Autostopem przez Kirgistan. Życie czabana (3)

Ten pan ze zdjęcia nazywa się Tochtobek. W wolnym tłumaczeniu – „zatrzymaj się”. Serio, facet ma na imię Zatrzymaj Się i właśnie… złapałem go na stopa.

Może to coś więcej, niż imię. Autostopowicze po śmierci trafiają na rozstaje dróg, skąd przewożeni są do nieba lub piekła przez takich Tochtobeków.

Tymczasem tego dnia podróż jest dużo bardziej przewidywalna – z Tokmoku do Biszkeku. Jedziemy rozlatującym się żyguli, jednym z tych, w którym podczas jazdy trzeba docisnąć kabelki, żeby wszystko działało sprawnie. Z tyłu siedzi milcząca żona pana Tochtobeka i jego dwie wnuczki. Starsi państwo jadą odwiedzić córkę w Biszkeku, przywieźć jej trochę mleka od wiejskich krów, a przy okazji – zwrócić pożyczone na krótkie wakacje córeczki.

Pan Tochtobek, oprócz bycia przewoźnikiem autostopowych dusz, jest przede wszystkim czabanem. Czaban, czyli po prostu pasterz, to w Kirgistanie kluczowy i nawet nieco prestiżowy zawód. – Czabanem nie może być każdy – opowiadał mi parę wcześniej Ajdar, kierowca kilkukrotnie wspominany w poprzednich artykułach o podróżowaniu po Kirgistanie. – To bardzo trudna praca, wymagająca wytrzymałości i odpowiedniego doświadczenia. Można ją na przykład odziedziczyć po ojcu – czabanem może być syn czabana. Ale ty lub ja? Zapomnij.

W samochodzie pana Tochtobeka
W samochodzie pana Tochtobeka

Ryzykowna praca pasterza

W poprzedniej części autostopowych wspomnień z Kirgistanu pisałem o tym, że zwierząt jest w tym niewielkim górskim kraju kilkukrotnie więcej niż ludzi. W jeszcze poprzedniej części pokusiłem się o stwierdzenie, że „każdy tutaj ma konia, krowę i stado baranów”. Dla mieszkańców kraju, gdzie na górskich glebach rzadko rośnie cokolwiek więcej niż ziemniaki, dieta mięsna pozostaje absolutną podstawą codziennego wyżywienia. Wypas zwierząt jest także nierozłącznym elementem tutejszej kultury – nawet żonę po dziś dzień można w Kirgistanie wykupić za konia i krowę.

Cywilizacja idzie jednak naprzód. Współczesnemu Kirgizowi coraz trudniej utrzymać stado, zwłaszcza gdy zajmuje mieszkanie w klasycznym radzieckim bloku. To dlatego zawód czabana pozostaje tak istotny. Czaban, jak dobry bankier, zajmie się twoimi oszczędnościami. Czasem je nawet rozmnoży.

– Kiedy nadchodzi sezon letni, czabanowie wypuszczają stada na wypas w górach – mówił Ajdar. – Ja też mam swoje zwierzęta. Pięć koni, dwie krowy i ponad dwadzieścia baranów. Gdzie mam to wszystko trzymać? W ogródku za domem?

Opieka nad każdym zwierzęciem kosztuje określoną sumę. Takie przykładowe miesięczne stawki to 400 somów za konia (ok. 20 zł), 300 za krowę (16 zł) i 40 za barana (2 zł). Stado baranów może liczyć od 500 do 1000 sztuk, więc łatwo policzyć, że czaban ma w Kirgistanie większe perspektywy zarobku, niż lekarz z wieloletnim doświadczeniem (którego pensja kształtuje się zazwyczaj na poziomie 500-1000 złotych miesięcznie). To jednak zawód obarczony ryzykiem: – Jeżeli krowę pożre wilk, czaban musi za nią zapłacić około pięćdziesięciu tysięcy. Konie kosztują więcej, nawet powyżej stu tysięcy somów – wyliczał Ajdar.

Nie bez znaczenia pozostaje także sezonowość pracy czabana. Zimą zwierzęta spędza się do zagród, a pasterze cieszą się w pełni zasłużonymi wakacjami.

– Wszystko rozumiem, oprócz jednego. Skąd wiadomo, do kogo należy konkretny baran? – w pewnym momencie rozmowy z Ajdarem wyraziłem swoje wątpliwości.
– Po znamieniu. Oznaczamy zwierzęta, przynajmniej te mniejsze.
– Ale jak znaleźć odpowiednie znamię w stadzie tysiąca sztuk, które dodatkowo rozbiega się po okolicznych górach?
– No… – kierowcę zaczęły łapać wątpliwości. – Nikt nie mówi, że to łatwa praca…

Po drodze do Biszkeku. Przed nami jedzie chińska ciężarówka, jedna z wielu na tej drodze
Po drodze do Biszkeku. Przed nami jedzie chińska ciężarówka, jedna z wielu na tej drodze

Niech żyje wolność, wolność i swoboda

Pan Tochtobek opiekuje się niezbyt dużym własnym stadem (wiek nie pozwala mu już na przyjmowanie odpowiedzialności za liczne stada cudzych zwierząt). Ma dwieście baranów, siedem krów i dwa konie. – U nas mięso smaczny – mówi, z charakterystyczną dla mieszkańców Azji Środkowej manierą kalecząc rosyjską odmianę przymiotników.

Trzeba przyznać, że w Kirgistanie trudno być wegetarianinem. Nie chodzi tylko o brak warzyw i ściśle mięsną kuchnię. Miejscowe podejście do zwierząt pozbawia wegetarian najważniejszych argumentów, dotyczących złego traktowania zwierząt za życia. – Jak to „w ciasnych boksach”? – nie dowierza kierowca, kiedy opowiadam mu o warunkach, w jakich trzyma się europejskie zwierzęta rzeźne. – To wasze barany nie biegają po łąkach?

W przeciwieństwie do apokaliptycznych realiów wielu europejskich ubojni, życie kirgiskich krów i baranów jest dużo bliższe naturalnemu. Zwierzęta przez całe życie biegają po górskich łąkach, ciesząc się wolnością i smakiem świeżej trawy (a nie sztucznych mieszanek paszowych). Na końcu przychodzi człowiek i pozbawia zwierzę życia – ale to też naturalne, bo dawniej miejsce człowieka zająłby stepowy drapieżnik. Zresztą, także ludzkie życie zdecydowanie bardziej podporządkowuje się tutaj rytmowi biologicznemu: pan Tochtobek ma dwanaścioro rodzeństwa i dziewięcioro własnych dzieci…

Nawet elementy kulturowe reguluje przyroda.

– Najważniejsze to codziennie modlić się do Boga – poucza mnie kierowca. – Możesz to robić gdziekolwiek. Nawet tu, w trasie. Przychodzi odpowiednia godzina, to rozkładasz dywanik i się modlisz.
– Ale w stronę Mekki, prawda?
– Oczywiście.
– A skąd pan wie, gdzie jest Mekka?
– No jak to? – zdziwiony pan Tochtobek zaczyna wymachiwać rękami: – Jeżeli tam wschodzi słońce, to Mekka jest tam, a jak słońce jest wyżej, to chyba tam…

Nadchodzi kontra. Stary Kirgiz patrzy na mnie badawczo i pyta… no, nie ukrywajmy, to stały punkt programu podczas autostopowania w Azji Centralnej:

– Ojciec jest?
– Tak.
– Matka jest?
– Tak.
– To dobrze.

Żadna część zwierzęcia nie może się zmarnować. Na kirgiskim targu mięsnym wystawiono w skrzynce głowę i racice barana, a w workach foliowych czekają już popakowane baranie wnętrzności
Żadna część zwierzęcia nie może się zmarnować. Na kirgiskim targu mięsnym wystawiono w skrzynce głowę i racice barana, a w workach foliowych czekają już popakowane baranie wnętrzności

Rozmowy o zwierzętach i Allahu przerywa jedna z wnuczek. Dziecku chce się pić. Stajemy więc pod sklepem, a kierowca kupuje dwie butelki niegazowanych napojów. – Spróbuj koniecznie! – zachęca. – To nasz lokalny specjał. Nazywa się Sułtan-czaj. Suł-tan-czaj.

Biorę łyka napoju, który smakuje dokładnie tak samo, jak sprzedawane w Polsce brzoskwiniowe ice tea. Okropny, przesłodzony smak, nie mający nic wspólnego z lokalną tradycją. Taki smak wybrali konsumenci, odpowiadający na całym świecie na pytania „czy ten smak kojarzy się panu ze świeżością? Czy odpręża? Czy nie za mało słodki?”

Postój na gotowaną kukurydzę w wiosce Czujskoje
Postój na gotowaną kukurydzę w wiosce Czujskoje

Kirgizi okej

To już drugi poczęstunek, jaki otrzymuję tego dnia od Kirgizów. Godzinę wcześniej poprzedni kierowca uparł się, żeby po drodze kupić mi gotowaną kukurydzę. Była przepyszna – świeża i… bez mięsa.

Nurłan (dosłownie „promień słońca”) pracuje, wożąc kirgiskich robotników do pracy w Moskwie. Sto kilometrów z Bałykczy do Tokmoku, jakie spędzamy razem, to dla niego rzut beretem. Normalnie droga do Moskwy zajmuje trzy albo cztery doby; z jego rodzinnego Bekenbajewa to niemal cztery tysiące kilometrów. – Samolot? Zapomnij. W jedną stronę kosztuje tyle, ile zarabiam przez miesiąc – Nurłan kontruje moje śmiałe pomysły.

Na przedniej szybie dumnie powiewa czerwona flaga ze złotym słońcem – sztandar Kirgizów. Obok niej – niewielkie urządzenie, odczytujące fale z milicyjnych radarów. Dzięki niemu Nurłanowi aż trzy razy udaje się zwolnić tuż przed kontrolą prędkości. To, na równi z moim towarzystwem, wprawia kierowcę w naprawdę dobry humor.

– A zrób mi zdjęcie! – zachęca. – Pokażesz potem w Polsce, że Kirgizi są okej. Pokażesz?

No pewnie, że pokażę. Są więcej, niż okej.

Pan Nurłan - kierowca, z którym przemierzam trasę Bałykczy-Tokmok
Pan Nurłan – kierowca, z którym przemierzam trasę Bałykczy-Tokmok
I jego flaga na tle kirgiskiego pejzażu drogowego
I jego flaga na tle kirgiskiego pejzażu drogowego

Zobacz też:

Autostopem przez Kirgistan. Baba Wanga, wielbłąd i polscy naziści (1)
Autostopem przez Kirgistan. Płonąca woda (2)
Autostopem przez biel
Donbaska międzynarodówka
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz