Człowiek, który oswoił tramwaje. Rozmowa z Tomaszem Gieżyńskim

Kiedy miał trzy lata, po raz pierwszy zaliczył w całości linię tramwajową. Dziś Tomasz Gieżyński szczyci się poznaniem niemal 3/4 wszystkich sieci tramwajowych na świecie. Które miasta wywarły na nim największe wrażenie? I czy tramwaje przyciągają kobiety?

Jesień 2006. Mam 15 lat. Siedzę w swoim pokoju i z zapartym tchem czytam „Świat Kolei”. A w nim – tramwaje na Syberii. Dalekie, nieosiągalne światy. Kanciaste wagony przejeżdżające przez środek straganu. Linia tramwajowa biegnąca przez las do olbrzymiej zapory wodnej na Jeniseju. Międzykontynentalna komunikacja miejska.

Choć minęła już grubo ponad dekada, do dziś pamiętam uczucia, jakie mi wówczas towarzyszyły. Bezbrzeżny zachwyt, ekscytacja, poczucie niezmierzoności świata. Kto wie, może to właśnie cykl artykułów o syberyjskich tramwajach był impulsem, który pchnął mnie w stronę fascynacji wschodem?

Autorem tamtych tekstów był Tomasz Gieżyński, w gronie polskich miłośników komunikacji postać wręcz legendarna. Dzięki artykułom Tomka, poznawaliśmy najbardziej tajemnicze części świata na długo przed zalewem blogów i powszechną dostępnością Google Street View.

Czeriomuszki na Syberii. Tramwaj dojeżdża tutaj do ogromnej zapory na Jeniseju. To jedna z fotografii, która zdobiła cykl artykułów Tomasza Gieżyńskiego o syberyjskich tramwajach
Czeriomuszki na Syberii. Tramwaj dojeżdża tutaj do ogromnej zapory na Jeniseju. To jedna z fotografii, która zdobiła cykl artykułów Tomasza Gieżyńskiego o syberyjskich tramwajach

Dziś rozmawiamy o jego niezwykłym hobby, najciekawszych i najnudniejszych tramwajach na świecie, a także o tym, czy tramwaje przyciągają kobiety.

– Ile do tej pory zaliczyłeś sieci tramwajowych?

– 298.

– A co znaczy „zaliczyć”?

– Dla siebie samego zakładam, że trzeba przejechać przynajmniej jeden przystanek. Nie można wtedy powiedzieć, że nie byłem, nie jechałem w tym mieście tramwajem. Ale oczywiście za każdym razem, kiedy poznaję miasto i jego tramwaje, staram się, żeby przejechać wszystkie linie. I w większości przypadków, powiedzmy w trzech czwartych, się to udaje.

– I te 298 miast to tylko te, w których kursują tramwaje? A co z trolejbusami?

– Traktuję je pobocznie, pomocniczo. Zazwyczaj są tylko dodatkiem do tramwaju. Ale mam łącznie 133 zaliczone sieci, w tym osiem już zlikwidowanych.

Odnotowałem też w mojej karierze takie przypadki, jak ten z Wołogdy, kiedy podczas trzydziestominutowego postoju pociągu wyszedłem przejechać się trolejbusem. Pociąg jechał z Petersburga do Jarosławia, stał pół godziny na dworcu w Wołogdzie, a ja słyszałem, że trolejbusy w tym mieście mogą być zlikwidowane. No więc: jeden przystanek, zdjęcie z zewnątrz, zdjęcie ze środka, bilet. Zaliczone.

– Podobny program minimum jest w przypadku tramwajów? Zdjęcie z przodu, z tyłu, bilet do kieszeni?

– Nie, absolutnie, nie ma żadnych wytycznych. Często nie jesteśmy nawet zgodni w tym, co jest tramwajem, a co na przykład miejską koleją.

– Jesteśmy?

– W kilku znajomych liczymy swoje zaliczenia sieci. Mamy wspólną tabelkę w Excelu, gdzie podliczamy dokonania, ale czasami pojawiają się wątpliwości. Na przykład: linia tramwajowa w Houten w Holandii. To był tak naprawdę trzeci tor dobudowany do linii kolejowej. Kursował po nim jeden używany wagon, ściągnięty z Hannoweru. Trasa zaczynała się na dworcu kolejowym, biegła wzdłuż torów, i kończyła się przy osiedlu, obok którego nie zatrzymywały się pociągi. I jak byś to określił – nazwałbyś to tramwajem, czy nie?

Tak naprawdę było to coś na kształt testu szybkiej kolei miejskiej w warunkach holenderskiego prawodawstwa. Zastosowano tam rozwiązania, które zahaczały o kolej. Wagon był jednak tramwajowy, a taryfa miejska. Ja to uznałem za tramwaj, ale niektórzy koledzy już nie. Zwłaszcza że wkrótce potem linia została zlikwidowana. Ja miałem zaliczone, a oni nie, więc nie uznali… [śmiech]

Trasa tramwajowa w Houten wiodła zaraz obok torowiska dla pociągów dalekobieżnych
Trasa tramwajowa w Houten wiodła zaraz obok torowiska dla pociągów dalekobieżnych

– Liczyłeś kiedyś, ile jest czynnych sieci tramwajowych na świecie?

– Około czterystu.

– A zaliczyłeś niemal trzysta. Czyli widać horyzont.

– Ale widać też horyzont mojego życia, więc zobaczymy, co będzie pierwsze.

– Zwłaszcza przy obecnym tempie budowy tramwajów na przykład w Stanach Zjednoczonych.

– Albo w Chinach. Albo w Afryce, na przykład w Algierii. Teraz widzę horyzont, ale on się szybko oddali.

– Czy po tylu zaliczonych systemach tramwajowych to już nie jest dla ciebie nudne?

– To zależy. Głód zaliczeniowy, który odczuwam jako delikatne mrowienie w lędźwiach, odzywa się tak czy owak po jakimś czasie. Zawsze jest coś nowego do zobaczenia. Chociaż bywa i tak, że planuję wyjazd, a na liście pojawia się na przykład dziesięć francuskich miast, w których ostatnio zbudowali tramwaj. To są kompaktowe miasta, małe sieci z takimi samymi rozwiązaniami, pomysłami na przestrzeń czy organizację ruchu. Z takim samym taborem, chociaż pomalowanym w inne barwy, żeby się każde miasto czymś wyróżniało od innych. Tak, takie wyjazdy bywają pod koniec żmudne, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się machnąć ręką, przerwać to wszystko i pójść na piwo.

– To spytam od razu spytam o najgorsze, najnudniejsze sieci. Właśnie Francja?

– Tak naprawdę to zależy od momentu w trakcie wyjazdu albo nawet życia. Na odbiór miasta może wpływać wiele kwestii, takich jak pogoda, nastrój, towarzystwo, czy mnie ktoś tam orżnął, albo czy jedzenie było smaczne.

To oczywiście w mniejszym stopniu. Patrząc pod kątem wartości poznawczej danej sieci, nudno bywało w Rosji albo na Ukrainie.

– Rosja?! Ukraina?! Przecież to mekka miłośników tramwajów!

– To wyobraź sobie sytuację, że jednego dnia zaliczasz takie miasta jak Tuła czy Orzeł, a drugiego dnia drugą część Orła i Kursk. To nie są super ciekawe miasta. Dodatkowo wypadły na sam koniec dwutygodniowego wyjazdu, który miał miejsce zaledwie rok po poprzednim długim wyjeździe do Rosji. Pod koniec powiedziałem „dawajcie mi tu te wszystkie linie i wypieprzam stąd!”

A na odtrutkę z Moskwy poleciałem prosto do Rumunii zaliczyć świeżo reaktywowany, wręcz idylliczny podmiejski tramwaj Sibiu-Răşinari.

– To teraz będzie prościej: najciekawsze sieci. Czeriomuszki? Tramwaj na dalekiej Syberii, dojeżdżający pod ogromną zaporę na Jeniseju? Pamiętam, jak to przed laty opisywałeś.

– O tak, Czeriomuszki od razu przyszły mi do głowy, choć to jedna krótka linia, a nie sieć.

Czeriomuszki. Tramwaj na linii do zapory
Czeriomuszki. Tramwaj na linii do zapory

Poza tym na przykład Kalkuta. Odjazd totalny, inna planeta. Tabor niespotykany nigdzie indziej. W ogóle pierwszy raz w Indiach jest jak na innym globie. Wszystko cię uderza, wszystko cię osacza, wszystko jest inne. I w tym jest ten tramwaj. Jeździsz tramwajami przez całe życie, nawet zawodowo, a tu nagle… coś zupełnie innego. Nie czułem się tak nigdy, w żadnej Rosji czy innym kraju poradzieckim.

Chociaż i tam były super miejsca. Jak nie te Czeriomuszki, to na przykład Eupatoria albo Mołoczne na Krymie.

Tramwaj na ulicach Kalkuty
Tramwaj na ulicach Kalkuty

Z innych egzotycznych miast to Aleksandria w Egipcie. Duże znaczenie miały jeżdżące tam piętrowe wagony. Chociaż już wcześniej jeździłem piętrusami w Blackpool, zanim je wycofano, to afrykańskie widoki w połączeniu z taborem zrobiły ogromne wrażenie. Dzisiaj piętrowe tramwaje kursują planowo już tylko w Hongkongu. Pewnie i on się doczeka zaliczenia.

Piętrowe tramwaje na ulicach Aleksandrii
Piętrowe tramwaje na ulicach Aleksandrii
Piętrowe tramwaje na ulicach Aleksandrii
Piętrowe tramwaje na ulicach Aleksandrii

Fajne klimaty są też w Zachodniej Europie. Na przykład Szwajcaria – orgazm infrastrukturalny. Jakby zabrać tam torowca z Polski, to by się załamał, gdyby zobaczył rozwiązania techniczne. Albo sieci w Portugalii – Lizbona i Porto. Tramwaje pachną starym drewnem sprzed kilkudziesięciu lat. A obok śmiga szybka sieć, którą puścili tunelami pod centrum, i która robi znakomitą robotę. W Lizbonie przeszkadzają tłumy turystów, ale ja wstałem o siódmej, kiedy rodzina jeszcze spała, i wsiadłem do słynnej linii 28. Zimny łokieć, motorniczy witający się z każdym pasażerem. Lizbona jest legendą – taka prawda.

– Ile spośród zaliczonych przez ciebie sieci tramwajowych już nie istnieje?

– Teraz nie wiem, musiałbym policzyć. [Odpowiedź na to pytanie dociera później: dziesięć sieci. Houten, Ługańsk, Reșița, Komsomolsk nad Amurem, Nogińsk, Kair, Awdiejewka, Konstantynówka, Kramatorsk, Mołoczne. Do tego można doliczyć zawieszone obecnie tramwaje w Trieście i Neapolu.]

– Jakie masz najbliższe plany?

– Sóller na Majorce, Samarkanda w Uzbekistanie. Później pewnie Chiny, ale to nie wcześniej, niż w przyszłym roku.

– A co z Addis Abebą, o której rozmawialiśmy parę miesięcy temu?

– Rozbiło się o szczepionki na żółtą febrę, a raczej o ich brak. Nie było ich nigdzie w całej Polsce, a ja chcę jeszcze trochę pożyć, żeby zaliczyć resztę miast, które zostały na świecie. Poza tym jakoś się specjalnie nie spieszę z tą Addis Abebą, chociaż chińska jakość i afrykańska eksploatacja mogą nas zadziwić. Ta sieć może działać krócej, niż nam się wydaje.

Trzeba będzie obserwować rozwój sytuacji. Ponadto w Nairobi coś może powstać, więc ewentualnie odwiedzi się te miejsca podczas jednego wyjazdu.

– Od kiedy zaliczasz sieci tramwajowe?

– Uwierz lub nie, ale pierwsze świadome zaliczenie przeżyłem w wieku trzech lat… Byliśmy z rodzicami u rodziny w Częstochowie. Widziałem, że w mieście jest tramwaj, i ciągle ględziłem, że chcę się nim przejechać. A były tam też dwie moje kuzynki w wieku nastoletnim. Rodzice i wujostwo chętnie się nas wszystkich pozbyli: „zabierzcie Tomka, przejedźcie się tramwajem, bo chciał”.

Model ruchu w Częstochowie był taki: jedna trasa, dwie linie. Dwójka zawracała na pętlach pośrednich, a jedynka jeździła dalej, do końca. No i stajemy z kuzynkami na przystanku koło pętli, one chcą jechać w stronę miasta, a ja mówię: „hola, ale przecież tam dalej jeszcze jest trasa, jedynka tam jeździ”. Do dzisiaj pamiętam ich miny… Wymogłem wtedy, żebyśmy zaliczyli całą linię od pętli do pętli, wszystkimi kursującymi modelami tramwajów. To był 1981 rok.

– A pierwsze… bardziej świadome zaliczenie?

– Jeżeli pytasz o tramwaj, bo wcześniej zaliczałem jeszcze kolej, to chyba 1991 rok.

– A ja się wtedy rodziłem… Trochę ci zazdroszczę, że miałeś więcej możliwości doświadczenia prawdziwej, nieplastikowej komunikacji i kolei.

– Też uważam, że mogłem się urodzić z 3-4 lata wcześniej. Bo kiedy akurat dorosłem do tego, żeby urywać się z dwóch ostatnich lekcji w siódmej-ósmej klasie, i robić krótkie rundki po Wielkopolsce, to te wszystkie linie lokalne zaczęły padać. Jednocześnie. W całym kraju. Na szczęście zdążyłem jako trzynasto-czternastolatek zrobić parę wycieczek po regionie liniami, których już dawno nie ma. Nawet trakcją parową.

Zdążyłem z tymi paroma wyjazdami, ale wiem równie dobrze, co mi umknęło. Gdybym był te 3-4 lata starszy, to mógłbym też pojeździć po innych rejonach kraju, gdzie w ruchu były linie, o których nikt już dzisiaj nie pamięta. Wtedy były w moim zasięgu, omsknęły mi się tak naprawdę o miesiące.

– Przeskoczmy z powrotem do dorosłego życia. Mówiłeś, że takich jak ty, jest więcej. Czy są w Polsce miłośnicy, którzy zaliczyli więcej sieci?

– Na pewno. Z bliskich mi ludzi to na przykład Marcin Stiasny albo Piotr Tomasik. Mogą mieć około 30 sieci więcej. Często staramy się zresztą jeździć razem. Rosję mamy razem porobioną, Bałkany też. Byliśmy na kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu wspólnych wyjazdach.

– I wszyscy zaliczacie linie tramwajowe? Wśród miłośników transportu spotyka się różne grupy zainteresowań. Jednych bardziej kręci poznanie szlaków, a innych rozwiązania techniczne. Dla mnie na przykład priorytetem jest fotografia.

– My jesteśmy głównie zaliczaki. Największym fotografem wśród nas jest chyba Piotr Tomasik. Ja fotografię traktuję bardziej dokumentacyjnie, a większą uwagę przywiązuję do poznania sieci, taboru, techniki. I do poczucia klimatu konkretnego miasta.

Sofia - piknik na skraju torowiska
Sofia – piknik na skraju torowiska

– A jak na to wszystko reagują kobiety? Masz przecież rodzinę, dzieci…

– To hobby wymaga czasu i pieniędzy, jest obciążające. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale nie na tyle obciążające, żeby obarczać je winą za jakiekolwiek niepowodzenia w związku. Ewentualny problem jest przede wszystkim taki, że ten sposób spędzania wolnego czasu nie jest zbyt popularny, więc czasami bywa trudny do przyjęcia dla osób, które pierwszy raz o tym słyszą.

Moje kobiety rozmaicie reagowały. Ale trzeba przyznać, że na początku związku to jest świetny afrodyzjak…

– Cześć laska, zaliczyłem trzysta miast.

– Lepiej miast, niż innych kobiet. Tak naprawdę chodzi o podróże, ekscytację. Dużą część tego wszystkiego można zwiedzać wspólnie. Fajnie było z dziewczyną w Rzymie, Irkucku, Marsylii, Stambule…

– Na koniec spytam Cię o coś, co mnie samego boli: podróże w czasach internetowych. Jak z twojej perspektywy zmienił się cały ten sport?

– Dawniej jeździło się tak naprawdę w ciemno. Były jakieś drobne publikacje, tropy. Resztę się wiedziało od kumpli, którzy tam byli, albo gdzieś coś usłyszeli.

Jak już nastały czasy internetowe, to nauczyłem się umiejętnie korzystać z istniejących zasobów. Korzystam z podstawowej dostępnej wiedzy, którą muszę mieć, żeby w ogóle wyjechać. Ale nie wchodzę za głęboko, żeby mieć jakieś swoje małe odkrycia, małe natchnienia na tym wyjeździe. Żeby coś tam było dla mnie niespodziewanego.

Tomek i Marcin Stiasny (słynny Straszny) w Krasnoturinsku na Uralu
Tomek i Marcin Stiasny (słynny Straszny) w Krasnoturinsku na Uralu

Wszystkie zamieszczone w artykule zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Tomasza Gieżyńskiego.


Rozmowa skupiła się na komunikacji miejskiej, ale do dokonań mojego rozmówcy należy też wliczyć zaliczenie sieci kolejowych. W prawie stu procentach: Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Serbia, Mołdawia, Macedonia, Albania, Litwa, Łotwa, Estonia, obszar dawnego NRD. W okolicach połowy: Białoruś, Ukraina, Austria, Czarnogóra, Włochy, Szwajcaria. Poza tym wiele linii w Hiszpanii, Francji, Rosji, Rumunii i Kazachstanie.


Blog utrzymuje się bez reklam i artykułów sponsorowanych. Posiadam za to konto na Patronite. Uważam, że to uczciwa forma wsparcia twórców, których treści lubimy :)


Zobacz też:

Postatomowe tramwaje w Hiroszimie
Tramwaje na stepie. Smutna historia Temirtau
Bye bye, Lutomiersk. Koniec ery tramwajów podmiejskich w Polsce?
„Miejskie windy”. Pionowa komunikacja miejska z przełomu wieków
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz