Smutek tropików

Egzotyczny Singapur mieni się tysiącami świateł. Drapacze chmur wyrastają wprost z niskiej zabudowy dawnych dzielnic kolonialnych. Ostatni handlarze chowają swoje kramy – w dusznym powietrzu powoli rozwiewa się zapach egzotycznego jedzenia. Ja leżę i modlę się o sen.

Sięgam po telefon i szukam Lucyny. Odbierze czy odrzuci? W Poznaniu jeszcze trwa dzień – druga zmiana siedzi w pracy.

Odbiera: – Filip? Jestem w korpo. Wszystko ok?
– Powiedz, że mogę chwilę.
– No pewnie. Wiesz, że zawsze możesz.

Średnio ją słyszę. W pokoju huczy przenośny klimatyzator; w głowie – tysiące myśli. Dociera do mnie kilka słów otuchy, a później Lucyna wraca do komputera. Znowu zostaję sam.

Noc. Samotność. Myśli, które nie dają spokoju. Pojedyncza para butów pod łóżkiem. Zaduch, huk klimatyzatora.

Wyciągam z plecaka aparat i na palcach, żeby nie zbudzić hinduskich gospodarzy mieszkania, wychodzę na zewnątrz. Zarówno budynek, jak i widok, robią wrażenie. Blok ma dziesięć pięter, a wszystkie jego „korytarze” znajdują się na zewnątrz – ciągi komunikacyjne mają tu formę długich balkonów, z których wchodzi się do pojedynczych kwater. Widać, że nie mieszkają tutaj bogacze – lokale pozbawione są klimatyzacji, więc niejedne drzwi stoją otworem, przesłonięte jedynie zamykaną na kłódkę kratą. Można podsłuchać oglądających telewizję Chińczyków, kłócące się malajskie małżeństwo, chrapanie zmęczonych pracą Wietnamczyków. Wszyscy przylatują ze swoich biednych krajów, aby tutaj, w jednej ze światowych stolic biznesu, rozpocząć nowe życie. Hindusi w singapurskim Chinatown są jak Polacy w którejś z dzielnic Wielkiego Londynu albo jak Ukraińcy w hotelu robotniczym na poznańskiej Wildzie. Tak działa ten świat.

"Korytarze" bloku mają formę długich balkonów
„Korytarze” bloku mają formę długich balkonów
Rozciąga się z nich panorama nocnego Singapuru
Rozciąga się z nich panorama nocnego Singapuru

A widok… tak, widok potwierdza, że Singapur to potężny azjatycki tygrys. Jest środek nocy, ale w wieżowcach wciąż palą się światła. Singapore never sleeps. I ja też mam wrażenie, jakbym miał nigdy nie zasnąć. Dźwięk trzaskającej migawki aparatu pozwala na chwilę odgonić myśli, ale w miarę jak karta pamięci zapełnia się identycznymi zdjęciami nocnej panoramy miasta, wszystko powraca.

Noc. Samotność. Myśli, które nie dają spokoju. Pojedyncza para butów pod łóżkiem. Zaduch…

A gdyby tak wrócić już jutro? Do domu, do przyjaciół, do spokoju i przewidywalności, własnego łóżka i złudnego poczucia bezpieczeństwa. Do kolejek w Biedronce, do pieczonych pyr z gzikiem i zupy ogórkowej. Do chłodnego powietrza polskiego listopada, w warunkach tropików wydającego się upragnionym zbawieniem.

Otwieram wyszukiwarkę. Jutrzejszy lot do Warszawy kosztuje niecałe dwa tysiące złotych. Nie tak źle. Oczywiście to ponad trzy razy więcej, niż zapłaciłem za lot do Singapuru w obie strony, ale może warto…?

Nie, debilu. Nie warto. Nie uda ci się przed tym uciec. Nie uratuje cię przed tym ani własne łóżko, ani pyra z gzikiem, ani uśmiech znajomej kasjerki. Na chwilę zagłuszą to najwyżej przyjaciele. Znowu wyciągam telefon. Lucyna. – Mogę na chwilę?

W końcu zasypiam. Następnego dnia prześpię cały poranek i nie zdążę zobaczyć Singapuru. Zejdę do chińskich kramów na zupę z owocami morza, a później trzeba już będzie pędzić na lotnisko. Tułaczka dopiero się rozpoczyna.

– Jak było w podróży? – zapytają potem.
– Fajnie.

Zaspałem na poranek. Popołudniowe singapurskie niebo jest zasnute chmurami

Dodaj komentarz