kwestia wypowiedziana nie przez wroga ukraińskiej niepodległości, a przez człowieka, któremu siermiężne realia odebrały resztki nadziei na uczciwe życie. Bo nawet podczas Euromajdanu, który najchętniej byśmy widzieli jako spontaniczny wolnościowy zryw, po obu stronach barykady znajdowali się opłacani demonstranci.

– Nie było znaczenia, kto płacił – opowiadał mi parę miesięcy wcześniej inny emigrant ze wschodniej Ukrainy. – siedzieliśmy w namiotach za dwieście hrywien dziennie. Raz krzyczałem za Rosją, raz za Europą. Byleby zapłacili – mówił.

Władimir Samoiliuk porównuje się z donieckimi uchodźcami. Tymi, których domy spalono, którzy nie mają dokąd wracać.

– Widzę tę kolejkę ludzi, dzień i noc stojących pod ukraińskimi urzędami, bo bardzo potrzebują pomocy. Urzędnicy mówią im ciągle: jutro, jutro, jutro… Jak można przeżyć pół roku „na jutro”, a potem uwierzyć w swoje państwo? – retorycznie pyta mężczyzna.

Kiedy zadaję pytanie o Polskę, zły nastrój pryska jak bańka mydlana. Pytam, czy mają poważniejsze problemy w Poznaniu?

– Nie! – pada odpowiedź.

Rozmowa z mariupolskimi uchodźcami może być dla każdego Polaka przyspieszoną lekcją patriotyzmu. Zwłaszcza fragment, kiedy wspominają o pracy, jaką poznańscy urzędnicy wykonywali w swoim czasie wolnym.

– My odpoczywaliśmy na Mazurach, a w tym czasie ci ludzie jeździli do naszych przyszłych mieszkań, czyścili, odmalowywali, urządzali wnętrza – wspominają Samoiliukowie. – Oczekiwali nas. Mamy wrażenie, jakbyśmy przyjechali do rodziny w gości. A to byli przecież zupełnie obcy ludzie – mówią.

Złe strony Polski? Brudne, popisane mury na Starym Mieście w Poznaniu. Urzędnicze zawiłości (tłumaczone jednak przez asystentów, których zapewnia Ośrodek Pomocy Rodzinie). Wypowiedzi internautów, pojawiające się pod artykułami na temat mariupolskich uchodźców. Jak mówi Aleksandr Boczarow, w co drugim komentarzu zarzuca się im, że na pewno przywieźli ze sobą banderowskie flagi. Ale to przecież drobiazgi, na które najlepiej przymknąć oko.

Epilog

Trzy miesiące po naszym spotkaniu dzwonię do obu rodzin, żeby dowiedzieć się, jak obecnie wygląda ich życie. Jest druga połowa października 2016 roku. Poznańskie chodniki spowija gruba warstwa opadłych liści i nie ma już śladu po ostrym słońcu, które towarzyszyło naszym poprzednim rozmowom.

– Żyjemy normalnie, pracujemy, niczego specjalnego nie potrzebujemy – Tatiana Boczarow znajduje dla mnie tylko chwilę, bo opiekuje się chorą córeczką. Jej głos brzmi jednak pogodnie. – Mężowi zatrudnienie pomógł znaleźć urząd pracy. Jest koordynatorem biznesowym w polsko-ukraińskiej firmie. Ja pracuję w przedszkolu jako pomocnik wychowawcy – tłumaczy kobieta.

Gdy w niedzielne popołudnie wybieram numer Władimira Samoiliuka, mężczyzna prosi o późniejsze oddzwonienie. Akurat jest w pracy. Zatrudnienie znalazła również Galina.

Jan Banaszak z urzędu miasta Poznania podkreśla, że dwie donieckie rodziny, które przyjechały w czerwcu 2015 roku, przez dwanaście miesięcy zdołały się całkowicie usamodzielnić i zrezygnować z jakiejkolwiek pomocy państwa. Wszystko wskazuje na to, że również mariupolczanie nie będą mieli wielkich trudności z zaadaptowaniem się do nowych realiów.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

Ostatnie tango w opuszczonym hotelu

Gdzieś w kącie opuszczonego ośrodka wypoczynkowego stoi stara szafa grająca. A w niej – single z dawno już zapomnianego świata. Na tym dancingu „Ostatnie tango” zostało już przetańczone.

To jedno z tych miejsc, które w nowym ustroju gospodarczym okazały się być niepotrzebne. Bo i kto miałby tu przyjeżdżać? Do dużych miast daleko, wokoło ani gór, ani morza, tylko gdzieś tam za lasem majaczy niewielkie jeziorko.

Co innego w dawnych latach. Kiedy zagranica nie kusiła jeszcze słonecznymi plażami Italii, pewnie niejeden beneficjent funduszu wczasów pracowniczych marzył o zameldowaniu w tutejszym pokoju. Bo, Marian, tu było tak jakby luksusowo. Każdemu apartamentowi, całkiem zresztą przestronnemu i nasłonecznionemu, towarzyszyła łazienka, dostępne były telewizory i sale do dancingów/dyskotek. Nasuwa się myśl, że tak dobrze wyposażony ośrodek, położony zarazem na totalnym odludziu, musiał należeć do wiadomego resortu. Czy rzeczywiście tak było? Trudno ustalić, historia hotelu niknie w mrokach dziejów.

Ośrodek, którego główną część stanowią cztery okrągłe apartamentowce, funkcjonował jeszcze w latach dwutysięcznych, o czym świadczą porozrzucane w pomieszczeniach gospodarczych faktury, rachunki i listy gości. Później zamknął swe podwoje. „Takie jest życie”, powiedzą jedni. „Wolny rynek”, wzruszą ramionami inni.

Poniższa fotorelacja pochodzi z listopada 2016 roku. Czy szafa grająca nadal stoi w kącie jednego z pomieszczeń? Nie wiadomo, bo dopiero co środowisko eksploratorów obiegła wieść o hordach grasujących w ośrodku złodziei. To było prędzej czy później do przewidzenia. Mogę się tylko cieszyć, że udało mi się odwiedzić tutejsze okrąglaki w niemal ostatniej chwili.

Bo klimat, trzeba przyznać, był nie z tej epoki. Wydawało się, że po pokojach, nadal zagraconych prlowskimi meblami, wciąż rozbrzmiewają głosy rozżalonych kuracjuszy:
– Pani kierowniczko, deszcz mi pada w pokoju!
– Pada, bo listopad. Jak jest listopad, to musi padać.

Trzy takie okrągłe apartamentowce stanowiły trzon całego ośrodka wypoczynkowego. Czwarty służył celom rozrywkowym

Trzy takie okrągłe apartamentowce stanowiły trzon całego ośrodka wypoczynkowego. Czwarty służył celom rozrywkowym

We wnętrzu jednej z rotund. Widok na górę...

We wnętrzu jednej z rotund. Widok na górę…

...i na dół

…i na dół

Wszystkie single na starej szafie grającej są... smutne. "Nic dwa razy się nie zdarza", "Ostatnie tango", "Dobranoc moje kochanie"... Większość tych tytułów można metaforycznie przypisać do sytuacji ośrodka

Wszystkie single na starej szafie grającej są… smutne. „Nic dwa razy się nie zdarza”, „Ostatnie tango”, „Dobranoc moje kochanie”… Większość tych tytułów można metaforycznie przypisać do sytuacji ośrodka

Na terenie całego hotelu pozostawione są stare meble - zakurzone i jeszcze niedawno niemodne

Na terenie całego hotelu pozostawione są stare meble – zakurzone i jeszcze niedawno niemodne

Ale teraz to raj dla hipsterów

Ale teraz to raj dla hipsterów

Opuszczony hotel składa się z miejsc, w których czas się zatrzymał gdzieś przy końcu turnusu

Opuszczony hotel składa się z miejsc, w których czas się zatrzymał gdzieś przy końcu turnusu

Oraz z takich, które wyglądają zdecydowanie gorzej

Oraz z takich, które wyglądają zdecydowanie gorzej

Ciekawy przypadek recepcji. Na fotografiach innych eksploratorów widać dużo większy nieporządek - krzesła rozrzucone byle gdzie, leżące na podłodze śmieci. Najwidoczniej przed naszym przyjazdem ktoś pozgarniał śmieci i ustawił meble... do zdjęcia

Ciekawy przypadek recepcji. Na fotografiach innych eksploratorów widać dużo większy nieporządek – krzesła rozrzucone byle gdzie, leżące na podłodze śmieci. Najwidoczniej przed naszym przyjazdem ktoś pozgarniał śmieci i ustawił meble… do zdjęcia

Ibuprom sprzedawał się tu dużo lepiej niż Apap. Tak przynajmniej wynika z rachunków

Ibuprom sprzedawał się tu dużo lepiej niż Apap. Tak przynajmniej wynika z rachunków

Fragment księgi gości

Fragment księgi gości

Całość kompleksu łączyły futurystyczne szklane korytarze, dzięki którym można było pójść na stołówkę w klapkach, nie będąc narażonym na kapryśną pogodę

Całość kompleksu łączyły futurystyczne szklane korytarze, dzięki którym można było pójść na stołówkę w klapkach, nie będąc narażonym na kapryśną pogodę

Rzut oka przez rozbite okno jednego z "okrąglaków"

Rzut oka przez rozbite okno jednego z „okrąglaków”

Widok z góry na recepcję i okrąglak "imprezowy"

Widok z góry na recepcję i okrąglak „imprezowy”

"Okno na podwórze"

„Okno na podwórze”

Pokojów jest tak dużo, że trudno wszystkie odwiedzić

Pokojów jest tak dużo, że trudno wszystkie odwiedzić

W tym pokoju eksploratorzy urządzili sobie puchową "zabawę"

W tym pokoju eksploratorzy urządzili sobie puchową „zabawę”

Wzrusza mnie ta tekstura

Wzrusza mnie ta tekstura

Rzut oka na klatkę schodową

Rzut oka na klatkę schodową

Stan opuszczonego hotelu niestety się pogarsza. Wiele wskazuje na to, że właśnie w tych dniach odbywa się tam ostateczny szaber. Czy złodzieje zastosują się chociaż do tabliczki zakazującej palenia?

Opuszczony hotel wygląda niestety coraz gorzej. Wiele wskazuje na to, że właśnie w tych dniach odbywa się tam ostateczny szaber. Czy złodzieje zastosują się chociaż do tabliczki zakazującej palenia?


Lubisz tematykę urban exploration i chcesz zobaczyć więcej? Polecam Ci przede wszystkim odpowiednią galerię na Faceboku, a także między innymi wpisy o:

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

„Ogrzewam się ogniskami z ulotek” – młody dziennikarz opowiada o życiu za „40-60 brutto”

– Jedzenie znajduję w śmietnikach, a po mieście poruszam się stopem, bo nawet rower sprzedałem – Filip, młody dziennikarz, specjalnie dla nas opowiada o trudnych realiach dzisiejszego świata.

Na wywiad umawiamy się w modnej burgerowni. Filip zamawia podwójnego burgera BBQ i limonkową Fritz Colę. – Piszę o millenialsach dla millenialsów – tłumaczy – więc czasami muszę jeść burgery. Inaczej nie rozumiałbym rówieśników.

Pomiędzy kęsem wołowiny i roztopionego cheddara, Filip przyznaje jednak, że to dla niego prawdziwy luksus. Codziennie żywi się bowiem resztkami znalezionymi w swoim ulubionym przydworcowym kuble na śmieci. Na więcej nie może sobie pozwolić.

– Pracuję w ogólnopolskim portalu internetowym skierowanym do młodych – opowiada. – Dostaję 40-60 złotych za tekst. W sumie miałem nadzieję na trochę więcej, bo przygotowanie dobrego tekstu nierzadko zajmuje wiele dni. Trzeba wymyślić temat, znaleźć rozmówców, napisać artykuł. Nie daj Boże gdzieś pojechać, bo przecież nie wszystko musi dotyczyć twojego miasta. I jeszcze zrobić zdjęcia, to najważniejsze; materiał musi być atrakcyjny wizualnie.

Jak przeżyć za tygodniówkę wynoszącą niecałą stówę? Zwracam uwagę, że burger kosztuje zazwyczaj koło dwudziestu złotych, a limonkowa Fritz Cola – kolejne dziesięć. Trzeba się jeszcze utrzymać i opłacić wszystkie media. Filip jednak jest optymistą.

– Nauczyłem się wykorzystywać dobrodziejstwa współczesnej cywilizacji – uśmiecha się chłopak. – Oprócz kubła dostarczającego jedzenie, pomaga mi autostop. Nawet w miastach funkcjonuje zadziwiająco dobrze. Mieszkania nie ogrzewam, bo odłączyli mi prąd. Zamiast tego palę ogniska z ulotek zebranych podczas jednego przejścia deptakiem.

Najważniejsze, żeby starczyło na możliwości socjalizacyjne. Dobra kawa, modny fitnessclub – to podstawy, gdy pisze się teksty skierowane do dwudziestoparolatków.

Przy końcu hamburgera Filipowi przypomina się jeszcze jedna ważna kwestia: – Początkowo myślałem, że mogę produkować kontent masowo, wiesz, historie z życia polskich youtuberów i spisane z internetu ciekawostki o kotach. W końcu wszystkie portale głównie tym się teraz zajmują. Ale powiedzieli mi, że limit dostarczanych materiałów wynosi dwa w tygodniu. Trochę szkoda, bo w życiu gwiazd internetu tyle się ostatnio dzieje.

Żegnając się, Filip proponuje, żebyśmy wspólnie zebrali trochę ulotek na deptaku. Mamy w końcu wyjątkowo zimny listopad.


Ten tekst miał nie powstać. Ale powstał, bo…

Zacznijmy od początku: szukam pracy. Głównie w dziedzinach media/social media/język rosyjski. Dzielnie wysyłam CV, skrobię listy motywacyjne. Zawsze z zachowaniem wszystkich ładnych grzecznościowych form. Poprawne ortograficznie. No, z kwiatami bym przybył, gdyby CV dostarczało się dzisiaj osobiście.

Czasami dostaję nawet odpowiedź. Tak jak w tym przypadku: duży portal internetowy, nazwijmy go „Młody lajfstajlowiec”, szuka reportera. Wymagania: tematy o młodych dla młodych, spora ilość emocji zawartych w tekście, atrakcyjność wizualna materiałów (dobre zdjęcia!), trzymanie się mainstreamu, szczególnie mile widziane historie osobiste (tzw. hero stories).

I nagle – buch! Akapit o proponowanym wynagrodzeniu. Czytam: płaca w widełkach 40-60 złotych brutto za tekst. Czyli na rękę jeszcze mniej. Początkowy limit wysyłanych tekstów wynosi dwa na tydzień.

Chcieli otrzymać wzruszającą, inspirującą historię o dwudziestoparolatku, piszę więc dla „Młodego lajfstajlowca” chwytające za serce hero story o młodym dziennikarzu, który ogrzewa mieszkanie palonymi ulotkami. Taki mały trolling.

Ku mojemu zdziwieniu, dostaję kolejną odpowiedź. – Dziękuję za inwencję. Obawiam się, że niepotrzebnie, drwiąc, spaliłeś cenną energię – odpisuje rekruter. Dalsza dyskusja jest jednak dość miła i nie chcę tym wpisem obrazić ani rekrutera, ani „Młodego lajfstajlowca”.

Chociaż w zasadzie takie propozycje obrażają mnie.

Czterdzieści złotych moi znajomi po Politechnice zarabiają w ciągu godziny. I to ci, którzy nie przykładali się zbytnio do nauki.

Ten tekst miał nie powstać, bo wszyscy wiemy, jakie są realia. Po namyśle doszedłem jednak do wniosku, że nie kontestując takich sytuacji, zgadzamy się na ich występowanie. Warto dodać, że czterdzieści złotych brutto za tekst oferuje nie prywatny przedsiębiorca z przedmieścia niewielkiego miasteczka, a gigantyczny koncert medialny z kapitałem wartym miliony złotych. Oraz że aplikowałem o PRACĘ, a nie o możliwość hobbystycznego dorobienia do nieco droższej wersji burgera.

Cóż, pracy nadal szukam. Jeśli przypadkiem poszukujesz kogoś dobrze radzącego sobie ze słowem pisanym, językiem rosyjskim i/lub zagadnieniami social media, odezwij się na przykład przez fanpage Stacji Filipa. A więcej o mnie można przeczytać tutaj.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

Diabelski młyn w Oczamczirze (2016)

Poranek w Oczamczirze wstawał długo. Nieśmiałe październikowe słońce rozrzedzało powoli poranne mgły, wydobywając z ich ukrycia porozstawiane przy błotnistych ulicach domki jednorodzinne. Zamieszkały-pusty-zamieszkały-opuszczony-zamieszkały-zrujnowany – można było wyliczać, idąc przez Oczamczirę. W jednym domu tli się życie, drugi pustymi oknami opowiada jakąś smutną historię.

Nocą wyglądało to jeszcze straszniej. Wieczorny spacer po centrum miasteczka zdecydowanie nie należał do przyjemnych. Wiatr znad morza nanosił tumany mgły i wydawało się, że w Oczamczirze pozostały już tylko ruiny, że resztki życia uleciały stąd bardzo dawno, byle dalej od opustoszałej plaży. Widywałem już takie miejsca. Chodziłem wcześniej po miastach-widmach, ale one były zdecydowane umrzeć, przywrócić zrujnowane budynki siłom natury. Oczamczira jedną nogą tkwiła w grobie, lecz drugą desperacko wyrywała się ku życiu.

Oczamczira, centrum miasteczka

Oczamczira, centrum miasteczka

Jednym z desperatów, pragnących przywrócić miasteczku świetlaną przeszłość nadmorskiego kurortu, był Miron. – Ja tego nie rozumiem – mówił – mamy ciepłe morze, piękne plaże, wysokie góry. Więc dlaczego nikt tu nie przyjeżdża? Kiedyś, w lecie, przyjechała grupa Rosjan. Pochodzili po ulicach miasteczka i się zwinęli, bo, wyobrażasz sobie, powiedzieli, że to nie Europa! No pewnie, że nie Europa, to chyba oczywiste – denerwował się.

Pomimo tego, Miron nie ustawał w wysiłkach. Własnymi rękami wybudował pawilon z czterema pokojami gościnnymi. Założył konta na międzynarodowych serwisach rezerwacyjnych, oczekując tłumu gości. Ale dziwnym trafem przyjeżdżali do niego tylko wielbiciele turystyki alternatywnej. Z angielskiego – dark tourism. Miłośnicy opuszczonych miast na końcu świata.

– Mieszkałem szesnaście lat w Moskwie – opowiadał Miron. – Ale chciałem wrócić do miejsca, w którym się urodziłem. Jeszcze przywrócę mu dawną wielkość.

Póki co, nadmorska promenada świeciła pustkami. Budynki, dawniej mieszczące w sobie restauracje lub sklepiki z pamiątkami, straszyły zabitymi oknami i odpadającym z elewacji tynkiem. Sto metrów od morza nadal stał słynny diabelski młyn w Oczamczirze – nieruchomy bohater reportażu Wojciecha Jagielskiego z czasów wojny gruzińsko-abchaskiej. Gdyby Jagielski wrócił do Oczamcziry po dwudziestu czterech latach, nadal mógłby opisać tę rdzewiejącą, złowieszczo skrzypiącą, nikomu niepotrzebną machinę. Tak jak wtedy: „Po wybuchu wojny górujący nad wybrzeżem diabelski młyn zamarł i stał się celem dla abchaskich i rosyjskich okrętów, ostrzeliwujących miasto od morza. Widoczne z daleka wielkie koło na skarpie musiało strasznie denerwować kanonierów, ale nigdy nie udało im się trafić.”

Słynny diabelski młyn w Oczamczirze

Słynny diabelski młyn w Oczamczirze

Sfotografowałem młyn i podszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów w stronę gór. A tam, w małej obdrapanej knajpce, trwało huczne abchaskie wesele. Stoły uginały się od chinkali, gruzińskich pierogów z mięsem, i od potężnych kielichów z winem. Oczamczira ewidentnie nie mogła się zdecydować na śmierć.

*

– Wskakujcie, podwiozę was – tubalnym basem krzyknął Kierowca Numer Jeden. Znowu staliśmy na drodze wylotowej; busiki w Abchazji kursowały rzadko, więc autostop był nie tylko najciekawszym, ale i najszybszym środkiem transportu. – No, jak wam się podoba nasz kraj?
– Bardzo ładny – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – tylko ilość opuszczonych budynków trochę przygnębia.
– Wojna, chłopie, wojna.
– Wojny nie ma od ćwierć wieku, a u was ciągle połowa zabudowań to ruiny – polemizowałem. – Spodziewałem się większej ilości bogatych Rosjan, wykupujących sobie letnie domki nad morzem.
– Nie po to walczyliśmy o niepodległość, żeby teraz ściągać do siebie obcych – obraził się kierowca. – Teraz idę nad morze za darmo, a jak odbudują kurorty, to będę musiał płacić. Wolę już ruiny. Przynajmniej się do nich przyzwyczaiłem.

Walczyli i wywalczyli. Abchazja, niewielka republika wciśnięta między Morze Czarne a góry Kaukazu, pomiędzy wrogą Gruzję i sojuszniczą Rosję, od 1992 roku rządzi się sama. Uznawana przez zaledwie cztery suwerenne państwa świata, na większości map widnieje jako północno-zachodnia część Gruzji. Jest jednym z poradzieckich separatystycznych państw-widm, de facto niepodległych, de iure – nieistniejących.

Historyczne zwycięstwo w wojnie z Gruzją przyniosło Abchazom wolność, ale i gospodarczo-społeczny upadek. Za czasów Związku Radzieckiego corocznie przyjeżdżały tu setki tysięcy turystów z całego Sojuza i krajów stowarzyszonych. Przyciągały ich przepiękne pejzaże, ciepłe morze, wygodne hotele, rozbudowana baza turystyczna. Wyjątkowo duża ilość słonecznych dni potwierdzała tylko nadaną Abchazji etykietkę sowieckiego raju. Dziś ruiną jest nawet budynek parlamentu i luksusowy hotel na głównej promenadzie w Suchumi, stolicy kraju.

Na skrzyżowaniu dróg pod Oczamczirą znowu łapaliśmy stopa. Po dziesięciu minutach zatrzymał się przy nas stary Ził-cysterna. Ruszyliśmy w drogę do Suchumi, a kierowca opowiadał o mijanych po drodze ruinach. – Tu po prawej była gruzińska wioska – powiedział w pewnym momencie – ale ich spaliliśmy.

Przemilczałem, woląc mieć nadzieję, że użycie trybu pierwszoosobowego było tylko przypadkiem, wynikającym z niedoskonałej znajomości rosyjskiego.

– Ten płot po lewej odgradzał kiedyś rezerwat małp. A wielki budynek na szczycie wzgórza, który widzicie tam daleko, to dawny szpital – tu Kierowca Numer Dwa zamilkł na dwa kilometry. Po chwili ponownie się ożywił: – O, tu znowu gruzińska wioska. Spalona. Co sądzicie o Gruzinach?
– Nic specjalnego – odpowiedziałem. – U nas w Polsce nie ma walk etnicznych, bo całe nasze społeczeństwo jest homogeniczne. No, czyli że prawie wszyscy są Polakami, a nawet jak nie są, to nikogo to specjalnie nie obchodzi. Dlatego nie za bardzo jestem w stanie zrozumieć sens tego wszystkiego.

Kierowca Numer Dwa pokiwał głową, nic nie mówiąc.

*

Zawsze lubiłem patrzeć na rejestracje samochodowe nieuznawanych parapaństw. Mieli je w Naddniestrzu, mieli w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej. O ile jednak w separatystycznych republikach Donbasu miejscowe numery przyczepiali sobie tylko najbardziej zagorzali zwolennicy nowych porządków (takim samochodem nie wyjedzie się przecież za granicę niewielkiej republiki), o tyle Abchazi tabliczkami z literami ABH zdołali oznaczyć niemal wszystkie pojazdy. Tu i ówdzie na samochodach widniała jeszcze biało-czerwono-żółta flaga podpisana skrótem RSO – to Południowa Osetia. Obserwując wszystkie te nieznane z lekcji geografii symbole, można było poczuć się jak w równoległym, niepoznanym jeszcze świecie.

Oprócz rejestracji, nieuznawane republiki cechuje wielość patriotyczno-propagandowych billboardów. W Abchazji największą ich liczbę można rzecz jasna odnaleźć na ulicach Suchumi. Władisław Ardzinba, pierwszy prezydent kraju i dowódca abchaskich wojsk podczas wojny 1992 roku, salutuje na co drugiej ulicy, obwieszczając z plakatu: „ajaaira!” „Zwycięstwo!”

Na dachu budynku parlamentu powiewa ogromny, kilkumetrowy sztandar. Czego by nie mówić o historii tego miejsca, flagę mają Abchazi naprawdę bardzo ładną. Układem przypomina nieco amerykański star-spangled banner, tylko pasy są na niej biało-zielone, a w lewym górnym rogu znajduje się symbol białej dłoni otoczonej siedmioma gwiazdami. Jej piękno kontrastuje jednak z olbrzymim gmaszyskiem opuszczonego parlamentu. Na skwerze przed budynkiem zielenią się idealnie przycięte krzewy – w końcu to główny plac stolicy – ale sam parlament to jedenastopiętrowa ruina z dobudowanymi po obu stronach socrealistycznymi skrzydłami.

Abchaski parlament w Suchumi

Abchaski parlament w Suchumi

*

– Tego nie wolno zabierać – groźnym wzrokiem popatrzyła celniczka na przejściu granicznym i wyciągnęła mi z paszportu abchaską wizę. – To nie suwenir.
– Jak nie suwenir, skoro suwenir – kłóciłem się. – Chciałem sobie wkleić do paszportu.
– Zwariowałeś? – celniczka wymownym gestem popukała się w czoło. – To wiza nieuznawanego państwa. Zniszczysz sobie paszport. Równie dobrze mógłbyś wkleić świąteczną naklejkę z zajączkiem – tu zbiła mnie z tropu, bo nie oczekiwałem tego rodzaju wyznań od funkcjonariusza państwowego. – Ale już dobrze, niech będzie. Oddam wam jedną wizę. Druga zostaje u mnie.

Przeszliśmy kontrolę i skierowaliśmy się w dół, ku dolinie rzeki Ingur i połupanemu mostowi granicznemu. Zaraz za mostem napotkaliśmy delegację Unii Europejskiej. Stali tam napuszeni, dumni z przyczepionych do kurtek naszywek z dwunastoma unijnymi gwiazdkami. – Można na chwilę? – spytała stojąca pośrodku blondynka. – Czy… czy tam jest wojna?
– Nie ma.
– A sklepy? Towary w sklepach?
– Jeśli nie oczekiwać najdelikatniejszych francuskich serów pleśniowych to tak, są.
– A hotele działają? Przyjeżdżają turyści?
– Może po prostu wejdziecie tam państwo i zobaczycie? – zasugerowałem.
– No… Może kiedyś – odparła bez przekonania unijna blondynka.

Za mostem, po gruzińskiej stronie, stoi pistolet ze związaną lufą – pomnikowy symbol pojednania. Gruzini nadal uważają Abchazję za okupowaną część ich terytorium. Teraz, po latach od krwawej wojny, wyciągają do Abchazów rękę. Ale ci nie są zbyt skorzy do powrotu w granice Gruzji. Ajaaira to ajaaira, zwycięstwo, własny kraj, własna ziemia i język, w którym wszystko rozpoczyna się na literę a. To na Kaukazie wartości cenniejsze od pieniędzy i gospodarczego dobrobytu.

Oczamczira, dworzec kolejowy

Oczamczira, dworzec kolejowy

Autobus do Suchumi podjeżdża pod dworzec kolejowy w Oczamczirze

Autobus do Suchumi podjeżdża pod dworzec kolejowy w Oczamczirze

Patriotyczny billboard na ulicy w centrum Suchumi

Patriotyczny billboard na ulicy w centrum Suchumi

"Ajaaira!" obwieszcza Władysław Ardzinba z plakatu stojącego przed abchaskim parlamentem

„Ajaaira!” obwieszcza Władysław Ardzinba z plakatu stojącego przed abchaskim parlamentem

Prawe skrzydło zrujnowanego budynku parlamentu w Suchumi

Prawe skrzydło budynku parlamentu w Suchumi

Owoce kaki rosną przy murze zrujnowanej szkoły w Oczamczirze

Owoce kaki rosną przy murze zrujnowanej szkoły w Oczamczirze


Tytuł nawiązuje do tekstu Wojciecha Jagielskiego „Diabelski młyn w Oczamczirze”, wchodzącego w skład jego książki „Dobre miejsce do umierania”.

Share and Enjoy

  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS