Donbaski bazar

– Kup pan skarpetkę.
– Po co mi skarpetka? – spytałem, brutalnie przebudzony z silnego, pociągowego snu.
– No, a po co są skarpetki? Żeby ciepło było, taka chlapa za oknem – mruknęła, a wraz z jej odpowiedzią doleciał do mnie smród alkoholu przemieszanego z poranną kawą. – Czarne, białe, nawet mam w kolorowe paseczki – powiedziała, i, głowę bym dał, w wyjątkowo wredny sposób mrugnęła okiem.
– Jakiegoś popiersia Lenina w tej swojej torbie nie masz?
– Akurat zabrakło.
– To nie kupię i skarpetek. Chcę spać – mówię i składam z powrotem głowę na stoliczku.

Skarpetkowa piękność odpuściła, ale zaraz za nią wtarabaniła się baba z długopisami. Czarne, niebieskie, żelowe, zwykłe-radzieckie, różowe dla dzieciaków. Macha tym swoim cholerstwem, potem proponuje ołówki, ale szybko zostaje brutalnie zagłuszona przez wędrującego gitarzystę. Ten ma około dwudziestu pięciu lat, bujną fryzurę, ale, przez zmarszczki i ogólne zmizerowanie, na pewno dałbyś mu z dziesięć lat więcej. Choć jest za młody na kombatanta wojennego, wędruje po pociągu i ochrypłym głosem zawodzi znane w Rosji wersy Kombata.
Za nami Rosja, Moskwa i Arbat!, daj rubelka, ognia, baterio, ognia, chłopcy…!, daj rubelka.
– Nie mam rubelka, wydałem na skarpetki – odpowiadam, choć żadnej nowej, jak wiadomo, nie nabyłem. Po czym znowu zapadam w sen.

Kolejny raz odzyskuję przytomność przy uśmiechającym się chłopaczku z naręczem staników.
– Kup stanik.
– Na cholerę mi stanik? Nie mam cycków. – odpowiadam, uprzednio sprawdziwszy, czy nic przez krótką drzemkę nie urosło.
– No, tak po prostu – wzrusza ramionami.

Uff, a więc jednak nie urosło. Ale i tak stanika nie kupię, chłopaczek odchodzi niepocieszony. Nie kupię też roboczych rękawiczek, w końcu podróżowanie to ciężki kawałek chleba, ale nie w taki sposób,
ani siatek nie kupię, zarówno tych małych woreczków na kanapkę ze śmierdzącą na cały przedział kiełbasą, ani tych wielkich siat, które przez całą Rosję jeżdżą, i na tym opiera się ich istnienie,
ani porannej gazety, chociaż to jedna z niewielu przydatnych w tym pociągu rzeczy,
kolorowych magazynów też nie, bo co mnie plotki o ruskich gwiazdach, gdy nawet z polskimi skandalami nie jestem na bieżąco,
płaszcza przeciwdeszczowego, choć jesienna aura pokazuje za oknem na co ją stać,
krzyżówki z gwiazdą szczerzącą zęby na okładce, już jedną mam,
sudoku, czy ja wyglądam na jajogłowego,
ani sadzonek lilii i narcyzów nie nabędę, tylko tego jeszcze brakowało,
chusteczki nie są potrzebne, bo pot się z czoła nie leje,
ręczniki też, dopóki nie wystawia się łba za okno
rajstop nie kupię, póki temperatura w przedziale pozwala na wystawianie owłosionych łydek,
ani spódnicy, nie jestem przecież w Szwecji,
ani kart do gry, przydatne, ale już mam,
ani, ojej, smyczy dla psa, w tym pociągu jeszcze milicji nie widziałem,
nie kupię placka, do babcinego i tak się nie umywa,
chrupków, bo musiałbym zaopatrzyć się w picie,
świętego łańcuszka, mam już anioła w portfelu, więcej do zbawienia nie potrzeba,
różańca, bo: patrz wyżej,
baterii, wolę się zregenerować snem,
uzbeckiej nerki, przecież nawet nie widziałem komu to wycięli,
okładki na dokumenty, czego później będę żałował, bo niezły szpan byłby w Polsce,
czapki z daszkiem, a co ja, raper z osiedla?,
wagi na złowionego szczupaka, bo, póki co, jeszcze żadnego w tym deszczu nie widziałem,
szczotki nie kupię, w ogóle do czego to służy, do szorowania psa, czy raczej mycia własnej Łady?,
ani chusty na głowę, mimo, że bywam marudny jak ruska baba z bazaru,
piwa, piwajasnego, piwka-może-podać, choć poczułem się przez nie prawie jak w ojczyźnie,
wody, bo nie chce mi się potem kibla szukać,
soku-sroku,
bransoletki, żadna urocza dziewczyna nie oczekuje mnie na stacji docelowej,
przypraw, pieprzcie się z tym pieprzem i chrzańcie z tym chrzanem,
ryby suszonej, skoro nie kupiłem wcześniej piwa,
nasion słonecznika, to ze względów patriotycznych, bo tylko ruskie dresy plują słonecznikiem na prawo i lewo, a ja reprezentuję polską biedę,
a może dla odmiany kupię wielkie, powleczone plastikiem plakaty z alfabetem, powieszę na plecaku i będę dokształcał rosyjską prowincję,
dziecięcych książeczek nie kupię,
podziękuję też za worki na śmieci, ale to w sumie ciekawe, sprzedawane są na pięć minut przed stacją końcową, może po to, by pasażer miał gdzie schować zakupione przed chwilą dobra.

227c

– Kup pierożka z kapustą… – drżącym głosem zawodzi babuleńka. – Rano robione, świeżutkie…

No i kupuję. Ten pierożek będzie dziś zakupem sumienia. Mam wrażenie, że wydane właśnie dziesięć rubli nakarmi tego dnia kilka przygranicznych wiosek, a wszyscy spotkani dziś handlarze wychodzą z pociągu i klaszczą, promiennie się uśmiechając. Cieszy się pani od psiej smyczy, pan żul sprzedający słonecznik, stanikowy chłopczyk. Wszyscy machają do mnie, a na ich czele stoi Czeburaszka z dziecięcej bajki, którą tak złośliwie odrzuciłem.

Wpis powstał na bazie spisu produktów sprzedawanych w porannym pociągu relacji Mariupol – Słowiańsk, wszystkie pojawiające się rzeczy są więc opisane rzetelnie, włącznie z sadzonkami i smyczą dla psa. No, z wyjątkiem uzbeckiej nerki.
Śpiewanie Kombata w pociągu to też fakt, utwór do posłuchania tutaj:
A końcową stacją podróży była Konstantynówka; o tym, co się działo po wyjściu z pociągu można poczytać TUTAJ.

Dodaj komentarz