O Szwedzie, który buduje w lesie meczety

Cel: miasteczko Sala w środkowej Szwecji. To tam, według przekazów Internetu, mieszka Szwed, który własnymi rękami zbudował w ogrodzie miniatury najważniejszych budynków Stambułu. Turcja w Szwecji? To trzeba zobaczyć – jadę!

Wyobrażam to sobie tak: spory drewniany dom, wielopokoleniowa rodzina z tureckimi korzeniami, zadbany ogród. A w ogrodzie – odpowiednio opisane miniatury, każda ze swoją tabliczką i napisami w trzech językach. Jesteśmy w końcu w Szwecji, a tu, jeśli się już coś robi, to raczej nie „byle jak”. Poza tym ogrodowe cuda (na przykład kolejki) to wcale nie taki rzadki widok w zamożnych krajach.

Znacznie się mylę, ale do tego jeszcze wrócimy.

Tymczasem droga dłuży się niemiłosiernie. Szwecja to specyficzny kraj. Olbrzymie odległości, niezmierzone lasy i… bolesna przewidywalność. Natura jest tutaj przepiękna, ale dłuższa jazda samochodem to straszna nuda. Jak to pisał (podobno) Andrzej Stasiuk: „nie ma pęknięć w krajobrazie, za które można się zaczepić wyobraźnią”.

A co więcej, szwedzkie drogi słyną z drakońskich ograniczeń prędkości. Szosa może być jasna, długa, prosta, szeroka jak morze, z dala od zabudowań, ale znaki mówią twardo: maksymalnie tyle i tyle, zazwyczaj z zakresu 70-90 km/h. Mandaty za przekroczenie prędkości mogą wynosić nawet tysiąc złotych za przedział od 1 do 10 km/h ponad limit.

Do Sali mam prawie 300 kilometrów. 7 godzin jazdy w obie strony. Sporo, jak na jedną atrakcję wątpliwej jakości. Na domiar złego po drodze nie znajduję kompletnie nic dla siebie. Najciekawsze z całego dnia okazują się… plastikowe figurki koni pod Burger Kingiem.

Burger King w miasteczku Avesta. Kiedy to najciekawsza rzecz, jaką widzisz podczas podróży przez kilkaset kilometrów to... nie jest dobrze
Burger King w miasteczku Avesta. Kiedy to najciekawsza rzecz, jaką widzisz podczas podróży przez kilkaset kilometrów to… nie jest dobrze

Presja jest więc spora. I bolesne rozczarowanie, kiedy na miejscu okazuje się, że cały „mały Stambuł” przykryty jest brezentowymi płachtami. Czyżby cała wycieczka była po nic?

Tyle dobrego, że przynajmniej – jak to w Szwecji – nikt nie ogrodził terenu. Wjeżdżam więc pomiędzy pokryte brezentem drewniane meczety, robię kilka zdjęć tego, co spod płacht widać, i rozpoczynam poszukiwania gospodarza. A on pojawia się po kilku minutach.

Rozczarowanie?
Rozczarowanie?

***

Starszy pan z wąsem nerwowo wypluwa słowo za słowem. – Ca-car. Is your. Poland? – pyta, wskazując na rejestrację. – Corona. What corona? Border open? No, no, no.

– Mam test – mówię bardzo wyraźnie po angielsku. – Test. Negatywny. Nie mam koronawirusa. Niech. Pan. Się. Nie boi.

Mam jednak wrażenie, że właściciel „Małego Stambułu” w ogóle mnie nie słucha. Biega nerwowo, pokazując na przykryte brezentem budynki. – Vintern – mówi. – Vintern protect. Sommer come. Come sommer.

Kiedy pytam, czy mogę zrobić parę fotografii budynków, starszy pan od razu pod nimi staje i pozuje do zdjęcia
Kiedy pytam, czy mogę zrobić parę fotografii budynków, starszy pan od razu pod nimi staje i pozuje do zdjęcia

Mam pecha. Przejechałem kilkaset kilometrów, żeby zobaczyć zabezpieczenia przed zimą. Muszę wyglądać na rzeczywiście smutnego, bo starszy pan każe mi chwilę poczekać. Wbiega do domku, za kilka minut wracając z trzema obszernymi albumami pod pachą.

Cóż, drewnianego Stambułu w całej okazałości nie zobaczę, ale przynajmniej obejrzę jego… zdjęcia. – Tourist Pakistan. Tourist Albania. Tourist China, Vietnam – wymienia starszy pan, pokazując kolejne zdjęcia z grupami turystów. Łamanym szwedzko-angielsko-niemieckim, powtarzając co drugie słowo i dodając liczne onomatopeje, wyjaśnia, że ogrodową wersję Stambułu odwiedzili turyści z całego świata. On sam też zjeździł niemało: – America, China, Africa. Poland!!! Ddansk, Wasraw, Krakow, Torun, Oc… Os… Okswiencem – wylicza. No i oczywiście Turcja. Pierwszy raz odwiedził Stambuł w 1979 roku, kiedy miasto było o połowę mniejsze od obecnego szesnastomilionowego molocha.

Album po albumie...
Album po albumie…
"Ja w Malborku"
„Ja w Malborku”

Stoimy na zimnie dobre dwadzieścia minut, przeglądając album za albumem. Starszy pan wspomina całe swoje życie, opowieściami o różnorakich grupach turystów próbując zrekompensować zasłonięcie brezentem głównej atrakcji. W końcu docieramy do końca ostatniego albumu. I wtedy, przy pomocy internetowego translatora, pytam, czy jest tu może coś… pod dachem. Jakaś wewnętrzna część ekspozycji.

– Yes! Yes! Museum – odpowiada Szwed. Prowadzi mnie do drewnianej szopy, pełnej figurek i urzekająco nieporadnych obrazów tureckich prezydentów oraz generałów. Nie ma tu żadnych tabliczek objaśniających ekspozycję – moje wyobrażenia okazały się więc całkowicie błędne. Ba, w szopie nie ma nawet światła.

– Atatürk – objaśnia twórca. – Biggest president. Turkey.

Środek ogrodowej altany zajmują obrazy i różne kojarzące się z Turcją drobiazgi
Środek ogrodowej altany zajmują obrazy i różne kojarzące się z Turcją drobiazgi
Jest też rzeźba. Niestety nie udaje mi się dowiedzieć, kogo przedstawia
Jest też rzeźba. Niestety nie udaje mi się dowiedzieć, kogo przedstawia
Za to w ogrodzie stoi drewniany Atatürk. Z brezentem na głowie przypomina bardziej Robin Hooda, niż pierwszego prezydenta Republiki Turcji
Za to w ogrodzie stoi drewniany Atatürk. Z brezentem na głowie przypomina bardziej Robin Hooda, niż pierwszego prezydenta Republiki Turcji

Po niespełna godzinie wsiadam z powrotem do samochodu. Starszy Szwed zdążył się rozluźnić. Mówi spokojniej i komplementuje nawet mojego psa, towarzyszącego nam przy wszystkich opowieściach o podróżach i turystach: – Very. Nice. Hund I love.

Azor odwzajemnia machaniem ogona.

***

Czy warto było szaleć tak? Prawie sześćset kilometrów w obie strony, cały dzień za kółkiem, a wszystko po to, żeby zobaczyć kolekcję kilku obrazów tureckich generałów. Początkowo jestem trochę zły. Irytacja przechodzi jednak dość szybko, kiedy docieram do źródeł wyjaśniających mi wszystko to, co zobaczyłem.

Właściciel „małego Stambułu” nazywa się Jan-Erik Svennberg, ma 77 lat i od młodości był leczony psychiatrycznie. – Pomyśl tylko, że 50 lat temu chodziłem po korytarzach na oddziale psychiatrii dziecięcej w Uppsali. Jak w więzieniu. Powiedzieli, że jestem wariatem, i mnie zamknęli – opowiada Svennberg dziennikarce Svenska Dagbladet.

Dzisiaj takich jak on nie zamyka się już na szpitalno-więziennych oddziałach. Diagnoza? Zespół Aspergera. Ludzie dotknięci tym problemem charakteryzuje między innymi zaburzenie rozwoju społecznego, ograniczona elastyczność myślenia oraz konkretne, wąskie zainteresowania, którym potrafią oddać się bez reszty. Co istotne – zespół Aspergera nie oznacza upośledzenia umysłowego. Dotknięte nim osoby myślą i rozumują co najmniej nie gorzej od reszty, a w niektórych dziedzinach charakteryzuje ich wyjątkowa sprawność.

– Wszystko było takie smutne – wspomina swoją młodość Jan-Erik Svennberg – byłem wyjątkowy i niektórzy mnie za to prześladowali. Miewałem różne prace dorywcze, ale i tak byłem sam ze swoim lękiem. Jeżeli kompleksy i lęk urosną ponad miarę, mogą się łatwo przekształcić w chorobę psychiczną – twierdzi Szwed we wspomnianym wywiadzie dla Svenska Dagbladet.

To właśnie Stambuł stał się dla niego ucieczką i terapią. Widok egzotycznego zamglonego miasta, położonego na dwóch skrajach różnych kontynentów, zafascynował Jana-Erika do tego stopnia, że kopie budynków (głównie meczetów) z największej tureckiej metropolii zaczęły wkrótce powstawać na leśnej działce pod Salą. A kiedy efekt wieloletnich prac przyciągnął turystów z całego świata, Jan-Erik mógł wreszcie pozbyć się kompleksu niższości. Wyjątkowość – to lepsze słowo. W końcu dla byle kogo nie przyjeżdżaliby tu Niemcy, Amerykanie, Chińczycy, Arabowie, Polacy. No i – rzecz jasna – Turcy. Całymi grupami.

A księga gości, którą Jan-Erik Svennberg, skrupulatnie prowadzi, nie jest zwykłą listą odwiedzających, ale prawdziwą Księgą Dumy. Księgą Sensu.

W szopie ciągle trwa produkcja nowych budynków. Widoczne kopuły, które wkrótce zwieńczą kolejne meczety
W szopie ciągle trwa produkcja nowych budynków. Widoczne kopuły, które wkrótce zwieńczą kolejne meczety
Tylko tyle udało mi się zobaczyć z całego "Małego Stambułu". Jeśli ktoś z Was będzie spędzał lato w Szwecji, może podjechać - to tylko 100 kilometrów od Sztokholmu, a Jan-Erik Svennberg z pewnością się ucieszy
Tylko tyle udało mi się zobaczyć z całego „Małego Stambułu”. Jeśli ktoś z Was będzie spędzał lato w Szwecji, może podjechać – to tylko 100 kilometrów od Sztokholmu, a Jan-Erik Svennberg z pewnością się ucieszy

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, wesprzyj mnie na Patronite. To Patroni umożliwiają działanie tego bloga.


Zobacz też:

Ankara to bardzo dziwne miasto
Miasto kotów
“Smutne miasteczko”, czyli z wizytą w Licheniu
Absurdalny sen o luksusie – odwiedziłem 732 opuszczone zameczki dla bogaczy
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

2 komentarzy

  1. Michał Jankowski says: Odpowiedz

    Czyżbyś miał jeszcze jakiś inny cel podróży głębiej w Szwecji, o którym nam napiszesz? Wnioskuję po zrobionej trasie, że nie jechałeś do Stambułu bezpośrednio z promu :)

    1. Będą jeszcze teksty o Szwecji, ale to była raczej podróż do natury, do lasu, z psem, te sprawy ;)

Dodaj komentarz