Magda Gessler – rewolucja w moim sercu. Krajobraz Polski po „Kuchennych rewolucjach”

Od wielu lat powtarzam, że „Kuchenne rewolucje” to nie jest zwykły program telewizyjny. To wielowątkowa kolorowa opowieść o Polsce i polskim społeczeństwie. A przy okazji – doskonale napisana historia, sięgająca do tradycyjnych wzorców literatury i teatru.

– Klienci, niestety… Kiedyś byli inni. Może były mniejsze wymagania. Każdy przyszedł, zjadł co było, napił się co było, a teraz to każdy by chciał… – mówi pani Wiesława z Goszczanowa, bohaterka dziewiątego odcinka siedemnastego sezonu „Kuchennych rewolucji”.

To złoty cytat sam w sobie, ale byłoby niesprawiedliwie ucinać go w tym momencie. Wypowiedź dąży do tego, że teraz klienci lubią jak jest „światowo”, dlatego szefowa restauracji wprowadziła do karty pizzę, shoarmę i kebab w tortilli.

Jednak głównym problemem knajpy jest fakt, że przychodzą do niej żule „w gumofilcach”, zamawiają wódkę i podżerają innym gościom jedzenie z talerzy.

Jak tu nie kochać tych kolorowych opowieści o polskim społeczeństwie, mówiących nam więcej o stanie kraju, niż profesjonalne reportaże i filmy dokumentalne?!

Wielobarwne role w kuchennym dramacie

Restaurację „Zajezdnia” w Zielonkach pod Warszawą prowadzą Mariola i Waldek, bohaterowie jednego z najbardziej kultowych odcinków „Kuchennych rewolucji”. Są do tego stopnia kultowi, że w gronie moich znajomych pojawiali się nawet jako bohaterowie do odgadnięcia w imprezowej grze „zgadnij kim jestem” (tej z karteczkami na czole).

Pisała o nich sama Dorota Masłowska, zafascynowana słynnym waldkowym „Mariola, kalafiorowa!”. Felieton Masłowskiej trafił później do książki, dzięki czemu Waldek stał się nie tylko bohaterem do odgadnięcia w imprezowej grze, ale również postacią literacką.

Odcinek z Mariolą i Waldkiem jest jednocześnie poruszającym reportażem o smutnym życiu, jak i dobrze napisaną tragikomedią dla mas. Teatrem telewizji w epoce postteatralnej. To niezwykle sprawnie opowiedziana historia, w której główne role obsadzają:
– Waldek, czarny charakter, główny antagonista utworu. Jest chamski, kłótliwy, znęca się nad swoją konkubiną (jakże to słowo idealnie pasuje do opisu sytuacji!);
– Mariola, konkubina Waldka. Obiekt współczucia i litości widza;
– Magda Gessler, kreatorka smaku i stylu, główna bohaterka. Oprócz doskonałej znajomości tematu kuchni i biznesu, sprawdza się również na niwie psychologicznej. Jako wcielenie dobra, wyrywa Mariolę ze szpon Waldka. Wykazuje się przy tym anielską cierpliwością i zrozumieniem („Pani piła? To proszę zrobić sobie dużą kawę i przyjechać do pracy”).

Moment, w którym widz dowiaduje się, że Mariola nie posiada umowy o pracę, własnego konta bankowego ani ważnego dowodu osobistego, będąc zatem de facto niewolnicą swojego konkubenta, wymyka się scenariuszowi prostej telewizyjnej rozrywki. Przez moment czujemy się jak obserwatorzy przejmującego reportażu albo programu interwencyjnego. Za chwilę wracamy jednak na ziemię, do realiów ramówki TVN-u – Gessler upokarza Waldka, każąc mu usługiwać sobie, konkubinie i pozostałym dwóm pracownicom knajpki. Waldek zanosi kobietom kieliszki z szampanem, ale wybucha, gdy prowadząca każe mu zmyć podłogę. „Z Waldka pomiotło?!” retorycznie krzyczy mężczyzna, po czym ucieka. To klasyk scenariusza „Kuchennych Rewolucji”: są krzyki, kamera, goniąca wkurzonego bohatera, dramatyczne próby dodzwonienia się do Waldka i wątpliwości Magdy Gessler, która „nie wie, naprawdę nie wie, czy uda się skończyć tę rewolucję” (więcej o tym w dalszej części tekstu).

Uwielbiałem ten odcinek, zanim opisała go Dorota Masłowska. Ta zrobiła to w stylu nieporównywalnie lepszym od mojego, ale i ja posiadam pewną przewagę nad znaną pisarką – osobiście odwiedziłem bistro Waldka i Marioli, które w Internecie reklamuje się nazwą…

Już z daleka widać, że była tu sama MAGDA GESSLER
Już z daleka widać, że była tu sama MAGDA GESSLER

Restauracja Zajezdnia po udanych Kuchennych rewolucjach

Dojeżdżam do Zielonek. Ekscytacja sięga zenitu – w końcu za chwilę poznam bohaterów ulubionego serialu. To trochę tak, jakby widz „Mody na sukces” miał okazję spotkać się w cztery oczy ze Stephanie Forrester, czy też fan „Gry o tron” mógł uścisnąć prawicę Daenerys Taecośtam.

Niski budynek obwieszono reklamami z Magdą Gessler. „ŚNIADANIA OBIADY KOLACJE ZESTAWY OBIADOWE LUNCH Po kuchennych rewolucjach Magdy Gessler” – krzyczą bannery, a znaną burzę blond włosów na wysokim billboardzie widać już z daleka. To jednak nic w porównaniu do ołtarzyka, który zastaję we wnętrzu lokalu. W najbardziej eksponowanym miejscu wisi sporej wielkości zdjęcie Waldka i Marioli, pozujących do fotografii z trzymającą bukiet kwiatów celebrytką.

Gesslerski ołtarzyk w restauracji Zajezdnia
Trudno nie zauważyć, że były tu "Kuchenne rewolucje"
Trudno nie zauważyć, że były tu „Kuchenne rewolucje”

Jedzenie – szkoda komentować. Chęć nieszkodzenia właścicielom walczy we mnie z poczuciem dziennikarskiej solidności. Pewnie nie nadaję się na krytyka kulinarnego. Dobrze, napiszmy to wprost: przeciętny schabowy, tragiczne niedosmażone tłuste frytki, buraczki ze słoika i najgorsza kawa w życiu, podawana za skandaliczną cenę bodajże dziewięciu złotych (sprawdziłbym to, ale na stronie internetowej nie działa zakładka menu).

Właściciel tymczasem tryska samozadowoleniem. Informuje, że niedawno przyjechał do nich krytyk, odwiedzający wszystkie restauracje po rewolucjach Magdy Gessler. – Powiedział, że jesteśmy w top 10 najlepszych restauracji w Polsce – informuje pan Waldek, wyciągając zza baru banner potwierdzający otrzymanie wyróżnienia. Szukam ukrytej kamery, ale nie znajduję; pytam więc, czy mogę zrobić sobie zdjęcie z właścicielami. Po chwili z kuchni wychodzi pani Mariola (wygląda dużo lepiej i zdrowiej niż na nagraniu programu). Oboje z panem Waldkiem się uśmiechają. Robimy parę zdjęć pod gesslerskim ołtarzykiem i chwilę rozmawiamy o tramwajach (Waldek przez wiele lat pracował w Tramwajach Warszawskich jako motorniczy).

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tym konkretnym przypadku spełnił się czyjś telewizyjny sen. Telewizja przeżuła Waldka i Mariolę, wyprała ich rodzinne brudy na oczach całego narodu, ośmieszyła i poniżyła, ale ostatecznie dała im nowe życie. Przejeżdżając przez Zielonki, wpadnijcie na schabowego – da się zjeść i nie jest drogi. Nie zamawiajcie tylko kawy.

Kawa za (chyba) dziewięć złotych
Kawa za (chyba) dziewięć złotych

Najlepsze wzorce opowieści

Wracając jednak do samych „Kuchennych rewolucji” – program pełni wszystkie funkcje przypisywane od wieków dobrej literaturze.

Funkcję estetyczną – bo jak tu nie doceniać wyglądu barów i knajp polskiej prowincji, tych wszystkich bannerów i ołtarzyków z Magdą Gessler, tych błędów ortograficznych w menu, jak nie kochać urozmaiceń językowych typu „aby zrobić mizerię, najpierw przeprowadzam obróbkę czystą ogórka” (odcinek z Chodzieży), jak – szerzej – nie uwielbiać języka polskiego w wydaniu kuchennorewolucyjnym, kiedy powstają tam takie perełki jak „mam trudny charakter, bo urodziłam się w kwietniu, a tacy są bycy” (odcinek z Radzionkowa)?

Funkcję poznawczą – bo program Magdy Gessler traktuje nie tylko o kuchni, ale też o psychologii, realiach i sensie życia. Prowadząca jest świetną kucharką, sprawną menadżerką, malarką i psycholożką, zna też niemal wszystkie języki obce.

Funkcję wychowawczą – bo już wiemy, że naczynia po gotowaniu należy zmywać, podłogę za kaloryferem – zamiatać, a sztuczne produkty spożywcze wyrzucać do śmieci. To nie przelewki. Karą za nieprawidłowe utrzymanie porządku nie będzie stanie w kącie ani nagana do dzienniczka, lecz nagłe wtargnięcie rozjuszonej blond baby, która siekierą wybije okno, bałaganiarza obleje zupą szczawiową (z jajkiem) albo każe zjeść bez popity dwa kilo niewłaściwej soli, kupionej po taniości w pobliskim dyskoncie.

Funkcję ludyczną – doświadczenie zabawy. Chleba w „Kuchennych rewolucjach” czasami brakuje, bo polska prowincja żyje pizzą. Igrzyska u Magdy Gessler są zawsze gwarantowane.

Wreszcie – doświadczenie katharsis. To pojawia się już na początku, gdy do piekła prowincjonalnej budy z kebabem wchodzi świetnie ubrany blond anioł z dużego miasta (z WARSZAWY) i dobrze wiemy, że za chwilę rozprawi się z diabłem, który na zapleczu miesza w kotle (diabeł jest źle ubrany, ma brzydką fryzurę i staromodne imię, nie umie się też wysławiać; kontrast aż bije po oczach, jak w teatrze).

Są też, jak już pisałem, tradycyjnie rozpisane role bohaterów. I tylko fakt rzeczywistej egzystencji odróżnia współczesnych gierojów od tych bardziej tradycyjnych. Romeo i Julia nie istnieli w rzeczywistości, podobnie Raskolnikow ze „Zbrodni i kary”, Josef K. z „Procesu” Kafki czy mickiewiczowski Tadeusz Soplica. Na nic wzdychanie panien do fikcyjnego Christiana Greya; tymczasem do Waldka i Marioli można podjechać naprawdę – uścisnąć prawicę, zrobić sobie z nimi fotkę i patrzeć, jak wiedzą, że są idolami popkultury.

Najbardziej wytrwałym może przypaść nawet rozkosz obcowania z bohaterką absolutnie pierwszoplanową. Ale do tego, oprócz wytrwałości, trzeba mieć szczęście. Wspominałem kiedyś na blogu o poruszeniu, które pojawienie się restauratorki wywołało na poznańskiej Wildzie: „Mieszkańcy dzielnicy tłumnie ustawiali się przed niewielką knajpką, żeby uzyskać podpis albo zdjęcie celebrytki, ale nie było im to dane. – Suka nie chciaa nawet dzieciakowi autografu dać. Wiara staa z dzieciakami czy godziny, a ona nic tej – komentowała następnego dnia rozżalona ekspedientka z pobliskiego warzywniaka.”

Magda Gessler w Poznaniu
Magda Gessler w Poznaniu

Ucieczka do toalety stałym punktem programu

Ze szczególną niecierpliwością czekam na górnośląskie odcinki „Kuchennych rewolucji”. Dwie rzeczy będą w nich pewne: pojawi się rolada oraz dużo napięcia nerwowego. Co ciekawe, obserwacje poczynione podczas oglądania Magdy Gessler działającej na Śląsku, współgrają z moimi osobistymi życiowymi doświadczeniami – zawsze miałem wrażenie, że podejście Ślązaków jest jakieś takie… ostrzejsze, niż w innych częściach Polski (pozdrawiam Hanysów, sam jestem urodzony na Śląsku). Nie przypominam sobie żadnego śląskiego odcinka, w którym wystąpiłaby kochająca się i wspierająca rodzina; były za to rodzinne dramaty z Pyskowic (żona i córka właściciela wyrzucone z domu i mieszkające na stałe w restauracji), kłócąca się rodzina z Dąbrowy Górniczej (znów konkubent!), palenie śmieci w Czeladzi (właściciele restauracji zostali później ukarani grzywną), epicki cytat leniwej kucharki z Czerwionki-Leszczyn („no nie chce mi się tego myć, weź pani tera to szoruj”), wreszcie słynna afera z centrum Katowic, kiedy właścicielka wyrzuciła restauratorkę, obrzucając ją stekiem wyzwisk (później internauci odnaleźli występy właścicielki na stronach porno). A wszystko to w oparach rolady.

Takich stałych elementów jest w programie więcej. Rzucanie przez Magdę Gessler talerzami oraz mięsem (tym prawdziwym i tym językowym) jest już nieco passé. Nie są za to passé jej fochy – ze szczególnym nabożeństwem chłonę w niemal każdym odcinku kategoryczne stwierdzenia o tym, że „to NAJGORSZE jedzenie, jakie jadła w życiu” i że „ona NIE WIE, czy tutaj wróci” (zawsze wraca, a w następnym odcinku znowu pojawia się najgorsze jedzenie).

No i gwóźdź programu – płacz właścicielki, uciekającej przed kamerą do toalety, krzyczącej, że ona ma dosyć, że nie po to JĄ tutaj zapraszała, że ona pierdoli takie rewolucje. Tutaj też są elementy stałe: ujęcia trzaskających drzwi, szloch dobiegający zza ściany i mąż/siostra/konkubent pocieszający płaczącą właścicielkę, przekonujący, że „ONA po to tu jest, aby nam pomóc”.

Stałym punktem programu jest również Magda Gessler mówiąca „restouracja” oraz „garki” – mam jednak wrażenie, że w ostatnich sezonach zaczyna się to zmieniać.

Kiedy przejdziemy przez wszystkie te cymesy, rozpoczyna się krótki fragment gotowania (zdecydowanie najnudniejszy i w ogóle bez sensu, przecież prawie nikogo kuchnia w „Kuchennych rewolucjach” nie obchodzi). A po nim: degustacja. I kolejna rozkosz pod postacią komentarzy podstawionych gości. „Mięsko rozpływa się w ustach”, „nie za ni, taki posmak jest w buzi, prawda, że nie jest za słone, nie jest tego, lekko kwaskowe, tego” (spisane dosłownie), „jeżeli taki tatarek będzie cały czas podawany, to ja przyrzekam, że ja z tego lokalu nie będę wychodził” (wypowiedziane z setką wódki w dłoni).

I jeszcze jeden detal: nowa nazwa restauracji. Czasem aż zęby zgrzytają. Niekwestionowanym liderem tego zestawienia jest sanocka knajpa, nazwana przez Magdę Gessler „Sowa Nasza Kasza”. Widocznie zęby zgrzytały nie tylko mnie, bo miejsce już nie istnieje.

Element krajobrazu społecznego

„Kuchenne rewolucje” trwają tak długo (w momencie pisania tych słów czekamy na początek osiemnastego sezonu!), że wrosły już na stałe w społeczny krajobraz Polski (albo po prostu w krajobraz, jeśli wspomnieć rozstawione po kraju bannery z Magdą Gessler).

Profil restauratorki na Facebooku obserwuje na dzień dzisiejszy 1,3 miliona użytkowników. Dla porównania: kolega po fachu Robert Makłowicz szczyci się zaledwie dwustoma tysiącami obserwujących, Kamil Stoch nie dobił do miliona, oficjalny profil prezydenta Dudy lubi 650 tysięcy użytkowników. Jedynie Robert Lewandowski bije Magdę Gessler na głowę (9,5 miliona polubień), ale to przecież lajki z całego świata – ileż to razy słyszałem nieudolnie wymawiane nazwisko „Le-wan-doo-ski” gdzieś w Peru, Wietnamie czy Południowej Afryce.

I jak się tym wszystkim nie fascynować?! Fenomen Magdy Gessler trafił nawet mnie, człowieka bez telewizora i bez Netflixa, mnie, który z seriali widział jedynie „Twin Peaks”, „Alfa”, dwa sezony „Z archiwum X”… i siedemnaście sezonów „Kuchennych rewolucji”, a niektóre odcinki podwójnie. Osiemnastego też nie pominę. Besos!


Zobacz też:

Wilda – sceny z życia dzielnicy
„Rekpieskat in pace” – reportaż z cmentarza dla zwierząt
„Polacy o pieniądze nie dbają” – opowieści ukraińskich pracowników
Zachodni i Wschodni Blińsk – najbardziej surrealistyczne czytanki, jakie widziałeś
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

5 komentarzy

  1. Marcin says: Odpowiedz

    Haha też uwielbiam kuchenne rewolucje. Seriale widziałem dokładnie te co Ty, z tym że z Archiwum X wszystkie sezony. Natomiast zagladanie do każdej dziury na Bałkanach zabiera mi teraz tyle czasu, że nie mam go na nic więcej poza pisaniem strony. Do Ciebie jednak nadal zaglądam. Pozdro :)

    1. Dzięki, bardzo mi miło! :) Chociaż wiesz… ja kiedyś Magdę Gessler oglądałem z… Peru (dobra przerwa od trudów podróży :D) Pozdro również!

  2. cioba says: Odpowiedz

    Oj, Filipie! Czeladź i Dąbrowa Górnicza to Zagłębie, nie Śląsk; żaden Hanys Ci tego nie daruje ;-)

    1. Fakt! Niby jestem uczulony na tę różnicę, ale… rolada jest jedna :x

  3. mobilis075 says: Odpowiedz

    Świetnie się czyta :)

Dodaj komentarz