Wilda – sceny z życia dzielnicy

– Ale masakra z tymi dzieciokami, tej – mówi Bożena, przerywając na chwilę strzyżenie.
– Jakimi dzieciakami?
– No z tymi, co mówili w telewizji – fryzjerka z każdym słowem podnosi głos coraz bardziej. – Co je ta matka urodziła pijana. A ten jej facet to podobno naćpany chciał ją udusić. To ja nie rozumiem, to po co ma kobite, żeby ją dusić, tej.

Milczę. Na szczęście zaraz przychodzi Staśka. Staśka jest właścicielką salonu fryzjerskiego, ma jakieś trzydzieści pięć lat, długie blond włosy, kolorowe tipsy i archaiczne imię.

– Ale masakra z tymi dzieciokami, tej – zagaduje na wstępie Bożena.
– No, masakra, tej.
– To przecież tak jakbyś ty córę naebana rodziła.
– Nic mi nie mów nawet, tej.

Strzyżenie się przeciąga, ale nie mam nic przeciwko, bo zdążyłem się przyzwyczaić. Odwiedzam Bożenę od lat, strzyże tanio i bardzo dobrze, a przy okazji pogadać można. Byle nie o dzieciokach.

Kiedyś rozmawialiśmy o zamachach terrorystycznych w Rosji. – A ja myślałam, że Leningrad i Stalingrad to jest to samo, tej – zadumała się Bożena. Zamachy były w Wołgogradzie, czego nie sprostowałem.

Jest koło czterdziestki. Dokładny wiek trudno określić, bo fryzjerka starannie go maskuje. Po pierwsze – mocnym makijażem. Po drugie – solarium. Po trzecie – włosami pofarbowanymi na jasny blond. Wreszcie po czwarte – ubiera się młodzieżowo i bez przerwy żuje gumę. Rytmiczne żuj, żuj, żuj roznosi się bezgłośnie po ciasnej przestrzeni zakładu.

*

Lokal, w którym pracuje Bożena, mieści się na poznańskiej Wildzie, w przyziemiu kamienicy na ulicy Chwiałkowskiego. Już niedługo. Przymuszona ustawą dekomunizacyjną, ulica za chwilę zmieni nazwę. Marcin Chwiałkowski (1885-1938), działacz robotniczy i komunista, jest dziś passé.

Ale przez lata mieszkańcy Poznania zdążyli do niego przywyknąć. Na pobliski zespół budynków sportowych, w tym basen i lodowisko, od dawna mówi się po prostu „Chwiałka”. Dlatego, twierdzi większość mieszkańców Wildy w internetowej sondzie, jeśli już trzeba dekomunizować Chwiałkowskiego, to zróbmy z ulicy właśnie „Chwiałkę”. Nie Jana Spychalskiego, jak chcieliby urzędnicy, tylko ulicę „Chwiałka”. Ale klamka już zapadła. Będzie Spychalski.

Wilda nie takie rzeczy widziała. Dwieście metrów na północ ciągnie się równoległa do Chwiałki ulica Świętego Czesława. Sęk w tym, że wśród zastępów świętych Kościoła Katolickiego nie ma takiego (Czesław Odrowąż nie dostąpił zaszczytu kanonizacji – pozostał jedynie Czesławem Błogosławionym). Ulica nosi więc imię nieistniejącego patrona.

Tramwaj linii 10 jedzie ulicą Wierzbięcice, mijając dawne kino Wilda (od dziesięciu lat przemianowane na Biedronkę)
Tramwaj linii 10 jedzie ulicą Wierzbięcice, mijając dawne kino Wilda (od dziesięciu lat przemianowane na Biedronkę)

*

Niedawno na Świętego Czesława była z wizytą sama Magda Gessler. Mieszkańcy Wildy tłumnie ustawiali się przed niewielką knajpką, żeby uzyskać podpis albo zdjęcie celebrytki.

Ale nie było im to dane. – Suka nie chciaa nawet dzieciakowi autografu dać. Wiara staa z dzieciakami czy godziny, a ona nic tej – komentowała następnego dnia rozżalona ekspedientka z pobliskiego warzywniaka (w dalszej części tekstu zwana Jowialną Jolą).

Niebywała sensacja - przyjechała Magda Gessler! Zdjęcie szpiegowskie, robione telefonem przez szybę lokalu na ulicy Św. Czesława
Niebywała sensacja – przyjechała Magda Gessler! Zdjęcie szpiegowskie, robione telefonem przez szybę lokalu na ulicy Św. Czesława

*

Co się zaś tyczy Magdy Gessler, wildeckie knajpy mają się zazwyczaj dobrze, ale niejednemu tutejszemu sklepowi przydałaby się spektakularna telewizyjna rewolucja. Na Chwiałkowskiego znajduje się na przykład upadły sklep z muszlami i minerałami. Rdzewiejące kraty na dobre zasłaniają zakurzone okna. Ktoś, może w dobrej wierze, napisał kredą na elewacji „tu są wszystkie muszle”. Ale reklama nie pomogła i teraz okoliczni mieszkańcy nie mogą już liczyć ani na świeże muszle, ani na codzienną dostawę minerałów.

Upadł też sklep remontowo-malarski na Różanej, kilkaset metrów dalej. Było mi bardzo przykro, bo wiem, że kiedy następnym razem będę chciał zrobić remont, to pędzel i farbę na łazienkowego grzyba sprzeda mi nie sympatyczny starszy pan, zagadujący o życie, pogodę i cel remontu, tylko bezimienna i beznamiętna „Kasia. Uczę się.” z wielkiej galerii handlowej.

Puste okienne oczodoły straszą na całej Wildzie. Maleńkie sklepiki nie mają szans z pobliskimi galeriami handlowymi i sklepami franczyzowymi: Żabkami, Małpkami, Jeżykami i Krecikami, które powinny raczej nosić wspólną nazwę Szarańczka, bo właśnie jak szarańcza się rozpleniają.

Tym bardziej podziwiam panią Jolę ze sklepu „Artykuły spożywcze – EXTRA – monopol – AGD – EXTRA”. Może w rzeczywistości nie jest Jolą, ale tak ją właśnie nazywam, bo jakoś mi to pasuje. No więc pani Jola siedzi w sklepie i zawyża statystyki księgarniane, przez cały dzień czytając książki. Asortyment sklepu EXTRA jest chaotyczny i w sumie żaden, nigdy też nie widziałem w sklepie EXTRA klientów. Ale mimo wszystko pani Jola jakoś się utrzymuje. Może pewnego dnia zastąpi ją kolejna „Kasia. Uczę się.” i ta Kasia (uczy się) nie będzie już czytać książek.

Pięćdziesiąt metrów na południe od EXTRY trwa sklep warzywniczy Iza. Obsługuje w nim jowialna młoda ekspedientka, którą też najchętniej nazwałbym Jolą (chociaż wiem, jak ma na imię. A ona wie, jak ja mam na imię – kiedyś nieopatrznie zostawiłem w sklepie CV, i kiedy po dwudziestu minutach po nie wróciłem, Jola wiedziała wszystko. – Mój bratanek też chodził do czeciego liceum – powiedziała).

Poza czytaniem CV, jowialna Jola zawsze zagaduje o pogodę. I zawsze wyśmiewa mój ubiór – jeśli w listopadzie przyjdę do sklepu w czapce, ona stwierdzi, że jechała do pracy na rowerze, w krótkim rękawku i bez skarpetek. I że jestem mięczak. Jeśli natomiast panuje upał, ona zapowie rychłą burzę i nakaże się ubrać nieprzemakalnie.

Wielokolorowy napis to jedna z niewielu pozostałości po sklepie z farbami na ulicy Różanej
Wielokolorowy napis to jedna z niewielu pozostałości po sklepie z farbami na ulicy Różanej
Wszystkie muszle są na Chwiałkowskiego
Wszystkie muszle są na Chwiałkowskiego

*

Na tej samej pierzei co EXTRA i Iza, tylko trochę bliżej centrum, mieści się tak zwany dresosklep. To nazwa własna, którą ów przybytek zawdzięcza długim kolejkom podchmielonych młodzieńców w dresach, od rana do nocy zawzięcie flirtujących z młodymi ekspedientkami. Moja znajoma z naprzeciwka zwykła dresosklep nazywać penershopem (pener – w gwarze poznańskiej dres, chuligan, pijak). A kiedy poszedłem do pracy w pobliżu, okazało się, że ludzie z biura chodzą na zakupy do tego samego żulosklepu. Jak tu nie kochać języka polskiego?

Ale lepszy już penershop, niż sklep spożywczy na ulicy Żupańskiego. Nawet rodzynki w serniku są lepsze od sklepu spożywczego na Żupańskiego. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wyjść stamtąd z poprawnie naliczonym rachunkiem i bez afery. „Do Bydgoszczy będę jeździł, a nie będę tu kupował„, chciałoby się zacytować słynną polską komedię.

A skoro o sklepach mowa, na Wildzie mieści się też hurtownia szewska o wdzięcznej nazwie Szewex
A skoro o sklepach mowa, na Wildzie mieści się też hurtownia szewska o wdzięcznej nazwie Szewex
Rynek Wildecki to centrum całej dzielnicy
Rynek Wildecki to centrum całej dzielnicy

*

– Pomidorki mamy pyszne, kochanieńka, świeżo zbierane – krzyczy pan Zbyszek, handlarz warzywno-owocowy z targu na Rynku Wildeckim. Pan Zbyszek, który nie zawsze był panem z targu. Kiedyś pisał książki, i to nie byle jakie – próbowałem je przeczytać, ale nie rozumiałem ani jednej strony, a potem próbowałem przeczytać recenzje, ale też ich nie rozumiałem. Więc pan Zbyszek zbierał głosy krytyki i głosy uznania, i nikt by nie powiedział, że kiedyś będzie sprzedawał pomidory. I śliwki. I szparagi. I winogrona. I cebulę. Ale podobno, jak głosi plotka, pan Zbyszek nienawidził zakłamanego dekadenckiego życia pisarzy, krytyków i bibliotekarek, więc przerzucił się z postmodernizmu na cebulę.

*

Jeszcze parę lat temu Wilda miała opinię poznańskiej Starej Pragi, Trójkąta Bermudzkiego, Oruni, Bałut. Słowem – dzielnicy nieciekawej, niebezpiecznej, do której bez konkretnego powodu lepiej nie zaglądać. A już zwłaszcza po zmroku! No i fakt, sam pamiętam, że podczas rowerowych wycieczek z ojcem niezbyt lubiłem wjeżdżać chociażby w ulicę Fabryczną. Albo Umińskiego czy Sikorskiego.

Dzisiaj wiele się pozmieniało. Zaniedbane kamienice poprzedzielały nowe deweloperskie plomby, systematycznie zasiedlane przez klasę średnią. Dresosklepiki zmieniły się w sieciówki znanych marek – wspomniane Fresze, Żabki, Małpki. Pomiędzy nimi wykwitły hipsterskie restauracje i kawiarnie. Na Wildzie nie mieszka już szatan, wbrew słowom znanej piosenki – on tu tylko bywa, czasami daje o sobie znać.

Na przykład pod postacią złomiarzy, systematycznie okradających pobliskie Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego – fabrykę, która jeszcze parę lat temu zatrudniała pół dzielnicy, a dziś jest tylko kupą gruzu, z którego wyciągnięto wszystkie kable i metalowe elementy.

Albo pod postacią schiz Łysego. Każdy na Wildzie zna Łysego. Każdy widział go chociaż raz, jak chodzi po dzielnicy w pozie czajnika, z wygiętymi łokciami i nadgarstkami, śmiejącego się śmiechem obłąkanego. Czasami Łysy przystaje, zaczepia przechodniów, delikatnym głosem pyta: „ma pan może poczęstować papierosem?” po czym odchodzi, wstrząsany salwami śmiechu.

Wilda bywa całkiem creepy. Taką maskotkę znalazłem podczas spaceru. Wisiała na drzewie i patrzyła wzrokiem pozbawionego maski Dartha Vadera
Wilda bywa całkiem creepy. Taką maskotkę znalazłem podczas spaceru. Wisiała na drzewie i patrzyła wzrokiem pozbawionego maski Dartha Vadera

*

I tak się powoli tutaj żyje. Kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów. A może trochę ich jeszcze zostało, póki trwa sklep EXTRA i póki sprzedawczyni z Izy zagaduje o pogodę. Póki Bożena wprawną ręką tnie kudły klientów, zagadując o masakrę z dzieciokami. Póki na ulicy Madalińskiego ciągle trwa sklep spożywczy „U Żela”, a nie bezimienny Fresh.

Kiedy wszystkie moje wildeckie kobiety zastąpią „Kasie. Uczą się.”, pozostanie jedynie powiedzieć „pojedli my, popili”, i wzorem pana Zbyszka z targu przerzucić się na spokojne wiejskie życie.


Zobacz też:

ZNTK Poznań na ślepym torze
Uchodźcy. Ci ze wschodu

Zapraszam także do polubienia Stacji Filipa na Facebooku.

3 komentarzy

  1. cioba says: Odpowiedz

    Bardzo ciekawe! Powiedziałabym, dla mnie równie egzotyczne jak Wietnam (tej ;-)

  2. Adrian says: Odpowiedz

    Świetnie opisana pozornie nudna proza codziennego życia. Pokochałem Twoje teksty o Wschodniej Europie, lecz nasze rodzime podwórko potrafisz równie ciekawie opisać, gratuluję dobrego pióra!

  3. prof_klos says: Odpowiedz

    Ah, to co targowiska Łódź Bałuty czy Łódź Górniak, świat w światku. ;)

Dodaj komentarz