„Rumunia. Albastru, ciorba i wino”. Autorka książki odpowiada na Wasze pytania

Dlaczego w Rumunii wszędzie wiszą kable, czy rumuńskie manele jest równie obciachowe jak disco polo oraz czym różni się język rumuński od mołdawskiego. Pytania, które nadesłaliście na konkurs rumuński zaskoczyły mnie, autorkę wydanej właśnie książki oraz wydawnictwo. Nie można ich zostawić bez odpowiedzi.

Ale od początku.

Moja koleżanka wydała książkę. „Rumunia. Albastru, ciorba i wino” to opowieść pasjonatki, która poświęciła wiele lat próbie zrozumienia rumuńskiej duszy. Agnieszka najpierw studiowała język rumuński, później pracowała jako przewodniczka po Rumunii, aż w końcu osiadła tam na dobre – najpierw w pięknym górskim Sybinie, a później na bukareszteńskim blokowisku. Dziś prezentuje swoją książkę, a dodatkowo prowadzi profil Pokochaj Rumunię na Facebooku oraz Instagramie.

Książka ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego, a w konkursie na Facebooku Stacji Filipa można było wygrać jej egzemplarz.

Warunek? Zadanie autorce jak najciekawszego pytania związanego z książką, Rumunią, jej doświadczeniem rumuńskości. Według założeń konkurs wygrać miała jedna osoba, która – oprócz książki – miała uzyskać rozbudowaną odpowiedź na swoje pytanie.

Pytania były jednak na tyle interesujące, że Wydawnictwo Poznańskie postanowiło nagrodzić nie jedną, a dwie osoby. Ja natomiast pomyślałem, że nie można pozostawić ich wszystkich bez odpowiedzi.

Rozmawiam więc z Agnieszką Krawczyk i staramy się odpowiedzieć na wszystkie Wasze pytania.


Agnieszka Krawczyk, autorka książki „Rumunia. Albastru, ciorba i wino”
Agnieszka Krawczyk, autorka książki „Rumunia. Albastru, ciorba i wino”

Zacznijmy od najważniejszego: – Czy “CIORBA” w tytule książki oznacza, że autorka jest fanką Dalibomby? – pyta Oktawia.

Oczywiście! Kiedy Dalibomba podbiła polski Internet, byłam na końcu studiów rumunistycznych. To ja pokazałam ją moim wykładowcom, których reakcja była – delikatnie mówiąc – różna. Teraz na fali internetowych grup memiarskich popularność utworu jest stale podsycana. A ja lubię go sobie czasem posłuchać.

Bogumił: – Co najbardziej zaskoczyło przy pierwszym spotkaniu z Rumunią?

Pamiętasz to jeszcze?

Serdeczność, otwartość ludzi. Ich podejście do tego, że jestem z Polski. Wrodzona, naturalna, nieinwazyjna ciekawość.

Kiedyś byłam w trakcie wycieczki objazdowej po kraju, gdy jeden z moich turystów nagle zasłabł. Trzeba było wzywać pogotowie i jechać na miejscowy SOR. Facet prawie schodzi, ja jestem ledwo żywa z nerwów, a tu przychodzi lekarz i pyta o co…? O to, gdzie się tak dobrze nauczyłam rumuńskiego, i skąd chęć do nauki ich języka!

Temat tej ciekawości rozwijam zresztą w książce, także na przykładach mniej hardkorowych niż ten z SOR-u.

To też trochę odpowiedź na pytanie „dlaczego tak łatwo dogadać się z Rumunami mimo nieznajomości rumuńskiego ani żadnego wspólnego języka”. Ale idźmy dalej: – A mnie bardzo zastanawia, dlaczego Rumunia jest chyba jedynym krajem w Europie, gdzie kable nie są chowane w ogóle pod ziemię. Przecież nawet na biedniejszej Ukrainie, w Mołdawii czy w Albanii dało się ten problem rozwiązać – pisze Grzegorz. I podaje przykład: – Podczas mojego lipcowego pobytu kupiłem piękny album o sądach w Rumunii (kredowy papier, duże zdjęcia), ale na prawie każdym z tych zdjęć gmach sądu jest przysłonięty mnóstwem kabli.

(pytanie jest bardzo spostrzegawcze i nagradzamy je książką)

Nie udało mi się w moim mini-śledztwie dojść do jasnej odpowiedzi, dlaczego wszędzie wiszą kable. Jedna z hipotez mówi, że to dlatego, że Rumunia jest terenem aktywnym sejsmicznie. Warto przypomnieć, że Bukareszt w 1977 roku został mocno zniszczony przez jedno z najsilniejszych trzęsień ziemi w historii Europy. Ale czy to słuszna odpowiedź? Nie sądzę.

Temat poruszam też w książce, łącząc go wraz z innymi elementami przestrzeni publicznej, które zwracają uwagę polskich turystów – żółtymi rurami od gazu i zabudowanymi balkonami.

Plątanina kabli na rumuńskich ulicach. Fot. Agnieszka Krawczyk
Plątanina kabli na rumuńskich ulicach. Fot. Agnieszka Krawczyk

Tomasz pyta o muzykę manele: – Czy jest to taki sam poziom obciachu jak disco polo w Polsce? Bo całkiem sporo tego już słuchałem i mam wrażenie, że mamy tam utwory zarówno na bardzo niskim, jak i dość wysokim poziomie. Czy cała współczesna muzyka popularna Rumunii zawiera się w manele?

(do Tomasza wędruje druga książka)

Nie uważam, żeby słuchanie maneli było obciachem. Moim rodzicom nieironicznie sprezentowałam album „Brylanty muzyki manele”. To po prostu jedna z twarzy popularnej kultury Rumunii.

Zgadzam się z obserwacją o wysokim i niskim poziomie (wspomniany już Sandu Ciorba to zdecydowanie niższy pułap…)

Czy cała muzyka rumuńska to manele? Broń Boże. O manelach jest głośno i często je słychać na ulicy, ale współczesna muzyka to absolutnie nie tylko manele. Przykładowo – jedną z moich ulubionych współczesnych piosenkarek jest Loredana Groza – to lekki przyjemny pop, niektórzy mówią, że to taka rumuńska wersja Madonny. Niedawno byłam też na koncercie ciekawej kapeli postrockowej Am Fost La Munte Și Mi-a Plăcut.

Maciek pyta: – Jaka jest zasadnicza różnica pomiędzy językiem rumuńskim a mołdawskim, o ile w ogóle taka występuje?

Temat jest bardzo szeroki i grząski, z tego względu, że niektórzy – także w obrębie samej Rumunii – uważają, że nie istnieje coś takiego jak język mołdawski. Że można mówić co najwyżej o mołdawskim jako dialekcie rumuńskiego. Wiele hipotez mówi o tym, że mołdawski został stworzony po to, aby uzasadnić, dlaczego Mołdawia jest osobną republiką w składzie ZSRR.

Moje prywatne zdanie jest takie, że różnice w wymowie i słownictwie są na tyle duże, że powinniśmy mówić o dwóch odrębnych językach. Pierwsze, co się rzuca na ucho, to że mołdawski jest rumuńskim z rosyjskim zaciągiem, z wieloma zapożyczeniami z rosyjskiego. To nic dziwnego, bo Besarabia dość dawno wpadła pod wpływy rosyjskie – obszerniej poruszam to w książce w rozdziale o języku rumuńskim pod tytułem „Trzy miłości” (opisuję tam też kwestie języka mołdawskiego oraz języków-sióstr: arumuńskiego, istrorumuńskiego i meglenorumuńskiego).

Kamila się dziwi: – Za co autorka pokochała Rumunię? Mieszkam w Rumunii już trzeci rok i jakoś czuję że moja miłość do Rumunii nie jest najłatwiejsza.

Zgadzam się, że miłość do Rumunii to nie jest prosta sprawa. Głupia i ślepa byłaby to miłość, gdybym nie dostrzegała wad i trudnych tematów (w książce piszę między innymi o dekrecie antyaborcyjnym z czasów Ceaușescu, o pożarze w klubie Colectiv oraz o protestach politycznych, które przetaczały się przez Rumunię).

Tak naprawdę dwie rzeczy (oprócz mojego męża) sprawiły, że pokochałam ten kraj. Ludzie, o których już trochę wspomniałam, oraz język. Ten język ma w sobie coś takiego, że działa na mnie jak magiczne zaklęcie. Zwłaszcza w przypadku poezji, która jest moim ulubionym środkiem wyrazu w literaturze rumuńskiej. Gdy próbujemy przełożyć rumuńską poezję na język polski, to traci się duża część magii, która chwyta mnie szczególnie za serce.

Popularny przykład rumuńskiej poezji to... rymowane wierszyki na nagrobkach kolorowego cmentarza w Sapancie
Popularny przykład rumuńskiej poezji to… rymowane wierszyki na nagrobkach kolorowego cmentarza w Sapancie

Tadeusz pyta bardzo poważnie: – Czy drugowojenna historia rzeźni w Jassach jest znana w przestrzeni publicznej Rumunii?

Dodam, że pogrom w Jassach to niewiarygodna historia masakry, do jakiej w biały dzień doszło na ulicach miasta. Ponad trzynaście tysięcy Żydów zostało zastrzelonych i ograbionych, trupy leżały na ulicy, a niedobitków spędzono do wagonów i obwożono po kraju bez picia i jedzenia. U nas dużo mówi się o Auschwitz i dużo kłóci o Jedwabne. A jak jest w Rumunii z pogromem w Jassach?

29 czerwca obchodziliśmy 80. rocznicę pogromu w Jassach, a prezydent Rumunii wystąpił wtedy z oficjalnym wystąpieniem. Mówił o wielkiej nienawiści, ogromnej przemocy i pogardzie dla godności ludzkiej. Jest to zatem temat, którego nie spycha się do szafy ani nie próbuje okręcać kota ogonem, jak w przypadku Jedwabnego.

Warto podkreślić, że w niektórych miastach, na przykład Braszowie, do dziś działają prężne społeczności żydowskie. Wielu potomków rumuńskich Żydów przyjeżdża do dziś do Rumunii zobaczyć kraj swoich przodków. Czekają na nich rumuńskie organizacje żydowskie i żydowskie restauracje. To sprzyja niezapominaniu trudnych tematów.

Wracając do nieco bardziej pozytywnych kwestii… Kuba: – Czy autorka miała okazję zobaczyć na żywo ogromną wyrwę w Górach Zachodniorumuńskich niedaleko przełęczy Vartop i poznać jej zawrotną i szybką (w skali geologicznej) karierę?

To nie moje tematy – nie chodzę po górach i zostawiam te tematy znawcom. Ale dziękuję za informację i piękne zdjęcie! Człowiek uczy się przez całe życie.

– „Też bawi Panią dodawane do wielu wyrazów -ul? Jestem filologiem, więc będę zgłębiać temat, ale po 2 tygodniach w Rumunii mówiłam już »No to czas na popasul. Ojej, na tym kempingul nie ma zasięgul«”.

Końcówka -ul to rodzajnik określony męski. Jest to rzecz, która mnie zaskoczyła już na studiach, bo ze względu na moją znajomość francuskiego oczekiwałam raczej rodzajnika określonego przed wyrazem, a nie po.

Mój ulubiony przykład: „taxi” to taksówka. „Taxiul” – „TA taksówka”. „Taxiuri” – taksówki w liczbie mnogiej, nieokreślone. „Taxiurile” – TE taksówki w liczbie mnogiej. Jest to rzeczownik rodzaju nijakiego, który charakteryzuje się tym, że w liczbie pojedynczej zachowuje się jak rzeczownik rodzaju męskiego, a w mnogiej – rodzaju żeńskiego.

Inny zabawny przykład: „moje tulipany” to po rumuńsku… „lalelele mele”.

Adam, niedelikatnie, pyta Cię jako mieszkankę Bukaresztu, czy też masz wrażenie, że Bukareszt to Hawana Europy.

Nie byłam w Hawanie, więc nie mam porównania. A nie lubię budować sobie opinii na obrazach z filmów czy książek.

Tak jak napisałam w rozdziale o stolicy pt. „Ostatni kataryniarz Bukaresztu”, miastu należy dać kredyt zaufania i trochę więcej czasu, żeby się do niego przekonać. W wielu przypadkach za pierwszym podejściem możemy się po prostu rozczarować. To przecież miasto o bardzo pokręconej i bolesnej historii.

Cerkiew wciśnięta w blokowisko - przykład ciekawych, a mniej oczywistych miejsc w Bukareszcie. Fot. Agnieszka Krawczyk
Cerkiew wciśnięta w blokowisko – przykład ciekawych, a mniej oczywistych miejsc w Bukareszcie. Fot. Agnieszka Krawczyk

Michał: – Jak Rumuni obecnie odnoszą się do saksońskich korzeni i historii Transylwanii?

Cóż, obecny prezydent kraju, Klaus Iohannis, jest Sasem siedmiogrodzkim. Niektórzy się śmieją, że mówi lepiej po niemiecku niż po rumuńsku… i coś w tym jest, ale nikt nie ma z tym problemu.

Inny przykład – obecna burmistrz Sybinu, Astrid Fodor, została wybrana z partii mniejszości niemieckojęzycznej, która od ponad 10 lat rządzi miastem. Rumunom to bardzo odpowiada, bo kojarzą partię z niemiecką solidnością i precyzją.

Rumuni mają mniejszy problem z niemiecką przeszłością miast Siedmiogrodu, niż z węgierską. Napięcie na linii z Węgrami jest cały czas silne.

– Jaki jest stosunek Rumunów do Polonii na Bukowinie, I jak wybierany jest polski poseł?

To ciekawe pytanie – w parlamencie rumuńskim istnieją reprezentacje mniejszości narodowych, nie tylko Polonii. Podejrzewam, że w domach polskich głosuje się na swojego kandydata, który ma ich reprezentować w Bukareszcie, ale nie jestem tutaj pewna.

Rumuni nie tylko do Polonii na Bukowinie, ale w ogóle do Polaków mają bardzo pozytywny stosunek. Jak piszę w książce – jest to niemal nieodwzajemniona pieśń miłosna.

– Jakie było twoje największe zaskoczenie kulinarne? – pyta Mateusz.

Sery. Zwłaszcza ser telemea – upraszczając, to bardzo rumuński wariant sera feta. Uwielbiam go sobie zajadać z pomidorami w prostej sałatce.

Z rzeczy, z których wiem, że są, a nie próbowałam – to kiszony arbuz!

Proste pytanie: – Jak Polacy odnajdują się w Rumunii?

[myśli]

…zajebiście!

Szymon pyta o twoją ulubioną rumuńską tradycję.

Jest tego dużo. Przykładowo – bardzo lubię noworoczną tradycję zwaną tańcem niedźwiedzi (o którym piszę więcej w rozdziale pt. „Piwny orłosęp”). W dwóch słowach – to taniec wykonywany przez mieszkańców wiosek. Starzy, młodzi, chłopcy, dziewczynki – wszyscy tańczą w skórach niedźwiedzia z wielkimi czerwonymi pomponami.

Chyba nie podzielam Twojej fascynacji. Myślę, że to trochę jak z hiszpańską corridą – ciekawa tradycja, ale jednak do wyrugowania w XXI wieku.

Nie, to nie jest jak z corridą, bo te skóry są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Rumuni specjalnie je konserwują, żeby nie zabijać kolejnych zwierząt.

Tymczasem w podobnym temacie pyta Ania: – Jakie jest podejście Rumunów do przyrody (parków narodowych, zwierząt)? Odniosłam wrażenie, że Rumunia jest bardzo czystym krajem: śmieci prawie niezauważalne, a namioty i przyczepy nad rzekami w wielu miejscach. Odpoczywających Rumunów na łonie natury było widać szczególnie w weekend. Czy namiot, ognisko są legalne w dowolnym miejscu?

Niestety, jeśli chodzi o śmieci, to Rumuni mają jeszcze wiele do zrobienia… Dopiero rok temu przy moim osiedlu pojawiły się kontenery do segregacji śmieci. W strefach kempingowo-wypoczynkowych bywa czysto, ale na obrzeżach wielkich miast pojawiają się dzikie wysypiska śmieci.

Pomijając aspekt śmieciowy, Rumuni przyrodę uwielbiają. Zamknięcia covidowe były dla Rumunów bardzo bolesne, bo jest to naród, który uwielbia spędzać czas poza domem. Kochają robić sobie biwaki i grille na półdziko. I jest to dużo bardziej tolerowane niż w Polsce. Spotkałam się z tym, jak ludzie mi opowiadali, że zmęczyli się drogą, zaszli do jakiejś wioski, i za przysłowiowy uśmiech gospodarze pozwalali się rozbić na swoim terenie.

Ostatnie pytanie, również z gatunku temat-rzeka, i to nawet niekoniecznie dotyczące samej Rumunii: – Ile Romowie mają wspólnego z Romą czyli Rzymem/ Rzymianami? I czy Romowie to Cyganie? Zwykło uważać się określenie Cygan za obraźliwe, zastępując je poprawnym politycznie Romem. Czy jednak do końca poprawnie? – pyta Kamil.

Tak, Romowie to Cyganie i nie mają nic wspólnego z Rzymem. Jest to naród nomadów przybyły do Europy z terenów dzisiejszych Indii. O drażliwych kwestiach językowych dotyczących języka polskiego wolę się nie wypowiadać, bo to nie moje kompetencje.


Książka Agnieszki Krawczyk „Rumunia. Albastru, ciorba i wino” jest już do nabycia w księgarniach stacjonarnych oraz internetowych. Dziękuję wszystkim za udział w konkursie i standardowo przypominam, że działalność Stacji Filipa można wesprzeć na Patronite :)


Zobacz też:

Banat. Pociągiem przez pustkę
“Drogie były mi owce, teraz tu spoczywam” – z wizytą na wesołym cmentarzu
Najgorsza komunikacja miejska w Europie?
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz