Człowiek na księżycu

W Ałczewsku, przemysłowym mieście na wschodzie Ukrainy, życie toczy się w dwunastogodzinnym trybie. Wszystko podporządkowane jest ogromnemu zakładowi metalurgicznemu, dzięki któremu Ałczewsk istnieje i ciągle funkcjonuje. Każdego ranka z chruszczowowskich bloków wytacza się tłum robotników pracujących w ciągnącej się ponad dwanaście kilometrów fabryce. Wśród nich jest i dwudziestoośmioletni Stas, tak bardzo różniący się od otoczenia i kolegów z pracy. Oto jeden dzień z życia człowieka na księżycu.

Człowiek na księżycu
chciałby uciec wreszcie królowej nocy,
ale boi się istnieć za dnia niczym cień;
gdy w końcu chce zrobić ten decydujący krok,
pianie koguta zwiastuje nowy dzień…

(Wiaczesław Butusow, “Człowiek na księżycu”)

5:15

Telefon Stasa odzywa się przeraźliwym dźwiękiem budzika. Chłopak wstaje i patrzy za okno na krajobraz zdominowany przez fabryczne kominy. Szybko odgrzewana kasza z masłem da energię na najbliższe godziny. Po niej trzeba już biec do pracy.

Podobnie jak większość mieszkańców miasta, Stas pracuje w fabryce. Założony w 1895 roku Ałczewski Kombinat Metalurgiczny (AMK), zdążył rozwinąć się do niewiarygodnych rozmiarów. Pagórkowaty teren oplotła sieć wielkich rur i torów kolejowych. Kominy widoczne są już od wielu kilometrów, a miejscowym zabytkiem – choć ciężko je zwiedzić i umieścić w turystycznym folderze – stały się ogromne piece martenowskie z 1896 roku, działające po dziś dzień. Aleksiej Ałczewski, twórca zakładu, a zarazem i miasta, byłby pewnie dumny ze swego dzieła.

6:00

Do trolejbusu, przyjeżdżającego o szóstej na przystanek przy ulicy Gagarina, trudno się wcisnąć. Ałczewsk to monomiasto – typ znanego z terenów dawnego ZSRR organizmu miejskiego, powstałego dzięki konkretnemu rodzajowi przemysłu. Większość mieszkańców pracuje więc w jednym zakładzie pracy, lecz nikt nie zna sąsiada, o którego plecy się opiera, usiłując nie upaść. Podróż trwa około dwudziestu minut i kosztuje jedną hrywnę (40 groszy).

7:00

Początek zmiany. Stas zajmuje się obsługą olbrzymich elektronicznych wag przemysłowych, mierzących ciężar przywiezionych koleją surowców. Wbrew pozorom, nie jest to łatwa praca. By ją wykonywać, trzeba było ukończyć studia z zakresu obsługi systemów elektronicznych. Oprócz umiejętności przydaje się jednak i dobra kondycja. Wagi umiejscowione są w wielu miejscach rozległej fabryki, każdy dzień oznacza więc wielokilometrowe spacery w plątaninie cechów, pieców i rur.

Przy placu Karola Marksa, zaraz obok reprezentacyjnego wejścia do fabryki, znajduje się zakładowe muzeum. Każdy robotnik przed podjęciem pracy w AMK obowiązkowo przechodzi wycieczkę przez cztery sale. W nich zapoznaje się z historią miasta i zakładu, głaszcze po brodzie popiersia Ałczewskiego, ogląda stare fotografie.

11:28

Koło południa następuje przerwa i można udać się do jednej z pięciu robotniczych stołówek. – Mamy dzisiaj zupę lub barszcz – informuje znudzona kucharka w białym kitlu. Stas bierze zupę i przyznaje, że to idealna nazwa dla tej niezbyt określonej potrawy.

19:00

Koniec zmiany. Stas, wychodząc z fabryki, dostaje cotygodniową gazetę ałczewskich metalurgów – “Za metal!” To niezbyt poważane wydawnictwo – prenumerata jest obowiązkowa dla każdego z pracowników, a nikogo nie zachwyca konieczność wydawania pieniędzy na średnio interesujące wieści. Za najważniejsze informacje z minionego tygodnia uznano nagrodę dla jednego z pracowników fabryki (doceniono go za “długoletnią pracę, wysoki profesjonalizm i zasługi dla narodu ukraińskiego”) oraz dziesiątą rocznicę podpisania dokumentów dotyczących modernizacji części kombinatu.

zametal

19:20

W przeciwieństwie do większości kolegów z pracy, Stas szerokim łukiem omija knajpę W dali od żon, gdzie zwyczajowo opija się fakt zakończenia codziennej zmiany. – Wyobraź sobie, że oni tak dzień w dzień, zamykają się w tej budzie i chleją do oporu… Następnego dnia zataczają się i potykają o własne nogi, a robota bezpieczna nie jest – z niesmakiem kręci głową mój przewodnik.

20:35

Zjadłszy kolację, Stas oddaje się obróbce zdjęć i marzeniom. Stara się chociaż raz w roku odłożyć pieniądze, by wyjechać za granicę – oczywiście w formie wycieczki zorganizowanej, bo tak łatwiej otrzymać wizę. Pasją chłopaka jest fotografia, szczególnie krajobrazy. Godzinami opowiada o podróżach, jakie udało mu się zrealizować, wyrzucając z siebie niespodziewane pokłady tłumionej wrażliwości.

Po dwóch piwach podśpiewuję pod nosem “Człowieka na księżycu” Butusowa i to skłania Stasa do wynurzeń. Przyznaje, że ciężko znaleźć mu wspólny język z kolegami, których świat ogranicza się do codziennej pracy i wieczornej wódki. Tęskni do pięknych miast zachodniej Europy, nade wszystko dość ma już kominów i ciągłego smogu.

Następnego dnia znów zostanie wessany przez olbrzymie cielsko fabryki, by stać się jednym z maleńkich mechanicznych trybików w procesie produkcji stali.

Fotografie Stasa, czyli czym zajmuje się bohater artykułu po pracy


Zobacz też:

Uchodźcy. Ci ze wschodu
Dolce vita
Donbaska międzynarodówka
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

1 komentarz

  1. Kuba says: Odpowiedz

    Bardzo fajny artykuł, chciało by się rzec: za krótki! :)

Dodaj komentarz