Akarmara. Ruskie safari

Ja jestem z Akarmary, mówi Wiktor jeszcze w knajpie koło dworca autobusowego w Tkwarczeli, pojadę tam z wami. Tysiąc rubli za przejażdżkę w dwie strony. Dobra, może być osiemset. Samochód na wodę nie pojedzie. A ja? A ja z czego mam żyć?

Wypijcie, wypijcie, zachęcają koledzy Wiktora. Jak nie pijecie, to zapalcie. A ten chudy to co taka niemowa. Nie mówi po rosyjsku, wyjaśniam, aha, kiwają głowami, to chujowo.

Daj sto rubli, krzyczy jakaś kobieta w łachmanach, a jak nie dasz, to jebała cię matka i suka bliat’. Nie zwracaj na nią uwagi, mówi dobrotliwie kucharka z knajpy, ona tak zawsze.

Wchodzi stara kobieta ubrana w czarną suknię. Na piersi przypięła sobie fotografię młodego mężczyzny. To jej bratanek, tłumaczą kelnerki, zginął niedawno w wypadku, teraz będzie nosiła jego zdjęcie przez rok.

Tkwarczeli, centrum miasta
Tkwarczeli, centrum miasta

Przewodnik

Z przewodnika turystycznego: „Tkwarczeli to jedyne miasto Abchazji znajdujące się nie nad morzem, a w górach. Słynie z niepowtarzalnej przyrody, której urokami można zachwycać się przez cały okrągły rok. Choć Tkwarczeli nie jest kurortem, jego piękne okolice przyciągają piechurów i rowerzystów. Godne uwagi są słynące z właściwości leczniczych gorące źródła. Turyści, którzy dotrą do Tkwarczeli, będą również mogli podziwiać malowniczy pejzaż położonego w górach miasta (choć nie ma w nim zabytków, nie licząc ogromnej elektrociepłowni i kolejek linowych wiodących do niektórych kopalni).”

No, w sumie to racja. Tylko te kolejki linowe się w międzyczasie zdezaktualizowały. Po wielu latach ściągnięto smętnie zwisający nad miastem wagonik, zwinięto wyrzuconą z niego linę ratowniczą, niemego świadka ewakuacji z czasów wojny abchasko-gruzińskiej.

Jeśli ktoś za parę lat napisze w kolejnym przewodniku turystycznym wzmiankę o Tkwarczeli, może ujmie w niej, że to mekka dziwnych ludzi w spodniach moro, nazywających się miejskimi eksploratorami. Ludzi, których przyciąga wszystko, co zniszczone, zaniedbane, zarośnięte i tajemnicze. Bo w sumie większość Tkwarczeli tak właśnie wygląda. A już na pewno można to powiedzieć o Akarmarze, osiedlu górniczym położonym kilkanaście kilometrów na północny wschód. Tam, gdzie diabeł naprawdę mówi dobranoc – w wysokich abchaskich górach, w patrolowanej przez rosyjskie wojska strefie przygranicznej.

Akarmara, widok z mostu na opuszczony szpital
Akarmara, widok z mostu na opuszczony szpital

Żyguli

Często opowiadałem Piotrkowi o Wschodzie. Od kiedy stwierdziliśmy, że w zasadzie jesteśmy dla siebie całkiem niezłymi kompanami do podróży, odwiedziliśmy już Amerykę Południową, Izrael, Afrykę i daleką Azję. No i, wiadomo, kilka krajów europejskich. Ale nigdy nie zawiało nas na Wschód, ten poradziecki. Aż do teraz.

Teraz siedzimy w starym Żyguli wraz z Wiktorem i Robertem. Kiwamy głową w takt hipnotyzującego disco o paleniu trawy. Samochód ledwo się trzyma, przed wyjazdem w trasę Wiktor musiał dopompować koła za pomocą agregatu podłączonego do akumulatora; zresztą Wiktor też się ledwo trzyma, bo jest tak najebany, że oczyma wyobraźni widzę nas za chwilę na dnie przepaści. Weź zwolnij do dwudziestki, bo nam niedobrze i zaraz ci zahaftujemy tapicerkę, mówię, u nas nie ma gór, więc sam rozumiesz, mamy nieprzyzwyczajone żołądki. Masz z tym jakiś problem, odpowiada on, że jestem… wesoły? Nie no, skądże, po prostu naprawdę nam niedobrze, usprawiedliwiam się.

Jest stereotypowo. I wtedy właśnie myślę, że mogłem Piotrka wziąć do Lwowa albo Petersburga. Gdzieś, gdzie wschód mniej wżera się w nozdrza i skórę. Ale nie. W pierwszą wschodnią wspólną podróż pojechaliśmy do Abchazji.

Siżu ja na trawkie, śpiewa wokalista z kaseciaka, siżu ja na trawkie, siżu ja na trawkie i kuriu.

Piotrek po lewej, Filip po prawej. Przewodnicy pośrodku. O dylematach moralnych dotyczących publikacji tego zdjęcia czytaj tutaj
Piotrek po lewej, Filip po prawej. Przewodnicy pośrodku. O dylematach moralnych dotyczących publikacji tego zdjęcia czytaj tutaj

Akarmara

Pamiętasz, mówi Wiktor do Roberta, tu kiedyś były światła drogowe. Robert się śmieje, patrząc na skrzyżowanie połaci popękanego asfaltu, będącego kiedyś miejskimi ulicami. Na rogu stoi ruina – dawniej miejskie centrum rozrywki. Kino, kasyno, dancing…

Dobra, chłopaki, Wiktor odchyla się na swoim fotelu kierowcy i patrzy w naszą stronę, to tyle, chodźcie sobie ile chcecie, a potem jakoś mnie znajdziecie, to se wrócimy do miasta.

Wysiadamy więc, stajemy na moście nad rzeką Machme. Konstrukcja jest wysoka na co najmniej dwadzieścia metrów, a barierki dawno szlag trafił, więc trzeba uważać, żeby nie podchodzić zbyt blisko przepaści. Stajemy i wyczekujemy słońca. Patrz, jak się na zdjęciu wszystko zmienia, kiedy tylko promienie wyjdą na chwilę zza chmur, pokazuję podgląd fotografii. To prawda, odpowiada Piotrek, emanując jak zawsze niezmąconą niczym cierpliwością. Na most wjeżdża wojskowa ciężarówka z czarnymi numerami, przez chwilę spodziewam się nawet zatrzymania albo krótkiej rewizji, ale żołnierze rzucają tylko okiem i jadą dalej.

Za chwilę wychodzi słońce, przepięknie oświetlając budynek opuszczonego szpitala.

No tak, wracam do przerwanych rozważań, mogliśmy na tę pierwszą wycieczkę jechać do Lwowa albo Petersburga, poznać wschód od tej dobrej, cywilizowanej strony; zachwycać się carskimi pałacami i skosztować pysznej tradycyjnej solianki. A wylądowaliśmy tutaj, w Akarmarze, pośrodku ruin i błota, przywiezieni przez pijanego w sztok Abchaza. Nie przejmuj się, mówi Piotrek, całkiem mi się podoba.

Wąskie uliczny Akarmary
Wąskie uliczny Akarmary

Życie

Wiktor mówił, że miasto nie jest zupełnie puste. Mieszka w nim on i jeszcze jakieś dwadzieścia rodzin. Większość w jednym bloku z wyremontowanym dachem, ale są też tacy, którzy osiedli w na wpół opuszczonych budynkach. Wygląda to tak: ze zrujnowanej klatki schodowej wypływa strumyczek wody, niemal wszystkie okna zieją czarną pustką smutku, ale na pierwszym piętrze po lewej stronie świeci się nieśmiało jedna żarówka. Zza budynku dochodzi miauczenie kota i jednostajny szum agregatu prądotwórczego.

Życie w Akarmarze - kot i świecąca się na pierwszym piętrze żarówka
Życie w Akarmarze – kot i świecąca się na pierwszym piętrze żarówka
Wejście do szpitala
Wejście do szpitala

Dochodzimy do ruin szpitala. Słyszysz, mówię trochę do Piotrka a trochę do siebie, dzieci się bawią. Lepiej zapukaj, odpowiada Piotrek, może to czyjś dom.

Pukam i nawołuję. Po dwóch minutach ze szpitalnego dziedzińca wychodzi brodaty pasterz z dwójką małych wnucząt u boku. Tam nie wolno, mówi, to mój ogródek i obora, cielęta tu trzymam. W szpitalu?, upewniam się. Patrzy na mnie z ukosa, jakby chciał ironicznie przeprosić za zakłócanie bydłem szpitalnej sterylności.

Takie to życie ciężkie, mówi, nawet pomidory nie chcą tu dojrzewać. Jakieś takie zielone wyrastają, kwaśne. Kiedyś był górnikiem, jak wszyscy w Akarmarze, a skończył wbrew swej woli jako rolnik na postapokaliptycznych pustkowiach.

Paszła won, pasterz odgania ręką dziką świnię. Pełno ich tu łazi, komentuje, mnożą się po lasach i zaraz pewnie tylko one tu zostaną.

Prokreacja
Prokreacja

Safari

Ale jest jeszcze jedno miejsce, które was pewnie zaciekawi, rzuca na odchodne pasterz. Kopalnia imienia Stalina, jeszcze się napis zachował. I sto metrów chodnika, możecie wejść do środka. O ile macie latarki.

No to idziemy, po drodze mijając masywne gmaszysko opuszczonej szwalni, kilka skrzyżowań, którymi rządziły kiedyś surowe prawa czerwonych i zielonych świateł, jedyny zamieszkały w połowie blok, oraz szkołę, na której boisku także pasą się czyjeś krowy.

Pod kopalnią czeka już na nas rozbawione towarzystwo. Wiktor z kolegami siedzą, palą mocne papierosy i piją samogon. Dzień jak co dzień. W sumie trochę smutno się na to patrzy – sądząc po twarzach, większość z nich ma około trzydziestki, może czterdziestki. Całymi dniami piją, palą i obserwują kopulujące w krzakach dzikie świnie.

My też obserwujemy. Stajemy na szczycie wzniesienia i patrzymy w dół, na dawne wyrobisko ze stojącą pośrodku zardzewiałą koparką. Zakładam teleobiektyw i śledzę ruchy spacerującego po błocie stada warchlaków. Ryją nosami w poszukiwaniu smakowitych fragmentów błotnej mazi, rzucają się w kałuże i taplają do upadłego.

Nie przypomina ci to czegoś, pyta Piotrek, z którym niecały miesiąc wcześniej jeździliśmy po afrykańskich parkach narodowych, polując aparatem na lwy, słonie i hipopotamy.

Czuję się jak na takim ruskim safari, mówi.

Dworzec kolejowy w Tkwarczeli
Dworzec kolejowy w Tkwarczeli
Tkwarczeli - autobus do Suchumi przejeżdża obok opuszczonej elektrowni
Tkwarczeli – autobus do Suchumi przejeżdża obok opuszczonej elektrowni
Akarmara leży u podnóża potężnego Kaukazu
Akarmara leży u podnóża potężnego Kaukazu
Strumyk wypływający wprost z klatki schodowej opuszczonej szkoły
Strumyk wypływający wprost z klatki schodowej opuszczonej szkoły
Kopalnia imienia Stalina - pozostałości
Kopalnia imienia Stalina – pozostałości
Samogon najlepiej pije się właśnie tutaj
Samogon najlepiej pije się właśnie tutaj
Opuszczona klatka schodowa zachowała nawet swój adres - ulica Przyjaźni 17
Opuszczona klatka schodowa zachowała nawet swój adres – ulica Przyjaźni 17
Szkolna sala gimnastyczna
Szkolna sala gimnastyczna
Jesienna Akarmara tonie w liściach
Jesienna Akarmara tonie w liściach
Dawny dom kultury, mieszczący w sobie i kino, i teatr, i kasyno...
Dawny dom kultury, mieszczący w sobie i kino, i teatr, i kasyno…
Piekarnik niemal nieużywany, Niemiec nim jeździł tylko do kościoła
Piekarnik niemal nieużywany, Niemiec nim jeździł tylko do kościoła
Pozostałości zdobionych balustrad przy głównej drodze
Pozostałości zdobionych balustrad przy głównej drodze
Rzut oka na wyżej położoną dzielnicę
Rzut oka na wyżej położoną dzielnicę
Fontanna na jednym z miejskich placów
Fontanna na jednym z miejskich placów
Stado dzikich świń podchodzi do błotnej kałuży
Stado dzikich świń podchodzi do błotnej kałuży
Zarośnięte detale dawnych miejskich murów
Zarośnięte detale dawnych miejskich murów
Resztki dworca kolejowego w Akarmarze
Resztki dworca kolejowego w Akarmarze

Lubisz temat kaukaskich miast duchów? Zobacz też:

Agdam, życie po apokalipsie
Agdam, życie po apokalipsie
Diabelski młyn w Oczamczirze (2016)
Diabelski młyn w Oczamczirze (2016)

2 komentarzy

  1. Ruskie Safari:) i tak nad wszystkim zapanują świnki:) Już nie mogę się doczekać kiedy i my zawitamy do Abchazji:)

  2. Agnieszka says: Odpowiedz

    Swietne zdjecia!

Dodaj komentarz