Kazachski Banksy rysuje ekologiczną katastrofę

Nowy tydzień nie rozpoczyna się najlepiej. Ciszę poranka przerywają natarczywie dzwoniące telefony. Naczelnik policji w Temirtau nie może jednak ślepo wierzyć głosom po drugiej stronie słuchawki: jeszcze przed ósmą wsiada w samochód i osobiście jedzie na miejsce zdarzenia.

A tam schodzi się już coraz więcej ludzi. Są policjanci, pracownicy miejscowej prokuratury, lokalni politycy. Zjawiają się także pierwsi dziennikarze. Tak powstaje zdjęcie, które nawet po latach będzie komentowane z ironicznym uśmieszkiem: oto sam naczelnik policji, rozkładający ręce w geście niedowierzania! Ten obok niego, przygryzający wargi człowiek w czarnym garniturze, to deputowany miejscowego maslichatu (rady miasta).

– Jak to możliwe, że nikt niczego nie widział? – zaczynają się przekrzykiwać przedstawiciele władzy. Przecież obrazu wielkości pięciu pięter nie można tak po prostu namalować. Trzeba się do tego przygotować, posiadać sprzęt do pracy na wysokości, a nocą oświetlać ścianę reflektorem.

Deputowany miejscowego maslichatu (rady miasta) i naczelnik policji Temirtau nie dowierzają, co wydarzyło się w nocy pod oknami prokuratury. Autor zdjęcia nieznany, fotografia rozeszła się po miejscowych stronach i sieciach społecznościowych
Deputowany miejscowego maslichatu (rady miasta) i naczelnik policji Temirtau nie dowierzają, co wydarzyło się w nocy pod oknami prokuratury. Autor zdjęcia nieznany, fotografia rozeszła się po miejscowych stronach i sieciach społecznościowych

Dym jak tęcza

Parę dni wcześniej Paweł przyjeżdża do pobliskiej Karagandy. Jego uwagę przyciąga tematyka zanieczyszczenia powietrza w przemysłowym mieście pośrodku stepu.

Swoje pierwsze kroki kieruje do Miejskiego Centrum Ekologii w Karagandzie. Zamierza też odwiedzić muzeum, poświęcone między innymi historii miejskiego przemysłu. Na drodze staje mu jednak urzędniczka w średnim wieku i stylu homo sovieticus: – Czego tu szukasz, młody człowieku? Twoi rówieśnicy chodzą na imprezy, a nie interesują się podobnymi tematami – grzmi przedstawicielka miejskiej władzy.

Rozczarowany brakiem konkretów, Paweł zdobywa numer do miejscowej ekolożki, którą nazwijmy Olgą. Olga obiecuje, że pokaże mu miejsce, jakiego jeszcze nie widział. Następnego dnia jadą wspólnie do pobliskiego Temirtau.

– To było miasto, w którym kolor dymu zmieniał się jak kolory tęczy… Miejsce, w którym norma stężenia ołowiu w powietrzu była przekroczona piętnastokrotnie, nawet w pobliżu przedszkoli i placów zabaw – wspomina Paweł po latach.

Olga wyjaśnia Pawłowi, że na teren kombinatu metalurgicznego w Temirtau nie wpuszcza się obrońców środowiska. Opowiada mu też o pieniądzach, które według prawa powinny rekompensować miastu życie w ciągłej chmurze zanieczyszczeń, w praktyce jednak trafiają do kieszeni urzędników. I o filtrach, które już dawno powinny być zamontowane na kominach.

Paweł z Olgą znajdują odpowiednią ścianę przy wjeździe do miasta i od razu podejmują decyzję. To będzie tutaj. Jedyny minus – tuż obok znajduje się budynek miejscowej prokuratury. Dlatego plan całej akcji zostaje rozpisany na weekendowe noce.

Kombinat metalurgiczny góruje nad Temirtau
Kombinat metalurgiczny góruje nad Temirtau

Po paru dniach przygotowań Paweł ponownie przyjeżdża do Temirtau, tym razem ze swoją dziewczyną, zazwyczaj pomagającą mu we wszystkich większych projektach. Znajdują przytulny kąt u miejscowego grafficiarza, który z entuzjazmem zgadza się pomóc w realizacji projektu, a dodatkowo wynajduje jeszcze kogoś do pomocy. Później przychodzi pora na zakupy wszystkich niezbędnych materiałów, farb, kombinezonów… I najważniejszy problem: jak podnieść się na wysokość piątego piętra?

Po latach: – Dogadałem się z jakąś miejscową firmą, która wynajmowała podnośniki. Potrzebny mi był bezgłośny podnośnik produkcji japońskiej. Wszystkie normalne podnośniki, pozostałe jeszcze po czasach sowieckich, huczą silnikami na całą okolicę. Ale w końcu znaleźliśmy dwie nowe, zupełnie ciche maszyny – wspomina Paweł. – Muszę przyznać, że miałem szczęście. Ci faceci w ogóle nie chcieli żadnych dokumentów ani potwierdzeń. Pracowali całą noc, nie wiedząc nawet, że robią to wszystko nielegalnie…

W sobotę wieczorem cała ekipa przyjeżdża na miejsce. Pogoda jest wyjątkowo tragiczna. Pada deszcz, a ziemia pod stopami przemienia się w nieprzyjazne błoto. Samochody z podnośnikami zakopują się kilka razy, zanim dają radę zaparkować w ustalonym miejscu.

Paweł wyciąga farby. Silny wiatr rozpryskuje kolory na lewo i prawo, znacząc ekipę wyraźnymi śladami nielegalnie wykonanej roboty. Morale słabnie. Wszyscy są przemoknięci i źli. Głównodowodzący przekonuje, że jeśli teraz zarzucą projekt, nie będą już mogli do niego wrócić. Ostatecznie praca trwa od 23 do 6 rano, bez żadnej przerwy.

– O drugiej w nocy pogoda nagle się poprawiła – wspomina dziś artysta. – Zapamiętałem ten moment, w którym malowałem lewy górny bok, na wysokości piątego piętra. Nagle odeszły chmury, pojawiło się światło księżyca i czyste niebo, na którym wyraźnie odcinały się fabryczne kominy. Z nich unosił się, to słabszymi, to silniejszymi potokami, biało-żółto-szary dym. Z któregoś komina buchnął płomień. Ten surrealistyczny moment tak wbił mi się w pamięć, że widzę to wszystko wyraźnie, jakby to było wczoraj…

Wschodzące słońce oświetla o jeden komin więcej, niż poprzedniego dnia. Paweł z ekipą przyjdą tu jeszcze następnej nocy, domalowując niedokończone miejsca. Później zrobią sobie zdjęcia z miejscowymi dziećmi i rozjadą się do domów. Cała akcja zajmie około dziesięciu dni.

Paweł to Pasza Kas – dwudziestopięcioletni dwudziestopięcioletni artysta uliczny z Ałmatów (dawnej stolicy Kazachstanu i wciąż największego miasta kraju). Obraz z Temirtau wkrótce stanie się jego najbardziej znanym dziełem.

Pasza Kas. Fot. osobiste archiwum
Pasza Kas. Fot. osobiste archiwum

Czarny śnieg na stepie

Położone w północnym Kazachstanie stutysięczne Temirtau jest jednym z typowych przemysłowych miast, jakich setki rozrzucili po całej Eurazji sowieccy dygnitarze. To industrialne serce kazachskiego stepu, powstałe i funkcjonujące dzięki ogromnemu kombinatowi metalurgicznemu.

Podobnie jak w przypadku innych osiedli, które w Związku Radzieckim budowano dla obsługi wielkiej fabryki, główne problemy Temirtau można w skrócie podzielić na bezrobocie (brak perspektyw dla młodych, jeden główny pracodawca w regionie) oraz ekologię. Dyskusja o ochronie środowiska naturalnego dopiero się w Kazachstanie rozpoczyna. Póki co, mówiąc oględnie, jest jeszcze sporo do zrobienia. W styczniu ubiegłego roku w Temirtau spadł czarny śnieg.

Wjazd do Temirtau od strony Astany (obecnie Nur-sułtanu)
Wjazd do Temirtau od strony Astany (obecnie Nur-sułtanu)

– Miasto i kombinat to u nas nierozdzielne byty – mówi Oleg Gusiew, miejscowy dziennikarz i społecznik. – Temirtau powstało dla obsługi kombinatu i po dziś dzień jest od niego w dużym stopniu zależne.

Dlatego Gusiew uważnie patrzy na to, co dzieje się za fabrycznymi bramami. Opisuje uchybienia w dziedzinie bezpieczeństwa pracowników i problemy z ekologią, a także pilnuje, aby największy lokalny pracodawca nie uchylał się od finansowej pomocy miastu. Bo – jak twierdzi dziennikarz – Arcelor Mittal rzadko przejmuje się kwestiami społecznej odpowiedzialności: – Nie mogę powiedzieć, żeby nie robili zupełnie niczego. Będą teraz budować przychodnię, przedszkole i niewielki kompleks sportowy. Ale to dlatego, że niedawno gościł u nas prezydent [Nursułtan Nazarbajew, prezydent Kazachstanu w latach 1991-2019] i zmusił ich do wsparcia własnych projektów – podkreśla Oleg Gusiew.

Wielkie graffiti autorstwa Paszy Kasa, które w kwietniu 2016 tak bardzo zaskoczyło miejscowych urzędników, stało się ważnym pretekstem do rozpoczęcia ekologicznej debaty. Obraz, powstały na ścianie jednego z mieszkalnych bloków, przedstawia grupę ubranych w korporacyjne garnitury mężczyzn. Postaci odprawiają rytualny taniec wokół buchającego dymem fabrycznego komina. To kazachska postapokaliptyczna parafraza obrazu “Taniec” francuskiego malarza Henri Matisse’a.

Pasza Kas, "Pląsamy" (2016). Dziś na obrazie pojawiły się białe linie, które są wynikiem nieumiejętnej konserwacji ściany bloku
Pasza Kas, „Pląsamy” (2016). Dziś na obrazie pojawiły się białe linie, które są wynikiem nieumiejętnej konserwacji ściany bloku

Praca Paszy wywołała falę zachwytów w Internecie. Świat usłyszał o Temirtau. Ale miejscowej władzy wcale się to nie spodobało.

– Z powodu graffiti wybuchł straszny skandal – wspomina Oleg Gusiew. – Abstrahując od walorów artystycznych, to przecież całkowicie nielegalna robota. Kiedy więc minął pierwotny szok, a urzędnikom udało się ustalić autora, prokuratura chciała go surowo ukarać za wandalizm. Z tego pomysłu zrezygnowano pod naporem pozytywnych reakcji opinii publicznej, w tym samych mieszkańców miasta. Tym bardziej, że każdy skandal i konflikt z władzą jest przecież ulicznemu artyście na rękę – przekonuje Gusiew.

Natomiast, aby udowodnić proekologiczne podejście władz kombinatu i miasta, wkrótce potem na sąsiedniej działce posadzono ponad czterysta młodych drzew. W akcji wkopywania sadzonek brał udział Paramjit Kahlon, dyrektor zakładu Arcelor Mittal Temirtau, oraz przedstawiciele miejskiej władzy. – Pomysł przeprowadzania dzisiejszej akcji sprowokował obraz w stylu graffiti, którego autor zwrócił uwagę na ważne dla regionu problemy ekologiczne. Chciałbym jednak przypomnieć, że Temirtau to przede wszystkim duże centrum przemysłu, dlatego nie można oczekiwać, że przemysłowe miasto będzie tak czyste, jak miasta, w których nie prowadzi się produkcji. (…) Musimy zrównoważyć negatywny wpływ zakładu na środowisko wydarzeniami o charakterze proekologicznym – mówił dyrektor Kahlon, po czym zabrał się za wkopywanie sadzonek klonu.

Niecałe dwa lata później po drzewach nie ma śladu. – Nikt ich nie podlewał – kontruje krótko Oleg Gusiew.

Miasto w cieniu kombinatu. O tramwajach w Temirtau pisałem już <a href="http://www.stacjafilipa.pl/2018/11/05/tramwaje-na-stepie-smutna-historia-temirtau/" target="_blank" rel="noopener">tutaj</a>
Miasto w cieniu kombinatu. O tramwajach w Temirtau pisałem już tutaj

Artysta non grata

Po zakończeniu pracy w Temirtau, Pasza wraca do rodzinnych Ałmatów. Więcej nie pojawia się w przemysłowym mieście na stepie. Pomimo faktu, że od razu podpisał się pod wykonaną pracą, nie zgłasza się też do niego żaden z urzędników ani przedstawicieli Arcelor Mittal Temirtau. Poszukiwania niepokornego artysty wydają się być wyłącznie symboliczne i na użytek medialny – władza nie może przyznać się do porażki.

Wkrótce potem do Paszy zwracają się przedstawiciele położonego na południu Kazachstanu Szymkentu. Zapraszają go na miejski festiwal sztuki nowoczesnej. Podczas gdy władze jednego miasta chcą skazać artystę za wandalizm w przestrzeni publicznej, inne miasto niecierpliwie wyczekuje przyjazdu coraz bardziej rozpoznawalnego „kazachskiego Banksy’ego”. Ale Pasza Kas ma już inne plany.

Dwa miesiące po namalowaniu dymiących kominów na ścianie bloku, artysta przedostaje się na terytorium semipałatyńskiego poligonu nuklearnego. To jeden z ważniejszych punktów na mapie rozwoju radzieckiej broni jądrowej – łącznie zrzucono tu lub zdetonowano 513 ładunki atomowe. Po rozpadzie Związku Radzieckiego poligon został zamknięty, a cała broń jądrowa wywieziona do Rosji. Pozostał jednak problem skażenia terenu oraz tak zwanych „radioaktywnych śmieci”. Na filmie, który Pasza publikuje w czerwcu 2016 roku, widać artystę ubranego od stóp do głów w biały ochronny kombinezon. – W XXI wieku Kazachstan zamienia się w wysypisko odpadów nuklearnych – deklamuje „kazachski Banksy”, malując kilkupiętrową kopię „Krzyku” Edwarda Muncha na położonym pośrodku poligonu budynku kilkupiętrowej wysokości.

Brak zdecydowanej reakcji władz zachęca artystę do podejmowania coraz śmielszych kroków. Wkrótce okaże się jednak, że każda cierpliwość ma swoje granice.

Miesiąc później Pasza podejmuje się wykonania jednej z najprostszych, a zarazem najbardziej ryzykownych prac. Wycina z papieru niewielką karykaturę nagiego króla. Władca siedzi na tronie, niedbale osuwając się z wygodnego siedziska. Ubrany jest jedynie w koronę i bogaty królewski płaszcz. Z przodu wylewa się tłusty brzuch władcy, widać też genitalia. Całe to przedstawienie Pasza podpisuje pochodzącym z „Nowych szat cesarza” Andersena fragmentem o nagim królu. I umieszcza na ziemi przed pałacem prezydenckim w Astanie.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pasha Cas (@pashacas)

To jego ostatnia praca wykonana na terytorium Kazachstanu.

Przedstawienie nagiego władcy, sfotografowane z widocznym w tle pałacem prezydenckim Ak-Orda, jest jednoznacznym uderzeniem w prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, ówcześnie rządzącego Kazachstanem. W 2010 roku krajowy parlament nadał prezydentowi miano „lidera narodu” (po kazachsku „jelbasy”). To urzędowe potwierdzenie faktu, który i tak od dawna był wszystkim znany – politycznie Kazachstan to Nazarbajew. Wraz z przyznaniem miana lidera, ustawa zwolniła prezydenta z jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej, zapewniła mu nietykalność majątku oraz najbliższej rodziny, powołała wspomniane już Muzeum Pierwszego Prezydenta i prezydencką bibliotekę, a także zakazała publicznej obrazy Nursułtana Nazarbajewa.

– To był humor, satyra – wspomina dziś Pasza Kas. – Tylko że mnie nie zrozumieli.

Po wystawieniu „nagiego króla” władza jasno informuje młodego artystę, że skończył się czas pobłażania. Pasza rozumie, że nie stworzy już więcej projektów w Kazachstanie. Wyjeżdża do Rosji, gdzie mieszka i tworzy do dziś.

– Przynajmniej nie mogę powiedzieć, że przemilczałem to, co potrzebowałem wypowiedzieć – podkreśla „kazachski Banksy”.


Jeżeli zainteresował Cię ten materiał, wesprzyj mnie na Patronite. Blog utrzymuje się bez reklam ani materiałów sponsorowanych, a pracy nad tym wszystkim jest… niemało ;)


Zobacz też:

Astana. Złota stolica instant
Rosjanie, którzy kochają Polskę. Wzruszające spotkanie 9 tys. km od domu
Tasz-Rabat. Kamienna tajemnica jedwabnego szlaku
“Największy problem Polski? Chaos przestrzenny”
Opuszczony sen oligarchy
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz