Jak nie pisać tekstów podróżniczych?

Piękna gównoburza rozgorzała dzisiaj na facebookowej grupie „Rumunia”. Pojawiło się TO – artykuł dziewczyny, która pojechała na wycieczkę autokarową do Rumunii (sama nazywa ją „wyprawą”). Popłakałem się, czytając. Pisać każdy może, popełniać błędy też, ale krytyka się jednak należy. Dlaczego? O tym za chwilę.

Zacznijmy od fragmentu pompatycznej notki o autorce: „dwa lata temu spędziła pięć dni w Krakowie” (!!!) Nieźle, jak na osobę, która „urodziła się w województwie Małkopolskim” (pisownia oryginalna).

Teraz sam tekst.

„Spodziewałam się ubóstwa, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek w trakcie swoich wypraw, trafię w miejsce na pierwszy rzut oka znacznie biedniejsze od Polski”

– Jezus Maria, dziewczyno, nie jedź czasem do Lwowa, bo będzie zawał na miejscu.

„Szok kulturowy w moim przypadku był ogromny. Myślałam, że nie zrobię ani jednego zdjęcia”

– na szczęście dla nas wszystkich jednak zrobiła.

„Nam jednak Rumunii kojarzą się tylko i wyłącznie z cyganami”

– no poedzmy, mnie raczej tak niezbyt.

„Smog w Rumunii nie ma prawa bytu, a w górach nie pobiera się za to opłaty”

– WTF???

„Niewiele osób ma pojęcie, że cyganie pochodzą z Indii i przez lata żyli jako niewolnicy Rumunów”

– WTF2???

„Sam kraj przypomina Polskę sprzed około dwudziestu lat, taki nasz polski PRL”

– fajnie, że wypowiada się o tym dziewczyna z rocznika ’93.

„Bogaci ludzie w tym kraju wynajmują biednym znajomym mieszkania za przysłowiowy barszcz, bo wcale nie potrzebują pieniędzy, skoro mają własne jachty”

– shit, jadę tam!1111

„Wydawanie tam pieniędzy przypomina wydawanie ich u nas”

– kasjerki też pytają, czy mogą być winne grosik?

„Rumunii posiadają także swoistą cechę ułatwiania sobie życia tak, jak to tylko jest możliwe. Jeżeli można gdzieś podjechać samochodem, to podjadą samochodem”

– oprócz Lwowa, nie jedź też do Stanów.

„Co może wydawać się też przykre, to niesamowite złodziejstwo i swawola władz rumuńskich. Głównie spowodowana tym, że Rumunii nie strajkują”

– no spoko, a wielotysięczne wielodniowe protesty, które fotografowałem w lutym, to byli, jak u nas, jednak spacerowicze.

Timișoara, luty 2017. Ten uroczy transparent służył demonstrantom do wyrażenia swojej opinii w sprawie proponowanych przez rząd ustaw
Timișoara, luty 2017. Ten uroczy transparent służył demonstrantom do wyrażenia swojej opinii w sprawie proponowanych przez rząd ustaw

„Mieszkańcy strajkują, gdy już porządnie nadepnie im się na odcisk”

– a nie, to w sumie nie spacerowicze.

No i podsumowanie:

„Moim zdaniem Rumunii nie da się podsumować.”

Chwila na zadumę i otarcie łez.

OK, teraz o tym, dlaczego się czepiam. Pisać każdy może. Gdyby dziewczyna skupiła się na swoich odczuciach, opisała to w blogowym stylu, pokazała nam swoje zdjęcia, to na pewno nikt by jej nie skrytykował (każdy z nas popełnia błędy i nie każdy musi mieć pióro godne mistrzów reportażu). Jednak próba wysnucia wniosków podróżniczo-reporterskich przez osobę, której życiowym osiągnięciem (wartym wpisania do notki prezentacyjnej) jest spędzenie pięciu dni w Krakowie, a która do Rumunii pojechała na kilkudniową wycieczkę autokarem, nie mogła się skończyć dobrze. No po prostu nie mogła.

Skończyła się sieką, cyklem uogólnionych bzdetów, niesprawdzonych faktów, błędów logicznych, ortograficznych, gramatycznych i składniowych. Co nie przeszkodziło autorce napisać o sobie pełnej patosu noty biograficznej. Nazwać się „Redaktorem Działu Podróże” (pisane wielkimi literami). A swój wyjazd nazwać „wyprawą”.

Tak wygląda świat internetowego „dziennikarstwa”. Jeżeli to nie jest prywatny blog z podróżniczymi wspomnieniami, a napuszona próba promowania „pracy dziennikarskiej” to trzeba to krytykować, żeby nie powstawały kolejne takie twory. Jakość tekstów w Internecie spada na łeb na szyję, a dziennikarze coraz częściej są całkowicie na bakier z przecinkami, sensem i… prawdą.

Ale spoko, jest nadzieja. Jak czytamy w pompatycznej notce o autorce: „tworzyła i publikowała teksty na portalu literackim wpmt.pl, gdzie następnie objęła stanowisko Szefa Działu Prozy [tak, wielkimi literami]. Portal niestety przestał funkcjonować, a strona została zawieszona.” Uff.

Artykuł w całości. Duża wersja tutaj

Nazwisko autorki zostało zamazane, bo nie chodzi o piętnowanie konkretnej osoby. Szczerze jej życzę, żeby rozkwitła i pewnego dnia zaskoczyła nas wszystkich genialnym reportażem na miarę Pulitzera.

Dodaj komentarz