Oszustwa w podróży. Z wizytą w najbardziej kanciarskim kraju świata

Człowiek z zachodu to chodząca portmonetka – wiedzą o tym mieszkańcy wielu egzotycznych krajów świata. Jednak do tej pory w żadnym zakątku globu nie poznałem tylu pomysłów na okantowanie turysty, co w Wietnamie. Poczytajcie o mistrzowskich sposobach na oszustwa w podróży… oraz o możliwościach uniknięcia problemów.

Można próbować spojrzeć na to pozytywnie – oszustwa w podróży są nieodłączną częścią odkrywania świata i kultur. Czasem próby wrobienia są tak śmieszne, że trudno powstrzymać się od śmiechu. Jeśli jednak codziennie trzeba odganiać się od kilkunastu nachalnych prób wyłudzeń pieniędzy, mało kto uniknie irytacji.

Prawdopodobnie nie ma na świecie kraju, w którym moglibyśmy czuć się wolni od prób oszustwa. Przecież i w Polsce mamy problem choćby z fałszywymi taksówkarzami, kasującymi dziesiątki złotych za każdy przejechany kilometr. Jednak – wnioskując z własnych doświadczeń – to Wietnamczycy doprowadzili technikę drobnych oszustw do perfekcji. Jak się przed nimi bronić i czego być świadomym?

Sposób na „koleżankę”

Zaczyna się łagodnie. Przychodzę na dworzec w Hanoi, żeby zostawić plecak w przechowalni bagażu. Idę do biura dla obcokrajowców, wyłuszczam swoją sprawę. Znudzona Wietnamka dzwoni po koleżankę i pokazuje, żeby iść za nią.

Ta druga prowadzi mnie do szafki, każe włożyć plecak, daje kluczyk, po czym wyciąga kalkulator i pokazuje na nim 100.000 dongów (szesnaście złotych). Ja robię wielkie oczy i protestuję, bo to wcale niemało jak na tutejsze warunki.

Kobieta kasuje kwotę i wbija inną – 70.000. Mówię, że nie mam tyle i pokazuję jej w ręku drobne sześćdziesiąt tysięcy. Bierze.

Coś mi jednak w tym wszystkim śmierdzi, więc wracam do biura i pytam znudzoną Wietnamkę, ile powinno kosztować zostawienie bagażu. Ta chwyta za telefon i dzwoni do koleżanki bagażowej:
– Cing ciang ciong, long hue? („Cześć Nguyen-Grażyna, ile kazałaś płacić temu frajerowi?”)
– Niamh bang sin don. („Sześćdziesiąt tysięcy”)

Znudzona odwraca się do mnie: – Sixty thousand, bye.

Dworzec w Hanoi, widok z perspektywy wagonu sypialnego
Dworzec w Hanoi, widok z perspektywy wagonu sypialnego

Sposób na „zapomnienie”

Wyrzucam sobie, że przez zmęczenie i ogólny szok kulturowy dałem się tak łatwo podejść. Kiedy więc wieczorem idziemy na kolację ze znajomym Szwedem, wyostrzam zmysły. Obiad jest jak zawsze pyszny (mógłbym podróżować do Azji Południowo-Wschodniej tylko dla kuchni!), ale niestety kiedyś się kończy. Rachunki uiszczamy oddzielnie, jednak Szwed dostaje resztę, a ja nie. Młody kelner szybko odchodzi od stolika. Krzyczę za nim (początkowo nie reaguje) i żądam reszty. Chłopak teatralnie chwyta się za głowę: – Zapomniałem!

Wietnamczycy muszą mieć genetycznie słabą pamięć, bo podobne „zapominanie” jest tam na porządku dziennym.

Sposób „pamiątkarski”

Niedaleko opuszczonego parku rozrywki w Hue wynajmuję motor wraz z kierowczynią (kierownicą?). Cel – dojechać do centrum miasta. Już po drodze kobieta zaczyna marudzić: – Oooch, far, far, oooch, very far, long way – a ja wiem, że będą problemy.

Umawialiśmy się na 80.000 dongów (trasa rzeczywiście nienajkrótsza). Po dojechaniu na miejsce Wietnamka stwierdza, że należy się sto tysięcy, bo dwadzieścia „jako souvenir”. Ignoruję to, wręczam jej do ręki odliczone osiemdziesiąt tysięcy i odchodzę, odprowadzany długo trwającymi krzykami.

Sposób na „niedopytanie”

Aby uniknąć tego typu sytuacji, moją żelazną zasadą przed wejściem do jakiegokolwiek środka transportu (taksówki, autobusu, motoru itd.)  jest uprzednia negocjacja ceny. Jeden raz w życiu się z tego wyłamuję – to znowu miasto Hue, zaledwie godzinę po poprzedniej przygodzie. Właśnie zostałem pogryziony przez psa i na gwałt szukam lekarza, który zaaplikuje szczepionkę mogącą uodpornić przeciwko wirusowi wścieklizny (to nie przelewki, bo wścieklizna w wielu krajach świata stanowi naprawdę poważne zagrożenie).

Lekko panikuję – biegam i szukam odpowiedniej placówki. Trafia się kierowca, który prawdziwie przejmuje się sytuacją, wioząc mnie do dwóch szpitali. – Don’t worry – mówi. – Mam szczęście – przekonuje – że na niego trafiłem, bo on jest good boy. – I już mi świta, że to nie będzie tanie, ale trudno; sytuacja wymaga szybkiego działania. Cenę trudno ustalić, bo nie wiem, dokąd ostatecznie dojedziemy.

Ale nie spodziewam się, że po 20 minutach jazdy usłyszę kwotę 700.000 dongów (na tutejsze warunki to kwota równie absurdalna, jakby warszawski taksówkarz chciał tysiąc złotych za rejs z Okęcia do Dworca Centralnego).

Z jadowitym spojrzeniem wręczam kierowcy 100.000 (wciąż zdecydowanie zbyt dużo, jak za taką usługę) i idę na dezynfekcję rany. – Będę na ciebie czekał przed wejściem! – krzyczy motocyklista. Na szczęście uprzejmy lekarz wypuszcza mnie ze szpitala tylnym wyjściem i znikam w mroku ciemnych uliczek Hue. Czuję się jak uczestnik afery kryminalnej i usilnie staram się nie rzucać w oczy.

Sposób na „większą porcję”

Chcąc odreagować poprzednią sytuację, wchodzę do restauracji i zamawiam ulubioną zupę z owocami morza. W menu – 35.000 dongów. Na rachunku – 95.000. Skrupulatnie odliczam 35.000 (warto w takich krajach nosić rozmienione pieniądze!) i rzucam kelnerce, palcem wskazując na cenę w menu. Kobieta tłumaczy, że dostałem… większą porcję. – Żadnej większej porcji nie zamawiałem – odpowiadam. Podsuwam pieniądze, zabieram plecak i wychodzę. Wówczas uaktywnia się…

Sposób na „serwetki”

Krótko: kelnerka wpada w panikę i każe mi zapłacić 10.000 dongów za zużyte przy posiłku serwetki.

Sposób na „inną cenę”

Sytuacja z większą porcją jest nie do przewidzenia. Istnieje jednak metoda, pozwalająca wyjść cwaniakom naprzeciw. Jeżeli cena nie jest wyraźnie zrozumiała (nie widnieje w menu obok nazwy dania lub nie jest zapisana czytelnym dla nas alfabetem), można zastanowić się nad uiszczeniem rachunku jeszcze przed podaniem posiłku.

To sposób, który praktykuję w wielu krajach świata. Nie tylko prawdziwie egzotycznych – któregoś dnia w gruzińskim Kutaisi dałem się wrobić na dopisek małym druczkiem po gruzińsku i za podane chaczapuri musiałem zapłacić trzy razy więcej.

Specyficznym rodzajem tego rodzaju cwaniactwa jest dla mnie włoskie coperto, czyli napiwek doliczany obowiązkowo do każdego zamówienia (czasem jego wysokość może przewyższyć kwotę wydaną na posiłek). Dlatego pierwszą rzeczą, jaką robię po wejściu do włoskiej restauracji, choćbym miał wziąć tylko kawę, jest sprawdzenie w menu wysokości coperto.

Sposób na „podwójny cennik”

Również spotykany na całym świecie. Podwójny cennik może przybierać dwie formy – oficjalną i cwaniacką. Z formą oficjalną mamy do czynienia w obiektach turystycznych, które pobierają różne opłaty od miejscowych i od turystów. Nie jestem pewien, czy taki proceder funkcjonuje też w Polsce, ale z całą pewnością można go spotkać już na sąsiedniej Ukrainie.

To w miarę normalne, bo przynajmniej oficjalnie ogłaszane; dużo gorszą formą podwójnego cennika są jednak kwoty płacone do ręki, na przykład w lokalnych środkach transportu. Wróćmy do Wietnamu: autobusy z Da Nang do Hoi An kosztują 18.000 dongów, ale konduktorzy pobierają od turystów kilkukrotnie większe kwoty. Ode mnie konduktorka chce czterdziestu tysięcy, ale z uśmiechem wręczam jej odliczone osiemnaście, informując, że znam ceny. Dwie turystki ze Szwajcarii dają się nabrać – płacą 60.000 od osoby. Ale co to za kwota dla Szwajcarek?

Z autobusami między Da Nang i Hoi An wiąże się jeszcze jedna historia. Nie zdążyłem na ostatni "lokalny" autobus i trzeba było jechać "turystycznym". Bilety są imienne, a ponieważ wymowa polskich nazwisk może być dla Wietnamczyków trudna, czasami po prostu podaję dowód. I potem jadę jako Pan Rzeczpospolita
Z autobusami między Da Nang i Hoi An wiąże się jeszcze jedna historia. Nie zdążyłem na ostatni „lokalny” autobus i trzeba było jechać „turystycznym”. Bilety są imienne, a ponieważ wymowa polskich nazwisk może być dla Wietnamczyków trudna, czasami po prostu podaję dowód. I potem jadę jako Pan Rzeczpospolita

Sposób na „dobrego przewodnika”

To chyba najgorszy rodzaj oszustwa. Dlaczego – o tym za chwilę.

W skrócie – jeżeli kiedykolwiek w turystycznym miejscu podejdzie do Was ktoś, kto spyta o Wasze pochodzenie, uśmiechnie się serdecznie, a następnie nieproszony zacznie opowiadać Wam historię miejsca albo pokazywać najciekawsze jego fragmenty, bądźcie pewni, że to nie jest darmowa usługa. Czasami trudno to przerwać, bo opowiadający jest bardzo uprzejmy i przyjazny. Najlepiej wytłumaczyć się brakiem czasu i koniecznością zdążenia na pociąg/autobus.

Bywa, że ma to swoje dobre strony. W Addis Abebie skorzystałem z takiej nieplanowanej usługi, dzięki czemu odbyłem niezwykle ciekawą krótką wycieczkę po podziemiach miejscowej katedry.

I znów pora pojawić się w Wietnamie. W grocie skalnej pod Da Nang stoi młody chłopak ubrany w coś przypominającego służbowy strój. Odwiedzającym jaskinię turystom pokazuje najciekawsze miejsca, nakazuje albo zakazuje wejścia w różne skalne zaułki. Na końcu – ręka wyciągnięta po pieniądze. Odmawiam, on chwyta się za głowę, zaczyna bezgłośnie łkać, po czym pędem rusza w stronę wyjścia. Czy to jest właśnie słynna azjatycka utrata twarzy?

To jeden z gorszych rodzajów oszustwa podróżniczego. Nadmierna ostrożność w tym względzie może doprowadzić do sytuacji, w której w ogóle nie będziemy mieli kontaktu z lokalnymi mieszkańcami. A przecież zdarzają się ludzie prawdziwie otwarci i gościnni, których odtrącenie może być krzywdzące. Tu nie ma prostej rady. Trzeba się zdać na swoje doświadczenie i… podstawowe zdolności psychologiczne.

Sposób na „podobne banknoty”

Płacisz. Dostajesz resztę – zwitek kilku banknotów. Ale jeden z nich to 10.000, zamiast 100.000.

Wszystko dlatego, że banknoty są niemal identyczne – różnią się jedynie rozmiarem i odcieniem portretu przywódcy. Jeżeli dopiero przyjechałeś do kraju i nie przyzwyczaiłeś się do miejscowych pieniędzy, możesz stracić sporą kwotę.

Banknoty dziesięcio- i stutysięczne różnią się od siebie tylko kolorem i - nieznacznie - rozmiarem. Czasami trudno je rozróżnić, zwłaszcza w okolicznościach zmęczenia, pośpiechu i wietnamskiego upału
Banknoty dziesięcio- i stutysięczne różnią się od siebie tylko kolorem i – nieznacznie – rozmiarem. Czasami trudno je rozróżnić, zwłaszcza w okolicznościach zmęczenia, pośpiechu i wietnamskiego upału

Sposób „na zdjęcie”

W wielu turystycznych miejscach ustawiają się miejscowi, ubrani w tradycyjny sposób i trzymający na postronku lokalne zwierzęta. Zrobienie im (lub zwierzęciu) zdjęcia równa się ze sporą opłatą. Spotykałem takie sposoby w Peru (lamy) i w Izraelu (wielbłądy). Zdjęcie starej kobiety z lamą zyska mnóstwo lajków na Facebooku, choć w dzisiejszych czasach rzadko kiedy jest autentyczne.

Ale żeby krzykiem żądać opłaty za zrobienie zdjęcia… ulicy? To oczywiście znów Wietnam.

Wspomniane sposoby to tylko kropla w morzu inwencji drobnych cwaniaczków. Spotkały Cię równie wymyślne sposoby oszukiwania w trakcie podróży? Opowiedz w komentarzu pod artykułem albo na Facebooku!


Zobacz też:

Siedzę w schronie, prześlij pieniądze. Jak oszuści zarabiają na fali współczucia
Ruch uliczny w Wietnamie. Jak przejść przez ulicę i nie dać się zabić?
Wróżenie ze śmieci
„Polacy o pieniądze nie dbają” – opowieści ukraińskich pracowników
(Zbyt) egzotyczny Durban

5 komentarzy

  1. Azja jaka jest każdy widzi :) Ja mam tak w Tajlandii, jak tyko wracam do Bangkoku to czuję się jak chodzący portfel :/.

  2. Robert says: Odpowiedz

    Bangkok to pijawki tuktuki.nabrali mnie ze w nowy rok buddyjski pałac jest zamknięty ale za 40 batów obwiozą mnie po najciekawszych miejscach, bo tacy są uprzejmi w nowy rok. Pałac był otwarty, a ja po kilku mało ciekawych miejscach zostałem zawiedziony do kraexa, który za drobne 1000zl użyje mi garnitur.

  3. maciej says: Odpowiedz

    witam !! miło że otwierasz ludzkości oczy na drobne problemiki tego świata w kategorii oszustw ale myślę że zdecydowanie prawdziwszym tytułem było bo posłużenie się nazwą Maroko Egipt Meksyk !!! jak dla mnie Wietnam i cały kawałek tej części Azji jest mega bezpieczny i dający poczucie luzy i relaksu bez względu na porę dnia i nocy a takie drobne próby wyłudzenia to drobnostkami są –niebezpiecznie jest jak kaskę próbuje od Ciebie wyłudzić policjant pracownik służby granicznej czy inny urzędas bo próbuje robić to w majestacie prawa lub grozić że ,,,coś tam np podrzuci Ci narkotyki albo masz niewłaściwą pieczątkę jakąś itd itp i to są prawdziwe niebezpieczeństwa Afryki byłych państw ZSRR czy innej Brazylii !!!

  4. tam says: Odpowiedz

    Ale Ty wiesz że szczepionkę na wścieklizne możesz sobie zaaplikować nawet po 3/4 dniach i nic się nie stanie, ot wystarczy sprawdzić na necie…

  5. Maciej says: Odpowiedz

    Są kraje gdzie lokalny rząd dotuje dla LOKALNYCH LUDZI publiczne środki transportu (autobusy, pociągi). Osoba spoza lokalnej społeczności (np. turysta) musi zapłacić więcej i jest to absolutnie normalne. Nie wiem czy takie coś ma miejsce w Wietnamie, kiedyś na ten temat czytałem tylko nie zapamiętałem nazwy kraju.

    Oczywiście nie dotyczy to taksówek, czyli prywaciarzy. Złotówy golą nawet własnych obywateli.

Dodaj komentarz