Zawód: babuszka z Czarnobyla. O masowej turystyce w Strefie Wykluczenia

Stalkerka Lena prowadzi grupę turystów przez Czarnobylską Strefę Wykluczenia.

– Strefa to niezwykłe miejsce, które należy uszanować. Ma swój rozum. Zawsze wyrzuca tych, którzy przychodzą tutaj ze złymi intencjami; tacy ludzie umierają, są nagle zwalniani, albo osobiste historie każą im wyjechać gdzie indziej.
– A co z tymi, którzy przyjeżdżają tu na chwilę?
– Jeżeli mają dobre intencje, to wszystko z nimi będzie w porządku.
– A jeśli nie?
– Posłuchaj, Strefa pokazuje nam, że coś poszło w bardzo złą stronę. Ludzie zgwałcili to miejsce. Pobudowali wielkie wojskowe konstrukcje, przerwali bieg rzeki, wycięli las. I przyroda się zbuntowała. Wyrzuciła nas stąd. Zobacz: zwierzęta doskonale tu żyją, w dawnych miastach rośnie teraz las. Tylko ludzie nie mogą tu mieszkać.
– Czyli to ostrzeżenie.
– Tak, Strefa to ostrzeżenie.

W Strefie. Podchodząc pod nieukończony reaktor numer 5
W Strefie. Podchodząc pod nieukończony reaktor numer 5

Idziemy skrajem szerokiego na dwa metry torowiska, budowanego kiedyś do obsługi dźwigów i suwnic. Po lewej wyrasta niedobudowany blok reaktora numer 5. Obok niego skrzypią na wietrze zardzewiałe dźwigi, 32 lata temu nagle zmuszone do przerwania pracy. Cztery metry pod naszymi nogami chlupocze brudna woda, do której upadek mógłby się skończyć tragicznie – pół biedy, jeśli tylko utonięciem czy połamaniem się od uderzenia o betonowe dno…

– Stój! – krzyczy Lena, gdy odchodzę metr w prawo. – Tam może być radiacja. Na ścieżce sprawdzałam, ale nie wiem co jest obok. I uważaj też na te luźne kawałki metalu. Mogą być solidnie napromieniowane.

Stalker. Stalkerka. Lena stalkerka.

Słowo stalker trochę zmieniło swoje znaczenie. Dziś, za sprawą współczesnych powieści i postapokaliptycznych gier komputerowych, bardziej kojarzy się z obładowanym bronią maczo, walczącym przeciwko mutantom na nuklearnych pustkowiach. Tymczasem Lena ma siwe włosy, około 45 lat i niecały metr siedemdziesiąt wzrostu. Osobowością bardziej przypomina stalkera z filmu Andrieja Tarkowskiego pod tymże tytułem – niepozornego przewodnika, który przeprowadza przez tajemniczą Strefę pragnących znaleźć tam szczęście ludzi.

Stalker z filmu nie krzyczy i nie strzela do mutantów. Jest za to wrażliwy i doskonale rozumie Strefę. Tak jak Lena, która wiąże z nią nawet swój wegetarianizm. – Bardzo bym nie chciała, żeby jakieś stworzenie cierpiało przeze mnie – mówi, gdy podchodzimy do zardzewiałych wrót reaktora numer 5.

Oczywiście to nie ma bezpośredniego związku logicznego z katastrofą w Czarnobylu. Podobnie jak teoria o buncie przyrody – awarię reaktora spowodował tylko i wyłącznie ludzki błąd. Lena podchodzi do tematu bardziej emocjonalnie, wręcz mistycznie. A ja ją rozumiem – w końcu stalkerowi z filmu Tarkowskiego poświęciłem swoją pracę licencjacką. Udowadniałem w niej, że postać postapokaliptycznego przewodnika jest wzorowana na jurodiwym – rodzaju szaleńca chrystusowego z dawnej Rosji.

Filmy, ten konkretny oraz dziesiątki innych, a także książki, takie jak “Piknik na skraju drogi” czy seria “Metro 2033”, stały się rzeczywistością. Chodzę po prawdziwej Strefie z prawdziwą stalkerką.

Strefa to skansen komunizmu pod otwartym niebem. Przed dawnym urzędem miasta w Prypeci zachowała się ogromna płaskorzeźba sierpa, młota i gwiazdy. Mało kto ją dzisiaj zauważa. Turyści przechodzą dalej, fotografując pobliskie budynki urzędu, hotelu Polesie i pałacu kultury Energetyk
Strefa to skansen komunizmu pod otwartym niebem. Przed dawnym urzędem miasta w Prypeci zachowała się ogromna płaskorzeźba sierpa, młota i gwiazdy. Mało kto ją dzisiaj zauważa. Turyści przechodzą dalej, fotografując pobliskie budynki urzędu, hotelu Polesie i pałacu kultury Energetyk

Z Lidlem do Czarnobyla

Gdyby nie Lena, pewnie byłbym rozczarowany. Podobnie jak ona, chciałbym w Strefie znaleźć mistycyzm. Tymczasem Czarnobyl i okalające go tereny już od dawna stały się popularnym kierunkiem turystyki masowej. Dość powiedzieć, że wycieczkę do miejsca jednej z największych katastrof spowodowanych przez człowieka oferuje nawet… biuro podróży Lidla. Oprócz najtańszej szynki, paczki pierogów ruskich i jajek pochodzących od zaklatkowanych kur, można do koszyka wrzucić wycieczkę do – jak to opisuje Lidl – “współczesnego jądra ciemności”.

Lena uważa, że to dobrze. Nie tylko dlatego, że pracuje jako przewodniczka: – Turystyka w Strefie uczy, żeby nie podejmować totalitarnych decyzji. W końcu to wszystko jest winą nieludzkiego systemu, który naciskał na pojedynczego człowieka. Poza tym… Może wśród turystów znajdą specjaliści, którzy wynajdą nowe, przełomowe sposoby usuwania skażenia?
– Naprawdę pani w to wierzy? – głośno nie dowierzam.
– Kto wie… Przyjeżdżają tu naprawdę różni ludzie. Dziennie w Strefie przebywa ponad 1000 turystów.
– Dziennie? Ponad tysiąc?
– No tak… Poza sezonem…

Inne zdanie na temat turystyki radioaktywnej ma białoruska noblistka Swietłana Aleksijewicz, autorka reportażu “Czarnobylska modlitwa”. Książka jest wstrząsającym studium cierpienia, spowodowanego wybuchem reaktora; przez ponad trzysta stron czytamy historie strażaków, umierających w męczarniach na chorobę popromienną, rozbitych rodzin i ludzi, którzy na zawsze utracili swoje domy. Na końcu – zamiast epilogu – pisarka krótko opisuje proceder turystyki nuklearnej: “Będzie o czym opowiedzieć przyjaciołom po powrocie do domu. To nie jakieś banalne Wyspy Kanaryjskie czy Miami”.

Mój osobisty problem ze Strefą polega na czym innym. Nie da się tu wjechać samemu, przynajmniej pozostając w rozsądnych cenowo granicach. Dopóki nie chce się na wycieczkę do Czarnobyla wydać równowartości biletu lotniczego do Ameryki Południowej, jedyną opcją odwiedzenia Strefy jest wynajęcie znienawidzonej przeze mnie wycieczki z przewodnikiem. To dlatego przez lata omijałem Czarnobyl i Prypeć, podróżując jednocześnie po innych miastach-widmach. W końcu jednak trzeba było pojechać do mekki światowej postapokalipsy – na następnej imprezie odpowiem krótkie “tak”, gdy po raz kolejny ktoś spyta: “o, lubisz eksplorację miejską! A byłeś w Czarnobylu?”

Zgrzytając zębami, stałem się członkiem międzynarodowej grupy turystów. Na szczęście jako przewodnik trafiła się Lena. Uduchowiona stalkerka-wegetarianka.

Wycieczka do Czarnobyla w gazetce Lidla. Gwarantowany nawet certyfikat dotarcia na miejsce!
Wycieczka do Czarnobyla w gazetce Lidla. Gwarantowany nawet certyfikat dotarcia na miejsce! Źródło zdjęcia
Turyści robią sobie selfie przed słynnym znakiem wjazdowym do Prypeci
Turyści robią sobie selfie przed słynnym znakiem wjazdowym do Prypeci

Pamiątki ze Strefy

Wieś Ditiatki. Przed posterunku wjazdowym do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia stoi kilkanaście busów. Turyści przechadzają się po asfalcie, ciekawie zaglądając do dwóch sklepików z pamiątkami. Choć moja grupa przyjechała jako ostatnia, przez szlaban przejeżdżamy jako pierwsi. – Doświadczenie przechodzenia Ditiatek – Lena, uśmiechnięta od ucha do ucha, chwali się swoim sprytem. Wiedziała, do którego okienka podejść i z kim porozmawiać. Dzięki temu dotrzemy do Prypeci przed tłumem.

Oprócz mnie, w grupie jest czternaście osób różnej narodowości. Trzech Rumunów, Filipińczyk, Szwajcar pochodzenia marokańskiego, Chińczyk, dwóch Litwinów, Norweg, Brytyjczyk, para z Niemiec, dwóch Ukraińców. To tylko jeden z trzech busów, które tego dnia wyprawiło w drogę moje biuro turystyczne.

Program wycieczki obejmuje Prypeć (najsłynniejsze w świecie opuszczone miasto), krótką wizytę przed czwartym blokiem czarnobylskiej elektrowni (tym, który wybuchł) oraz Oko Moskwy – olbrzymią konstrukcję radzieckiego radaru pozahoryzontalnego. Dla chętnych – obiad w miejscowej stołówce. Zachowanej rzecz jasna w sowieckim stylu. Przyjeżdżający tu Amerykanie i Szwedzi pragną prawdziwego klimatu komunistycznego bloku wschodniego. Znudzonej baby w kitlu, która zamaszystym ruchem nalewa na talerz glutowatą zupę. – Cool, man, cool – szepczą pod nosami.

Tylko czy rzeczywiście dostają tu naturalność? Każda osoba, która przekracza granicę Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, przyczynia się do zatracania jej unikalnego charakteru. Dobrym przykładem przystosowania Strefy do zwiększonego ruchu turystycznego jest wspomniany radar. Oko Moskwy zostało parę lat temu podcięte od dołu, aby uniemożliwić bardziej odważnym turystom wspinaczkę na metalową konstrukcję. Przed nim ustawiono tabliczkę ze znakiem radioaktywności. – Nie jest tutaj potrzebna i nigdy jej tu nie było – opowiada Lena. – Miejcie świadomość, że stoi tu tylko dla zdjęć. Ludzie lubią się tu fotografować.

Radar Duga (Oko Moskwy) i stojący przed nim znak radioaktywności
Radar Duga (Oko Moskwy) i stojący przed nim znak radioaktywności

Młodzi Litwini z mojej wycieczki przyjechali na Ukrainę, znęceni serią popularnych gier komputerowych S.T.A.L.K.E.R. Ich akcja dzieje się na terytorium czarnobylskiej Strefy, co podkreślają nawet dwa tytuły – “Cień Czarnobyla” i “Zew Prypeci”. – Wielu młodych ludzi przyjeżdża tutaj, bo grali w S.T.A.L.K.E.R.A – przyznaje Lena.

Chińczyk wydaje się być zagubiony. Przyjechał jako gość weselny kolegi, który właśnie ożenił się z Ukrainką. Członek rodziny panny młodej wziął go na wycieczkę do Strefy, przy okazji samemu odwiedzając te miejsca pierwszy raz. Mało rozmawiają. Bariera językowa jest silna.

Filipińczyk i Szwajcar ogólnie dużo podróżują. Pracują razem w Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu. Niedawno wrócili z Afryki, a Filipińczyk już wcześniej odwiedził Ukrainę: – Byłem na wojnie w Doniecku. Do-nie-cku – konfidencjalnie ścisza głos.

Przy wyjeździe ze Strefy, w Ditiatkach, większość z nich kupi pamiątki. Świecące w ciemności magnesy, długopisy i balony ze znaczkiem radioaktywności. Jest nawet mapa Strefy, narysowana w stylu komiksowo-dziecięcym. Nie ma za to książki Swietłany Aleksijewicz, pocztówek z poparzonymi strażakami ani magnesów ze zdeformowanymi nuklearnymi dziećmi.

Turyści przed sklepami z pamiątkami na punkcie kontrolnym KPP Ditiatki
Turyści przed sklepami z pamiątkami na punkcie kontrolnym KPP Ditiatki
Balonik, długopis czy znaczek "I love Chornobyl"? Co przywieziesz do domu?
Balonik, długopis czy znaczek “I love Chornobyl”? Co przywieziesz do domu?
Pamiątkowa mapa przypomina raczej plan parku rozrywki, niż miejsca jednej z największych katastrof współczesności
Pamiątkowa mapa przypomina raczej plan parku rozrywki, niż miejsca jednej z największych katastrof współczesności

Radioaktywne babuszki śpiewają turystom

– To jest po prostu smutne – komentuje Krystian Machnik z Napromieniowani.pl, znawca tematu Czarnobyla i wieloletni przewodnik po Strefie. – Zawsze opowiadam grupom, że za chwilę znajdą się w największym opuszczonym miejscu na świecie, miejscu o wyjątkowej historii. I potem czuję zażenowanie, kiedy dojeżdżamy do Strefy, a oni widzą dwie budy, w których sprzedaje się baloniki ze znakiem radioaktywności.

Rozmawiam z Krystianem, aby zrównoważyć temat atomowej turystyki. Bo przewodnik przewodnikowi nierówny – są firmy, które zbierają grupy turystów na chaotyczne i pobieżne wycieczki jednodniowe. Są też takie, które stawiają na wielodniowe programy. Ich celem jest dogłębne poznanie Strefy i jej historii, a także odwiedzenie miejsc, które rzadko widują turystów.

– 90% ruchu turystycznego w Strefie generują jednodniowe wizyty. Nikt nie ukrywa, że to masówka. Turystom pokazuje się tylko najważniejsze punkty, trudno mówić o prawdziwej eksploracji czy dogłębnym poznaniu historii miejsca. Powiem szczerze, że niezbyt lubię spędzać czas w samej Prypeci – przyznaje Krystian. – Szansa na odkrycie czegoś nowego jest tam rzeczywiście bardzo mała. Dużo bardziej wolę odwiedzić wioski, leżące na pograniczu Strefy. Wchodzisz do chaty i widzisz ogromne pajęczyny, świadczące o tym, że dawno nikt tu przed tobą nie był.

Co innego w najbardziej popularnych turystycznie lokalizacjach. Niejedno miejsce w Prypeci wygląda jak przygotowane pod turystów: – Czasem ludzie narzekają, że książka w szkole jest otwarta akurat na Leninie albo że lalki wyglądają na ustawione do zdjęcia. Muszę wtedy tłumaczyć, że nie ma żadnego specjalnego oddziału, który codziennie rano ustawia ekspozycję w opuszczonych budynkach. To sami turyści przygotowują sobie scenerię do zdjęć. Mało jest osób, które później odłożą to z powrotem na miejsce – podsumowuje przewodnik.

Lalki w opuszczonym przedszkolu numer 8 w Prypeci. Wiele przedmiotów w najbardziej popularnych budynkach wyglądają na ustawione specjalnie do zdjęcia
Lalki w opuszczonym przedszkolu numer 8 w Prypeci. Wiele przedmiotów w najbardziej popularnych budynkach wyglądają na ustawione specjalnie do zdjęcia

Ustawianie przedmiotów do fotografii to jednak małe przewinienie, przynajmniej w porównaniu do przywłaszczania sobie “pamiątek”. Wynoszenie przedmiotów ze Strefy jest oczywiście ściśle zakazane. Niestety, zakaz nie na wszystkich robi wrażenie. – Biorą, na pewno biorą – przyznaje Krystian. – Uczulam wszystkich, żeby tego nie robili, ale nie każdego da się upilnować. Jednak turyści, przynajmniej tacy, którzy jeżdżą ze mną, zazwyczaj wiedzą, dokąd jadą, i mają do tego miejsca szacunek. Co innego miejscowi. W samej Prypeci są trzy czynne obiekty z miejscowymi pracownikami. Oni od lat wiedzą jak sobie “dorobić”. Tam coś wymontują, tam ukradną, przewiozą na złom.

Przypominam sobie pozostałości rur ciepłowniczych, pokazywanych przez stalkerkę Lenę na jednym ze skrzyżowań w centrum Prypeci. Ich wymontowanie nie było prostym zadaniem, bo wymagało użycia ciężkiego sprzętu budowlanego (co najmniej koparki). To pokazuje jak nieskuteczna jest ochrona państwa ukraińskiego przed ludzką dewastacją Strefy. Jeśli można pod osłoną nocy wymontować ogromne rury ciepłownicze o nieustalonym tle promieniowania (co czasem kończy się TAK), to kto przypilnuje turystę, wynoszącego w plecaku ukradzioną ze szkoły książkę czy lalkę?

Jednym z obowiązkowych punktów każdej wycieczki jest pomnik Lenina w Czarnobylu
Jednym z obowiązkowych punktów każdej wycieczki jest pomnik Lenina w Czarnobylu

Z Krystianem Machnikiem rozmawiam w momencie, gdy ten przygotowuje kolejną akcję pomocy samosiołom. Samosioły (samoosiedleńcy) to rdzenni mieszkańcy czarnobylskiej Strefy, którzy wiele lat po katastrofie zdecydowali się – wbrew państwowym zakazom – powrócić do swoich dawnych domów. Ze względu na brak przystosowania wsi i domów do współczesnych standardów, samosioły żyją niemal jak przed wiekami. Bez kanalizacji, prądu, centralnego ogrzewania, często bez sąsiadów. To ostatni ludzie Czarnobyla, pomoc dla których można uznać za jeden z pozytywnych aspektów ruchu turystycznego w Strefie.

Ale jest także druga strona medalu.

– Pomagamy tym ludziom, którzy żyją naprawdę daleko od cywilizacji – opowiada przewodnik. – Bez kontaktu ze światem, z daleka od innych. Jednak są też samosioły, którzy codziennie kogoś u siebie mają. To te najbardziej rozmowne, czyste babuszki, które mają samogon, potrafią same zagadać turystów, a nawet zaśpiewać im piosenkę. Znam przewodników, którzy za każdym razem jadą do tych samych mieszkańców, bo wiedzą, że oni zabawią grupę. A tymczasem… Często nie trzeba daleko szukać. Bywa, że sąsiadka już nie jest taka “fajna”, nie zagada turystów, nie zaśpiewa piosenki, ma brudno w domu, bo nie jest w stanie sama sprzątać. Tacy ludzie nie cieszą się popularnością.

Turystyczny produkt premium

Czarnobylska Strefa jest po prostu kolejną ofiarą globalizacji, dobrobytu i powszechnej cyfryzacji świata, które na przestrzeni ostatnich kilku lat nieodwracalnie zmieniły podróżowanie.

Peruwiańskie Andy ani bezdroża Svalbardu nie mają już w sobie dawnego uroku i tajemnicy. Życie Australijczyka nie różni się zbytnio od życia mieszkańca Islandii. Każdy zna kogoś, kto był w Nowej Zelandii, Himalajach, Czarnej Afryce. Tysiące blogów opisują każdy skrawek planety. I przez większość tych artykułów przelatujemy wzrokiem, zatrzymując się co najwyżej na szczególnej sensacji.

Czy można się więc dziwić, że wciąż próbujemy znaleźć to, co nieodkryte i zadziwiające? Byłbym hipokrytą, gdybym – po wielu latach odwiedzania i opisywania opuszczonych miast w różnych częściach świata – udawał, że tego nie rozumiem.

Czy można twierdzić, że Strefa jest nadal tajemnicza, skoro nawet lokalne babuszki stały się kolejnym turystycznym produktem, a wycieczka do Czarnobyla znajduje się w gazetce z ofertą taniego dyskontu? To zależy od punktu widzenia. Krystian Machnik podkreśla, że teren Strefy to 2600 km² i 96 opuszczonych miejscowości, z których turystom pokazuje się może dziesięć procent. Dlatego nadal na turystycznej mapie świata jest to “produkt premium”, zwłaszcza z przewodnikiem, który pomaga “poczuć i zrozumieć”.

Pozostaje pytanie – jak długo? Pozostałości w Strefie niszczeją z dnia na dzień, w czym największy udział ma nie człowiek, ale sama natura, z roku na rok coraz bardziej zagarniająca pozostałości po człowieku. Być może trzeba powoli myśleć o kolejnej wielkiej katastrofie nuklearnej, aby tłumom turystów z całego świata zapewnić odpowiednie wrażenia.

A może gdzieś tam z tyłu jest jeszcze tajemnica...?
A może gdzieś tam z tyłu jest jeszcze tajemnica…?

“Mniej turystyczne” zdjęcia z Czarnobyla i okolic będą się ukazywały na facebookowym profilu Stacji Filipa.


Zobacz też:

Polski atom? Na tropie baz nuklearnych w lasach Pomorza
Akarmara. Ruskie safari
Ręce do góry! Mroczna podróż przez zniszczony Donieck
Kształty strefy
Zaporoski zombie-land
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

1 komentarz

  1. Agata says: Odpowiedz

    Smutna ta czarnobylska turystyka. Nie wiem czy tam pojadę chociaż kiedyś bardzo chciałam.

Odpowiedz na „AgataAnuluj pisanie odpowiedzi