Król Suazi nosi pióra, bo jest królem

Najlepsze dni w podróży zdarzają się wtedy, kiedy nie masz planu i zupełnie przypadkiem trafiasz do miejsc, o których nigdy wcześniej nie słyszałeś. Jak choćby miasteczko Big Bend w Suazi.

Jedyny pracownik niewielkiego urzędu pocztowego bardzo się zdziwił, gdy w drzwiach stanęło dwóch obcokrajowców.
– Chcemy wysłać pocztówki do Polski – powiedziałem.
– I jedną do Niemiec – dorzucił Piotrek.
– I jedną do Czech.

Siwy staruszek przejrzał dokładnie książkę ze znaczkami i cenami. To będzie trzy emalangeni za sztukę, zdecydował. Zapłaciliśmy, a z każdego wydanego bankotu uśmiechał się do nas król.

– Co to jest, to, co król na ma głowie? – odważyłem się zadać pytanie nurtujące nas już od dwóch dni.
– To pióra. Symbol władzy królewskiej.
– Rozumiem.
– Wy na przykład nie macie piór, bo nie jesteście królami.
– Rozumiem.
– A król – mężczyzna wskazał na podobiznę widniejącą na awersie banknotu – ma pióra, bo jest królem.
– Dziękuję, już wiem.
– Albo zobaczcie tutaj – powiedział, rozkładając codzienną gazetę i wskazując palcem zdjęcie siedzącej na trawie grupy młodzieży – żaden z nich nie ma piór, bo żaden z nich nie jest królem.
– Aha…
– Albo nasz premier – staruszek zwrócił się ku wiszącemu na ścianie portretowi Barnabasa Sibusiso Dlaminiego. – Nie ma piór, bo nie jest królem, to samo dotyczy królowej matki – obok widniał obraz przedstawiający Królową Ntombi – ona też nie jest królem, więc nie ma piór.
– Dzię…
– Ja też nie mam piór. Wiecie dlaczego?
– Bo nie jest pan królem?
– Otóż to! – staruszek uśmiechnął się, rad z pomyślnie przekazanej wiedzy. – Nie jestem królem, więc nie mam piór. A król ma pióra, bo to symbol władzy królewskiej.
– To może my pójdziemy naklejać znaczki.
– Chciałem wam pokazać, kto jeszcze nie nosi piór – w głosie pocztowca było słychać rozczarowanie.

Portrety zawieszone na poczcie w miasteczku Big Bend. Królowa-matka Ntombi i premier Barnabas Sibusiso Dlamini nie noszą piór, bo nie są królami
Portrety zawieszone na poczcie w miasteczku Big Bend. Królowa-matka Ntombi i premier Barnabas Sibusiso Dlamini nie noszą piór, bo nie są królami
Król Suazi Mswati III. Nosi pióra, bo... Kto wie, niech pisze w komentarzu
Król Suazi Mswati III. Nosi pióra, bo… Kto wie, niech pisze w komentarzu

Mężczyzna, który nosi pióra, bo jest królem, to Mswati III, jeden z ostatnich monarchów absolutnych na świecie. Rządzi królestwem Suazi od 1986 roku i ma szesnaście żon. W „Nocnych wędrowcach” Wojciech Jagielski tak opisuje swoje spotkanie z królem Mswatim:

„W afrykańskim królestwie Suazi, na zboczach Gór Smoczych, szambelan dworu miłościwie panującego Mswatiego III uprzedził mnie, bym na sam widok władcy przykucał i przypadkiem albo przez zapomnienie nie doprowadził do przykrej, kłopotliwej dla wszystkich sytuacji, w której spoglądałbym monarsze prosto w twarz. Ktoś mógłby pomyśleć – jak równy równemu.

Król Mswati zwołał akurat ważną naradę w sprawie konstytucji i zgodnie ze zwyczajem wezwał wszystkich do swojego kraalu w wiosce Eludzidzini. Tego dnia pasterze wypędzili królewskie stada bydła na górskie pastwiska, by w pustej zagrodzie, na trawie usianej krowim łajnem znalazło się miejsce dla poddanych, a także zagranicznych ambasadorów i korespondentów, których władca zaprosił, by dać dowód swej postępowości. Ponieważ miejsc siedzących nie przewidziano, a dworska etykieta zakazywała stać wyprostowanym w obecności króla, dwudniową naradę wszyscy cudzoziemcy spędzili w niewygodnym przysiadzie.”

Pewnego dnia król postanowił pozostawić po sobie Wielkie Dzieło. W monarchiach absolutnych wola władcy jest równoznaczna z podjęciem ostatecznej decyzji, więc Dzieło, warte 150 milionów dolarów, zaczęło powstawać na polu nieopodal wsi Mpaka. Od 2014 roku Dzieło jest głównym portem lotniczym całego Suazi, choć świeci pustkami bardziej niż lotnisko w Radomiu i nie znajduje się w pobliżu żadnego ludzkiego skupiska. Do stolicy kraju, Mbabane, jest stąd dziewięćdziesiąt kilometrów. Do Manzini, największego miasta – około sześćdziesięciu. W skali niektórych państw to niewiele, ale cała rozciągłość rownoleżnikowa Suazi wynosi około stu kilometrów, więc lotnisko wybudowano dosłownie na drugim końcu królestwa.

Wokół rozciąga się jedynie sawanna i busz. To zła wiadomość dla Radomia – nie ma tu potencjalnego partnera do współpracy na zasadzie miast partnerskich.

Dowiedzieliśmy się o tym – znowu – zupełnym przypadkiem. Jechaliśmy wąską szosą przecinającą Suazi ze wschodu na zachód, gdy nagle znikąd wyrosło morze znaków, a dziurawy asfalt zmienił się w równiutką nawierzchnię dwupasmowej autostrady. Oprócz nas na drodze nie było nikogo innego. Ani nawigacja, ani papierowa mapa, nie przewidywały w tym miejscu istnienia jakiejkolwiek infrastruktury. Według nich, po zjechaniu ze starej drogi, przedzieraliśmy się przez środek buszu. Gdzieś tam, w tym środku buszu, miało się znajdować międzynarodowe lotnisko.

– Jak myślisz, ile linii lotniczych lata do Suazi? – pytałem Piotrka. I wspólnie zgadywaliśmy: – Może z pięć, sześć, plus dwie tanie…

Przeszacowaliśmy. Można stąd wylecieć tylko jedną linią lotniczą – Swaziland Airlink – obsługującą wyłącznie loty do Johannesburga. Co więcej, cała flota Swaziland Airlink składa się tylko z jednego samolotu – mieszczącego pięćdziesięciu pasażerów Embraera ERJ 145.

Linia lotnicza została zresztą przymuszona do korzystania z międzynarodowego portu lotniczego imienia króla. Gdyby nie państwowy przymus, Swaziland Airlink nadal latałoby na stare lotnisko Matsapha, zlokalizowane dużo bliżej miast i wszystkich państwowych urzędów (to ono przez dziesięciolecia pełniło rolę głównego portu lotniczego kraju).

Krajobraz Suazi - gdzieś w okolicach międzynarodowego lotniska im. króla Mswatiego III
Krajobraz Suazi – gdzieś w okolicach międzynarodowego lotniska im. króla Mswatiego III

Zdecydowanie, najlepsze w podróży są zaskoczenia. I miejsca, o których nikt nigdy nie słyszał.

Na przykład Big Bend, miasteczko, w którym dowiedzieliśmy się, kto może nosić pióra. Trafiliśmy tu, zjeżdżając z głównej drogi w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Jedzenia jednak, w formie choćby barowo-fastfoodowej, nie było. Był tylko supermarket, opisywana wcześniej poczta, bankomat, niewielka fabryka. Dopiero po wielu miesiącach mieliśmy się dowiedzieć, że to trzecie pod względem wielkości miasto kraju.

– Nie wracajmy na drogę, pojedźmy choć kilka kilometrów boczną szutrówką – zaproponowałem po wyjściu z poczty. I tak rozpoczął się cykl suazyjskich zaskoczeń.

Najpierw minęliśmy lokalny autobus składający się z traktora i chałupniczo skleconej zabudowanej przyczepy. Z jej okienka wesoło machała nam czarna ręka.

Lokalny autobus w okolicach Big Bend. Wersja filmowa <a href="https://www.facebook.com/stacjafilipa/videos/638022486371978/" target="_blank">tutaj</a>
Lokalny autobus w okolicach Big Bend. Wersja filmowa tutaj

Później dojechaliśmy do na wpół wyschniętej rzeki, gdzie ujrzeliśmy najbardziej stereotypową afrykańską scenę w życiu. Przy brodzie stały kobiety, piorąc ubrania w resztkach mętnej wody. Obok nich wesoło hasały nagie i bose dzieci. Były też woły, rozchlapujące kopytami drogocenną podczas suszy wodę.

Typowy afrykański pejzaż
Typowy afrykański pejzaż

Dwa kilometry dalej, również zupełnie nieoczekiwanie, ukazał się nam znany z polskich dróg i rond szyld, informujący o inwestycji dotowanej przez… Unię Europejską. Poczułem się dumny, że moje podatki mogą mieć wpływ na rozwój infrastruktury rolniczej gdzieś daleko w polu za Big Bendem.

Unia Europejska jest na tyle wszechwładna, że sięga nawet suazyjskiej prowincji
Unia Europejska jest na tyle wszechwładna, że sięga nawet suazyjskiej prowincji

Kiedy myśleliśmy już, że nic nas tego dnia nie zaskoczy, polna droga zmieniła się nagle w dość równy asfalt, a stojący w szczerym polu wielki znak informował o niedalekiej obecności bankomatu. Skręciliśmy więc w lewo i nagle znaleźliśmy się w zupełnie nieistniejącym na mapach mieście. „Welcome to Matata” głosiły szyldy”. Po obu stronach drogi ciągnęły się szeregi sklepów, stacji benzynowych i hotelików. Na końcu droga znacznie się rozszerzała, tworząc obszerny parking i kilkustanowiskowy dworzec autobusowy.

– Zapisz nazwę tego miejsca, musimy to sprawdzić – powiedziałem Piotrkowi.

„What the fuck is Matata” – zapisał.

I właśnie takie „what the fuck” miejsca to prawdziwy podróżniczy cymes.

Matata, dworzec autobusowy
Matata, dworzec autobusowy
Mieszkaniec suazyjskich zarośli
Mieszkaniec suazyjskich zarośli
Budka fryzjerska przy granicy Suazi z RPA
Budka fryzjerska przy granicy Suazi z RPA

Niewiele się dało ustalić w sprawie Mataty. Są jeszcze na szczęście miejsca, które Internet opisuje dość słabo. Matata to prawdopodobnie handlowe miasteczko wybudowane przez rolniczą korporację o tej samej nazwie.

Co ciekawe, po wpisaniu w wyszukiwarce frazy „Matata Suazi”, jednym z pierwszych wyników jest „Czat z Kobietami w Matata. Chcę się zaprzyjaźnić z dziewczyną w Matata. Chcę. Poznać nowe osoby. Porozmawiać. Umówić się. Pokaż. Chłopaków. Dziewczyny. Wiek. 18 80+. Gdzie.”


Pocztówki z Big Bend doszły po miesiącu. Koszt wysłania jednej sztuki wyniósł około dziewięćdziesięciu groszy. Tym samym były to najtaniej wysłane egzotyczne pocztówki w moim życiu. Dla porównania, peruwiańskie znaczki kosztowały około dziesięciu złotych za jedną widokówkę.


Więcej o Południowej Afryce znajdziesz w kategorii Afryka.

Zobacz też profil autora na Patronite.

1 komentarz

  1. Bardzo fajny wpis. Tylko nie wiem za bardzo co skomentować, bo chyba nigdy nie czytałem notatki z bardziej egzotycznego miejsca. Podziwiam za odwagę bo ja jednak tam bym się nie wybrał :P

Dodaj komentarz