Siedzę w schronie, prześlij pieniądze. Jak oszuści zarabiają na fali współczucia

O tym, że nic nie jest za darmo, przekonał się niedawno Piotr. Mężczyzna poznał przez Internet Ukrainkę z Doniecka, której postanowił pomóc. Skończyło się akcją jak z thrillera i pogróżkami, a dziewczyna rozpłynęła się ze sporą sumą pieniędzy. To nie jedyny przypadek oszukanego Polaka – u naszych wschodnich sąsiadów trwa w najlepsze biznes naciągania na współczucie ofiarom wojny.


Podobny artykuł na ten temat opublikowałem w tygodniku „Angora”, nr. 11/2018. Autorem powyższego zdjęcia z plikiem banknotów jest Jeremy Paige.


Ługańsk, kwiecień 2016. Przyjeżdżam do miasta, które jeszcze niedawno było stolicą jednego z obwodów Ukrainy, a dziś stanowi centrum separatystycznej Ługańskiej Republiki Ludowej. Ulicami przechadzają się żołnierze z ostrą bronią, gdzieniegdzie na skwerach leżą szczątki rakiet. Na billboardach wiszą propagandowe reklamy Republiki i jej władzy. W korespondencji do „Nowej Europy Wschodniej” piszę wówczas tak: „Ługańska Republika Ludowa sprawia depresyjne wrażenie. O ile centrum Doniecka [największego miasta regionu, będącego pod władzą tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej] w związku z rewoltą zmieniło się nieznacznie – działają supermarkety, kawiarnie, restauracje, kina – o tyle puste aleje Ługańska, obudowane z obu stron wysokimi, masywnymi blokami, przywodzą na myśl rzeczywistość totalitarnego reżimu. Na budynkach administracji publicznej powieszono błękitno-niebiesko-czerwone flagi z ogromną czerwoną gwiazdą. Kino Ukraina symbolicznie zmieniło swą nazwę na kino Ruś.”

W tej ponurej rzeczywistości trafiam do ludzi, którzy, jako jedni z nielicznych, skorzystali na wojennej zawierusze. Denis i Nastia, on lat dwadzieścia jeden, ona – zaledwie dziewiętnaście. Jeszcze rok wcześniej mieszkali w jednej z podługańskich wiosek. Później uśmiechnęło się do nich szczęście.

– Miałem rodzinę w Ługańsku – opowiada Denis. – Całkiem zamożni ludzie. Po wybuchu wojny wujek stracił swój biznes i zdecydował się na wyjazd. Zostawili mi mieszkanie. Nie wiem, czy wujek kiedyś wróci, ale póki co żyjemy tutaj całkiem nieźle.

Lokum ma trzy pokoje i jest nowocześnie umeblowane. Jak na parę dwudziestolatków, którzy jeszcze niedawno mieszkali przy samej linii frontu, Denis z Nastią lepiej trafić nie mogli. Prowadzą nocne życie, a w dzień głównie grają na konsoli. Nie wychodzą zbyt wiele z mieszkania, bo i nie ma dokąd – lepiej nie włóczyć się bez celu po opustoszałych dzielnicach miasta.

Pewnego wieczoru Denis przynosi japoński zestaw do parzenia herbaty. – Oryginalny, niedawno kupiłem – chwali się, po czym rozpoczyna herbacianą ceremonię. Najpierw zaparza niewielką ilość suszu pu-erh, a następnie rozlewa napar na specjalnie przygotowaną tackę. Jak sam mówi, aby roztoczyć aromat. Później pieczołowicie odmierza temperaturę wody, zalewa herbatę, roztrzepuje ją specjalnym pędzelkiem i rozlewa do czarek. Na koniec, całkowicie wbrew ceremoniałowi, wsypuje dwie łyżeczki cukru. Wszystko przy świecach, bo akurat zabrakło prądu.

– Żyjecie tu całkiem nieźle jak na warunki wojenne – zauważam. – Skąd macie na to pieniądze?
– Zarabiamy około tysiąca dolarów miesięcznie – odpowiada chłopak. – Przez Internet.

Tysiąc dolarów? W mieście, gdzie spora część populacji nie zarabia nawet stu? Dla wojennego Ługańska to kwota ogromna, wręcz nierealna, tym bardziej biorąc pod uwagę domowy tryb życia zakochanej pary. Dopytuję szczegółowo o sposoby zarobku.
– Rozmawiamy na kamerkach. Nastia siedzi przed monitorem i udaje, że pisze z facetami, głównie z Europy Zachodniej i Stanów. Nie mówi po angielsku, więc z boku siedzę ja, tylko że ukryty. Trzymam klawiaturę i prowadzę rozmowę – opowiada Denis.
– Rozumiem, że chodzi o rozbieranie się przed kamerą i cyberseks?
– W żadnym wypadku! – oburza się Nastia. – Nawet piersi nie pokazuję. Oni płacą za samą możliwość rozmowy.

Centrum Ługańska.. Napis na płocie głosi „Ługańsk to rosyjskie miasto”
Centrum Ługańska.. Napis na płocie głosi „Ługańsk to rosyjskie miasto”

Dwieście dolarów dla Nataszy

Polska, styczeń 2018. Przez Internet odzywa się do mnie Piotr. Pyta o realia życia w separatystycznych republikach na wschodzie Ukrainy. – Poznałem przez Internet dziewczynę z Doniecka – pisze. Nazwijmy ją dalej Nataszą. – Chcę posłać Nataszy sto dolarów, żeby zrobiła paszport i przyjechała do Polski. To, co się tam dzieje, to nie jest życie dla normalnej młodej dziewczyny – stwierdza mężczyzna. Radzę mu wówczas, by pieniędzy nie wysyłał, bo wygląda mi to na oszustwo.

Wracamy do tematu po dwóch tygodniach. Piotr opowiada, że jednak wysłał Ukraince sporą sumę – łącznie dwieście dolarów. Pierwsze sto na wyrobienie paszportu, drugie – na ponowną podróż do domu, kiedy urzędowe sprawy zagnały dziewczynę aż do Kijowa. Później Natasza miała przyjechać do Polski i spotkać się z Piotrem. Do tego jednak nie doszło. W Kijowie rzekomo złapała ją odra (Ukraina borykała się wtedy z epidemią tej choroby), dziewczyna wylądowała w szpitalu i o żadnej podróży nie mogło być mowy.

– Ja wiem, że to wygląda naiwnie – pisze Piotr. – Tylko że ty poznajesz jedynie gołe fakty. A my rozmawialiśmy i pisaliśmy przez kilka tygodni, więc jeśli to ściema, to świetnie wyreżyserowana i odegrana.

Proszę Piotra o fragmenty rozmów. Natasza pisze między innymi: „Rozwiodłam się w 2012 roku, od tego czasu mój syn nie widział swojego ojca. Ojciec mojego dziecka ma już drugą rodzinę – nie dzwoni, nie pomaga finansowo i nie interesuje się swoim synem”. Jest też fragment, który wzbudza moje podejrzenia: „U nas strzelają, siedzimy w schronie, mam słaby zasięg. Mieszkam w Doniecku, może słyszałeś, że mamy tu wojnę”. Dziwię się, bo wiem, że działania wojenne w Donbasie od dawna ograniczają się jedynie do ostrzałów na linii frontu. Nikt nie celuje w osiedla mieszkalne i nie trzeba już, jak w 2014 roku, schodzić do schronów.

– To bzdura – komentuje Aleksandr, znajomy spod Doniecka – nawet we frontowych miastach nikt już się nie chowa, bo nie ma przed czym. Z tego, co wiem, ostrzały mogą dotyczyć jedynie maleńkich wiosek na samej linii frontu, w których i tak od dawna nikt już nie mieszka.

„Nie dożyjesz”

Rozpoczynam drobne dziennikarskie śledztwo. Proszę Piotra o detale wiadomości, które mogą naprowadzić mnie na trop oszustwa. Zwracam uwagę na podawane przez dziewczynę fakty, ceny i detale geograficzne. W końcu znajdujemy trop, a raczej sam Piotr znajduje. Wysłane przez niego pieniądze zostały odebrane nie w Doniecku, a w Sewierodoniecku (dosłownie „Północnym Doniecku”) – zupełnie innym mieście, położonym ponad 100 kilometrów dalej i po drugiej stronie granicy. To bardzo sprytne oszustwo – mało który Polak zorientuje się w tym, że Sewierodonieck to nie północne dzielnice słynnego Doniecka, a całkiem inny ośrodek miejski.

To jednak jedyna kwestia, która jaskrawo wskazuje na dokonanie oszustwa. Wiadomości wysyłane przez dziewczynę rzeczywiście brzmią realnie. Piotr kilkukrotnie kontaktuje się z Nataszą przez komunikator wideo. Ukrainka wysyła mu zdjęcia swoje i swojego syna, prowadzi też profile w serwisach społecznościowych. Wiele wskazuje na to, że Natasza istnieje rzeczywiście – pozostaje pytanie o jej intencje.

Ostatecznie, po wysłaniu pieniędzy, kontakt zanika. Gdy dziewczyna milczy przez kilka dni, Piotr odzywa się do jednego z facebookowych znajomych Nataszy. Ten odpisuje mu nieskładną wiadomością, w której żąda tysiąca dolarów „na pomoc dziewczynie”. I poprawia się: „jeżeli tysiąc będzie trudno zebrać, to chociaż pięćset”. Następnie do Piotra pisze kobieta, przedstawiająca się jako siostrzenica Nataszy. W wulgarnych słowach każe mu spadać i grozi znajomościami z kijowskimi sędziami. „Pożyjemy, zobaczymy” – odpisuje Piotr. Słyszy: „ty nie dożyjesz”.

Mężczyzna rozumie już, że to oszustwo. – To moja głupota i nic więcej. Ściemniała z tym obstrzałem, i że nie ma pieniędzy na paszport i bilet. Jak miałem gest, to dałem, i tyle. Trudno. Zdarza mi się więcej wydać na głupoty – pisze.

Proszę o komentarz Aleksandra spod Doniecka. – Znam podobne przypadki. Kolega mojej narzeczonej prowadził taki „biznes”. „Wynajmował” miejscowe dziewczyny, którym robił zdjęcia, a później rozsyłał je do mężczyzn z zachodu. Dzięki temu trudniej było zidentyfikować oszustwo, bo zdjęcia były robione tylko na potrzeby flirtu, ale dziewczyna istniała w rzeczywistości, więc mogła wejść na wideoczat i uwiarygodnić się – mówi chłopak. Po czym dodaje: – Na fali współczucia biednym mieszkańcom Donbasu można zarobić w Rosji niezłe pieniądze. Widocznie ta moda doszła i na zachód.

Przerwane plany

Parę dni po Piotrze kontaktuje się ze mną Grzegorz. Schemat podobny – poznał dziewczynę spod Ługańska na internetowym portalu randkowym. Rozmawiali po angielsku, pisali maile codziennie albo co drugi dzień. Kilka razy rozmawiali przez telefon. Nie było żadnych nagich zdjęć, były za to emocje – dziewczyna pisała między innymi, że idą święta, które zawsze kojarzyły się jej z zapachem mandarynek i domowym ciepłem. Dziś nie ma mowy nie tylko o mandarynkach – nie może sobie pozwolić nawet na choinkę.

– Może to była tylko kwestia budowania zaufania – mówi Grzegorz – ale autentycznie zaczęło mi zależeć. Człowiek się w takich sytuacjach wkręca, ma różne wizje i zaczyna snuć plany. Kupowałem już nawet bilet kolejowy, chciałem jechać na Ukrainę i się z nią spotkać. Płatność mi wtedy nie przeszła. A znajomość zaczęła się psuć.
– Co się stało?
– Oprócz niej, pisałem też z paroma innymi dziewczynami. Na tej zależało mi najbardziej, wiadomo. Ale była taka Lara, też spod Ługańska, wymieniliśmy zaledwie kilka wiadomości. I podobno ona znała się z tą moją dziewczyną. „Moja” pewnego dnia napisała mi z wyrzutem, że rozmawiam z połową Ukrainy, a ona potrzebuje prawdziwego, przyzwoitego mężczyzny. I że może się ze mną spotkać w Kijowie, tylko jeżeli zapłacę jej za drogę.
– Ile?
– 150 euro.
– W obie strony spokojnie wystarczyłoby jej 20-30 euro.
– Wiem, ale to nawet nie o to chodzi – stwierdza Grzegorz. – Ja oczywiście mógłbym jej zwrócić koszty dojazdu, zapłaciłbym też za hotel i jakąś restaurację. Ale dopiero na żywo. Nie wyślę pieniędzy w ciemno.

Kiedy Grzegorz odmówił, dziewczyna przestała się odzywać. Nie odpisywała na maile i smsy, nie odbierała też telefonów. Mężczyzna, podobnie jak Piotr, dziwi się jednak, że cała akcja trwała bardzo długo i wymagała dobrego zaplanowania: – To trwało ponad miesiąc. Sprawdzałem jej fotografie na różne sposoby, nie były kradzione z Internetu. Mówiła doskonale po angielsku. Długo nie podejrzewałem, że to może być jakiekolwiek oszustwo – komentuje Grzegorz.

Lolita

Pisałem ten artykuł w momencie, gdy sąsiednią Rosję rozpalała ponownie sprawa Diany Szuryginy – szesnastoletniej dziewczyny, rzekomo zgwałconej na wiejskiej imprezie przez niewiele starszego Siergieja Siemionowa. Temat trafił przed sąd, a następnie – dzięki kontrowersyjności, o której za chwilę – na moskiewskie salony, gdzie Szurygina stała się niekwestionowaną gwiazdą programów typu talk show. Siemionow natomiast trafił do kolonii karnej, wyszedł po roku, a obecnie przebywa w areszcie domowym.

Sprawa byłaby dość banalna (wszak sam fakt cielesnego obcowania nastolatków został potwierdzony), gdyby nie fakty, które zaczęły wychodzić na jaw podczas popularnego programu telewizyjnego „Pust’ goworiat” („Niech mówią”). Po pierwsze, Diana zachowywała się na imprezie bardzo swobodnie, i, według jednoznacznej oceny świadków, poszła do łóżka nie tylko z Siemionowem, ale i jeszcze innym młodym mężczyzną, zupełnie dobrowolnie. Po drugie, rodzina dziewczyny miała zażądać od obu domniemanych gwałcicieli miliona rubli (około sześćdziesięciu tysięcy złotych) – Siemionow, którego rodzina nie jest bogata, nie zapłacił i poszedł siedzieć; drugi z mężczyzn miał rzekomo dać pieniądze i dzięki temu pozostać na wolności. Po trzecie, Szurygina ani przez moment nie zachowywała się jak ofiara gwałtu – wkrótce po całej sprawie wyciekło wideo, na którym dziewczyna pije alkohol i wykonuje wulgarne gesty w towarzystwie starszych mężczyzn. Po czwarte, cała sprawa wywindowała nastolatkę na szczyt popularności (obecnie wypuszcza do sieci filmy, na których flirtuje z bogaczami w najbardziej ekskluzywnych dzielnicach Moskwy).

Dzięki swojemu zachowaniu, Diana Szurygina uzyskała rozgłos i pieniądze, stając się tym samym niechlubnym przykładem dla tysięcy młodych kobiet z rosyjskich wsi i miasteczek. W jednym z odcinków „Pust’ goworiat” pojawiły się dwie koleżanki Diany, uczestniczące w niechlubnej imprezie, na której miało dojść do gwałtu. Obie swoimi zeznaniami wsparły oskarżonego chłopaka, przyznając przy okazji, że bardzo Dianie zazdroszczą. Po prostu jej się… udało.

Diana Szurygina błyskawicznie stała się bohaterką rosyjskiej popkultury oraz internetowych memów. Podpis pod zdjęciem głosi "kiedy znajdujesz kolejnego"
Diana Szurygina błyskawicznie stała się bohaterką rosyjskiej popkultury oraz internetowych memów. Podpis pod zdjęciem głosi „kiedy znajdujesz kolejnego”

Kara za współczucie

Oszustwa matrymonialne to problem znany, kategoryzowany przez prawo i dotyczący obydwu płci. W sidła internetowych oszustów równie często wpadają kobiety, uwodzone przez Afrykańczyków przy pomocy kradzionych zdjęć. Znane są też przypadki doprowadzania do ślubu, celem uzyskania obywatelstwa bogatszego państwa. Jednak przypadki Piotra i Grzegorza są nieco inne. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy dziewczyny, z którymi pisali Polacy, rzeczywiście były powiązane z szajką oszustów, czy tylko wykorzystały sytuację internetowego romansu z obywatelem dużo zamożniejszego kraju. Płace w separatystycznych republikach wschodniej Ukrainy nie przewyższają zazwyczaj pięciuset złotych miesięcznie, więc nawet sto dolarów zysku jest warte zachodu.

Pomijając już aspekt tworzących się romansów i nadziei na przyszłość, psychoterapeuta i filozof Tomasz Zarębski zwraca uwagę na problem wypaczania naturalnej empatii przez internetowe znajomości: – Empatia, rozpatrywana z punktu widzenia ewolucji biologicznej, może być rozumiana jako podłoże zachowań kooperacyjnych. Współpraca między jednostkami staje się łatwiejsza, gdy potrafimy, mówiąc kolokwialnie, „wejść w cudze buty” – zwraca uwagę Zarębski. – Jednak o ile pośród naszych ewolucyjnych przodków, żyjących w grupach nieprzekraczających 150 osobników, łatwo dawało się wykryć nieuczciwą jednostkę, o tyle dziś oszuści mają ułatwione zadanie. Nawiązując kontakt na platformach internetowych, żywimy złudne przekonanie, że tworzymy naprawdę bliską relację. Ale rzadko tak jest w rzeczywistości. Internetowy oszust wie, że jego czyn jest albo niewykrywalny, albo nieobarczony negatywnymi konsekwencjami. Gdy sprawa wyjdzie na jaw, oszust po prostu zrywa kontakt i rzadko kiedy ma to swój prawny ciąg dalszy – kończy specjalista.

Czy zatem powinniśmy wyzbyć się empatii? Niekoniecznie. – Jeśli mamy dużą potrzebę pomagania, z pewnością znajdziemy kogoś potrzebującego w swoim najbliższym otoczeniu. Nie ufajmy Internetowi, wyjdźmy do ludzi, angażujmy się w relacje bezpośrednie, które są nie tylko bezpieczniejsze, ale także bardziej satysfakcjonujące i trwalsze – zachęca Tomasz Zarębski.

Epilog

Tuż przed końcem pracy nad niniejszym tekstem, znowu przychodzi do mnie wiadomość. Tym razem pisze Karol: – Cześć, poznałem przez Internet Ukrainkę z Doniecka. Wiesz może, jak mógłbym ją ściągnąć do Polski?


Zobacz też: 

Za Republikę!
Ręce do góry! Mroczna podróż przez zniszczony Donieck
Donbaska międzynarodówka
Pamiątki z Noworosji
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz