Pociąg bez sensu i szpiegowski thriller, czyli zaskakująca podróż do Esmania

Pociąg z Chutoru Michałowskiego do Esmania był poważnym kandydatem do miana najbardziej absurdalnego połączenia kolejowego na świecie.

Po pierwsze – łączył punkty w rzeczywistości nieistniejące. Wieś Chutor Michałowski w 1962 roku została wchłonięta przez radziecki twór administracyjny o nazwie Przyjaźń. Z kolei wieś Esmań owszem, istnieje, ale jest położona w zupełnie innym miejscu niż stacja kolejowa.

Po drugie – trasa pociągu prowadziła znikąd donikąd. W Przyjaźni (Chutorze Michałowskim) znajduje się co prawda sporej wielkości stacja kolejowa, a sama miejscowość formalnie posiada status miasta, ale w rzeczywistości to typowa wieś ukraińskiej prowincji, z kilkoma sklepami, lokalnym oddziałem poczty i banku, ulicami bez asfaltu i paroma radzieckimi bloczkami z epoki Chruszczowa. Koniec trasy znajdował się w jeszcze mniejszej wsi, czy właściwie osadzie, gdzie i ze sklepem może być trudno. Po drodze była jeszcze sześciotysięczna Swesa, w której co druga klatka schodowa straszy na stałe ciemnymi oknami. Od czasu upadku Związku Radzieckiego liczba mieszkańców Swesy zmalała o jedną trzecią, a to i tak dane oficjalne – w rzeczywistości trudno policzyć, kto wyjechał do dużego miasta na studia, kto do którejś z polskich pieczarkarni, a kto na budowę do Moskwy.

Po trzecie – w ostatnich latach przed całkowitym skasowaniem go z rozkładu, kursowanie pociągu zostało ograniczone do dwóch razy w tygodniu. Dawniej skład kursował codziennie, ale nierentowność linii wymusiła ograniczenia. Przed zawieszeniem pociągu do Esmania można było pojechać jedynie w poniedziałki i piątki, a długość przejazdu trzydziestokilometrową linią to niemal dwie godziny, wliczając pięćdziesięciominutowy postój na stacji w Swesie.

Idiotyczny rozkład jazdy z 2018 roku. Trudno powiedzieć, komu mogą pasować takie godziny i dni kursowania
Idiotyczny rozkład jazdy z 2018 roku. Trudno powiedzieć, komu mogą pasować takie godziny i dni kursowania

Po czwarte – pomimo narzekania kolei na nierentowność linii, wszyscy pasażerowie jeździli do Esmania bez biletów. Tych nie dało się kupić, od kiedy terminale do sprzedaży zostały wycofane przez urząd skarbowy w celu spisania rachunków i opieczętowania urządzeń. Kiedy odwiedziłem Esmań w 2018 roku, ta formalność trwała już półtora roku i dotyczyła wszystkich punktów sprzedaży na trasie: w Chutorze Michałowskim, Swesie oraz u drużyny konduktorskiej.

Po piąte – pociąg to tak zwany towos, czyli skład towarowo-osobowy. Twór znany dawniej i z polskich torowisk. Towosy z polskiej ziemi już wiele lat temu przegoniła nowoczesność, modernizacja oraz brutalne zamknięcie wielu połączeń pasażerskich na terenie całego kraju. Na Ukrainie pociągi towarowo-osobowe jeszcze niedawno można było spotkać w kilku punktach kraju.

Pociąg towarowo-osobowy do Esmania podstawia się w perony stacji Chutor Michałowski
Pociąg towarowo-osobowy do Esmania podstawia się w perony stacji Chutor Michałowski
Pasażerowie wsiadają do wagonu pasażerskiego. Liczba wagonów towarowych różni się w zależności od dnia. Tym razem pojedzie tylko jeden
Pasażerowie wsiadają do wagonu pasażerskiego. Liczba wagonów towarowych różni się w zależności od dnia. Tym razem pojedzie tylko jeden

Koleje Ukraińskie najwidoczniej doszły do tego samego wniosku (że to absurdalne połączenie) i we wrześniu 2019 skasowały połączenie kolejowe z Esmaniem. W dalszej historii cofniemy się zatem do lata 2018 roku.

*

– To mówisz, że z Polski jesteś? I co tu robisz? – zagaduje facet, typowy dla tych terenów czterdziestolatek w wypłowiałym kaszkiecie i z jednym złotym zębem w górnej szczęce.
– Pociągi fotografuję – odpowiadam uprzejmie, nie podając zbytnich szczegółów, ale jednak nie urywając dyskusji. Nie mam czego ukrywać, bo wyraźnie było mnie widać, kiedy robiłem zdjęcia na peronie.
– A coś tu w nich ciekawego?
– Wagon towarowy razem z pasażerskim. U nas takie nie jeżdżą.

Dalej rozmowa toczy się dość schematycznie. Trochę zdziwień, trochę informacji o pobliskich miasteczkach. Sporo narzekania na politykę. W politykę nie brnę: nie wiadomo, z kim tak naprawdę rozmawiam i z jakiego powodu może mnie nagle znielubić. Przyznaję jednak, że chcę dojechać pociągiem do ostatniej stacji, później pieszo przejść przez pola do głównej trasy Kijów-Moskwa, a następnie złapać stopa i wrócić do cywilizacji.

– Dojdę tam bez problemów? – pytam.
– Dojdziesz, dojdziesz. Tylko to kawał drogi. Z godzinę będziesz iść – odpowiada facet, a w tle jego słów słychać już pisk hamulców. Obaj wysiadamy w Swesie i się żegnamy.

Pociąg ma tutaj aż pięćdziesiąt minut postoju.

Pięćdziesięciominutowy postój na stacji w Swesie
Pięćdziesięciominutowy postój na stacji w Swesie
Czekając na odjazd, fotografuję wiejskie życie w pobliżu stacji
Czekając na odjazd, fotografuję wiejskie życie w pobliżu stacji

*

Co można robić przez godzinę na maleńkiej stacji pośrodku niczego? Zrobić ze trzy zdjęcia lokomotywy, pójść do sklepu, kupić loda na patyku i wodę mineralną (bez gazu), pokręcić się wśród bloków. Przyjrzeć się tablicom ostrzegającym pieszych przed pociągiem. Design z minionej epoki.

Tablica ostrzegająca przed pociągiem na stacji w Swesie. Dość odważne ostrzeżenie jak na stację, przez którą skład przejeżdża dwa razy w tygodniu
Tablica ostrzegająca przed pociągiem na stacji w Swesie. Dość odważne ostrzeżenie jak na stację, przez którą skład przejeżdża dwa razy w tygodniu

Kiedy przychodzi czas odjazdu, wsiadam znowu do starego niebieskiego wagonu. Tego przed wagonem towarowym.

Pociąg jest niemal pusty, ale bezpośrednio do mojego stolika dosiada się jakiś gość. Wygląd zaniedbanego rolnika. Wyraźne braki w uzębieniu. Ubłocone buty, spodnie moro, czapka z daszkiem. I uśmiech. Dziwny, złowieszczy uśmiech. Przeszywające spojrzenie wycelowane w sam środek moich oczu.

– Więc tak – zaczyna – wysiadłeś w Swesie. Pochodziłeś po stacji i zrobiłeś kilka zdjęć pociągu. Prawda? A później poszedłeś do sklepu. W sklepie kupiłeś loda o smaku arbuzowym i wodę mineralną bez gazu.
– Słucham? – dębieję.
– No, słuchaj dalej. Wcześniej przyjechałeś pociągiem osobowym z Konotopu. Pochodziłeś trochę wokół stacji w Chutorze Michałowskim. Wszędzie fotografowałeś.
– Kim pan jest?
– Ja jestem miejscowy, ale Ty pochodzisz z Polski i masz na imię Filip.

Milczymy. Czuję, jak robi mi się słabo. Obraz odsuwa się w głąb mojej głowy. Nogi robią się miękkie, jakby były z waty. Wszystko wokół zaczyna falować. Czuję się, jakbym spoglądał na siebie samego z góry. Jak we śnie.

Tylko że to nie sen. Jestem na wschodnich rubieżach Ukrainy, nie mam zasięgu w telefonie, wokół żadnej przyjaznej duszy. Tuż obok trwa wojna, na której dwa lata wcześniej spędziłem ładnych kilka tygodni. Czy on, ten bezzębny, o tym wie?

– Nie wiem, kim pan jest, ale wcale mi się to nie podoba – stawiam na szczerość, gdy już udaje mi się przełknąć ogromną gulę, jaka zalęgła się wewnątrz przełyku. – O ile wiem, fotografowanie pociągów nie jest zabronione.
– Nie jest… – zamyśla się facet. – A może i jest. Myślisz że kto tutaj stanowi prawo? Ci z Kijowa? A może ci z Moskwy?

Milczę. Bezzębny jednak nie ustępuje: – Podobno jesteś dziennikarzem.
– Dziennikarzem? Raczej hobbystą – odpowiadam, łapczywie przypominając sobie fakty, które przedstawiłem poprzedniemu rozmówcy. Temu w kaszkiecie.

Wyciągam stary numer “Świata Kolei“. W nim – mój artykuł o pociągach w Ameryce Południowej. Ulubiony numer, pognieciony już na wszystkie strony, bo stale towarzyszący mi w plecaku na wypadek takich właśnie sytuacji. – Patrz pan – wskazuję palcem – takie to dziennikarstwo. Zdjęcia pociągów dla hobbystów i pracowników kolei.

Bezzębny przegląda magazyn, niewiele umiejąc odczytać. W końcu odkłada go na bok. – Wiesz – mówi – kijowskim możesz sobie tłumaczyć, ale tutaj działamy na innych zasadach. Dobrze ci radzę: nie rzucaj się w oczy. Siedź na dupie w pociągu i wróć sobie do miasta. Ja ci tylko dobrze radzę.

Milczymy. Skład przetacza się przez las z prędkością nie większą niż 20 kilometrów na godzinę. W końcu wagon chrzęści, stuka i zatrzymuje się pośrodku niczego.

– Ja ci tylko dobrze poradziłem – powtarza bezzębny i znika w głuszy. Wokół nie ma ani peronu, ani żadnego zabudowania.

*

Czuję się jak w amerykańskim filmie szpiegowskim. Przede mną – bezkresne pola. W głowie – scena z hitchcockowskiego thrillera “Północ, północny zachód”. Ta, w której bohater ucieka przez prerię przed goniącym go samolotem. Klasyka gatunku, którą jednak trochę inaczej przeżywa się w kinie, a inaczej samemu, będąc w podobnej sytuacji.

Pomimo “dobrych rad” bezzębnego znajomego, nie rezygnuję z planu łapania stopa do Kijowa. To moja jedyna możliwość wydostania się dzisiaj z tych terenów. Powrotna podróż pociągiem do Chutora Michałowskiego oznacza stratę ponad trzech godzin, a później pozostaje już tylko nocny pociąg dalekobieżny, na który zresztą nie ma biletów.

Idę zatem przez pola, usiłując za wszelką cenę wybić sobie z głowy myśli o znanej scenie z filmu Hitchcocka. – Ostatecznie – mówię sam do siebie – jeśli bardzo chcieliby mnie zwinąć, mogliby to zrobić już w pociągu. Kto mógłby im przeszkodzić? Dwie stare baby z kraciastymi siatami? A może konduktorka? Zwinęliby mnie i tyle, jeśli by im zależało, a świadkowie niczego by nie widzieli.

Droga jest krótsza, niż mówili miejscowi, zaledwie parę kilometrów, ale i tak wydaje się nie mieć końca. W zasięgu wzroku nie ma żadnych zabudowań – tylko bezkresne pole. Nagle na horyzoncie pojawia się sylwetka samochodu. Klasyczne sowieckie żyguli. Serce podskakuje mi do gardła, ale idę wytrwale, bo przecież nie rzucę się nagle w pole. Żyguli przejeżdża, za kierownicą rolnik, obok typowa ukraińska babuszka. Oddycham z ulgą.

W końcu dochodzę do głównej trasy. Droga M02, dla Rosjan M03, dla Europy – E101. Niegdyś najważniejsza droga Związku Radzieckiego, łącząca Moskwę z Kijowem, stolicą najlepiej rozwiniętej prowincji imperium. Dziś – pusta nitka asfaltu. Granica nie jest co prawda całkowicie zamknięta, ale kto miałby tu jeździć, kiedy jedni już drugich u siebie nie chcą. Stoję przy przystanku autobusowym i czekam, mając nadzieję, że w końcu coś kiedyś pojedzie.

I wreszcie jest – pojawia się samochód. Dwóch smutnych mężczyzn jadących do pracy aż pod Odessę. Podwożą mnie dwieście kilometrów na zachód, do trasy Kijów-Czernihów. Tam chcę się przesiąść na północ.

Nie dojadę jednak do Czernihowa. Rozproszony, z myślami zupełnie gdzie indziej, wysiadając z samochodu zostawiam w nim portfel. I nie mogę liczyć na uczciwość kierowców. Odjeżdżają z piskiem opon, zostawiając mnie pośrodku drogi bez dokumentów ani grosza przy duszy. Nieszczęścia chodzą parami!

*

To była jedna z najtrudniejszych podróży, jakie odbyłem do tej pory. Solidna dawka stresu, a oprócz niej niewiele pozytywów, bo cały plan wyjazdu posypał się jak domek z kart. Pamiętam, że czekałem na samolot powrotny, leżąc w kijowskim parku i czytając książkę. Kiedy doszły pieniądze z Western Union, pojechałem na wycieczkę do Czarnobyla. A potem starałem się o tym wszystkim zapomnieć.

Teraz wspomnienia odżyły. Spotkałem się ze znajomym, który niedawno wrócił ze wschodniej części Ukrainy. Pewnego dnia szykował się już do snu w tak zwanych pokojach odpoczynku na dworcu kolejowym, kiedy znienacka zapukało do niego dwóch policjantów. – Więc tak – powiedzieli – szedłeś tu i tu, potem kupiłeś to i tamto, a tam i siam robiłeś zdjęcia…

Tyle dobrego, że pokazali chociaż legitymacje.


Jeżeli zainteresował Cię ten materiał, wesprzyj mnie na Patronite. Gdyby nie Patroni, blog nie mógłby istnieć.


Zobacz też:

Dwie doby z recydywistami, czyli statkiem na Kuryle
Jak wolno jeżdżą pociągi w Kazachstanie?
Sachalin – ostatnie dni unikatowej japońskiej kolei
Kazachstan: wielka wędrówka tramwajów
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

1 komentarz

  1. Tomasz says: Odpowiedz

    Mój znajomy też miał taką przygodę. Pasjonat wszystkiego, co związane z byłymi republikami radzieckimi. Jeździł tam co najmniej kilka razy w roku i fotografował zmieniającą się rzeczywistość: ulice, osiedla, środki transportu, ludzi, niemalże wszystko. Pewnego dnia spotkał człowieka, który tak jak w Waszym przypadku wiedział jak się nazywa, skąd jest, co robił w ostatnich dniach itd. Na końcu usłyszał “dobrą radę”, żeby nikomu nie opowiadał o tym spotkaniu. Początkowo bardzo był zszokowany całym wydarzeniem, po pewnym czasie przestał się nim przejmować. Dwa lata później znaleziono go martwego przy torach niedaleko Charkowa. Według oficjalnego śledztwa policji nie zachował należytej ostrożności w pobliżu linii kolejowej i potrącił go pociąg. Rozważano też samobójstwo. Tylko dlaczego nie znaleziono przy nim aparatu fotograficznego, telefonu i zeszytu z notatkami (rzeczy, które podczas podróży zawsze miał przy sobie), a nikt nie ruszył np. portfela z kartami kredytowymi i sporą gotówką? Tak jakby ktoś chciał zatrzeć ślady… Podobnych pytań zresztą było więcej, a policja nie potrafiła ich wyjaśnić.

    Dobrze, że w Twoim przypadku cała przygoda zakończyła się pozytywnie. On miał mniej szczęścia…

Dodaj komentarz