Promem do Szwecji, czyli „komuno, wróć!”

Miała być wielka przygoda, a jest – cóż – co najwyżej kwas. Moja przeprawa promem do Szwecji przypominała trochę wycieczkę szkolną, a trochę tanie wczasy w PRL-u. To tym ciekawsze, że zaledwie tydzień po doświadczeniach opisanych poniżej, swoją wersję opowieści o promie przedstawił Robert Makłowicz, guru polskiego reportażu kuchenno-podróżniczego. Nasze opinie różnią się niemal we wszystkim.

Wszystko rozpoczyna się od niewiarygodnego zachodu słońca w Gdańsku. Jestem podekscytowany. Po długim czasie bez podróży liczę na przygodę! A jak będzie w praktyce?
Wszystko rozpoczyna się od niewiarygodnego zachodu słońca w Gdańsku. Jestem podekscytowany. Po długim czasie bez podróży liczę na przygodę! A jak będzie w praktyce?

– Zabiorę panu tacę, jeśli pan skończył.
– Dziękuję pani bardzo. Jest pani mistrzem w ogóle. A bez tej maseczki to już tak ślicznie dzisiaj, że ho ho.

Kobieta zabiera tacę i przewraca oczami.

Restauracja pokładowa promu Baltivia jest dziś prawdopodobnie jedyną wypełnioną po brzegi knajpą w Polsce. Kierowcy ciężarówek najpierw przychodzą po przygotowany dla nich obiad (wydawka od 18:00 do 20:00), a później zostają, otwierają piwo i głośno opowiadają sobie o przygodach z drogi. Choć tu i ówdzie stoją karteczki przypominające o konieczności zasłaniania twarzy, a z miejscowego radiowęzła kilka razy wybrzmiewa komunikat dotyczący noszenia maseczek, nawet obsługa niewiele sobie robi z pouczeń.

Baltivia to prom towarowy. Nie żaden wycieczkowiec z chromowanymi klamkami, a prawdziwy statek dla prawdziwych facetów. Może dlatego wszyscy są tutaj twardzi do bólu. A może dlatego, że na Baltivii nigdy nie skończył się stereotypowo rozumiany PRL?

Prom towarowy Baltivia stoi przy nabrzeżu w gdańskim porcie
Prom towarowy Baltivia stoi przy nabrzeżu w gdańskim porcie

Walka o swoje

Na początku byłem zły. Bo wyobraź sobie, że idziesz do spożywczaka, kupujesz kiełbasę za 10 złotych, a ekspedientka nagle wybiega ze sklepu i twierdzi, że cena się zmieniła – żeby zachować swój zakup musisz dopłacić jeszcze piątkę. Dziwnie, prawda? Dokładnie w ten sposób zachowały się linie promowe Polferries, które najpierw sprzedały mi bilet z dwutygodniowym terminem płatności, a po opłaceniu rezerwacji stwierdziły, że cena uległa zmianie i muszę dopłacić prawie sto złotych. – O nie, tak się bawić nie będziemy – powiedziałem sam do siebie przez zaciśnięte zęby i od razu napisałem reklamację. Ta początkowo została odrzucona, a po drugiej próbie – uznana (ja sam prawdopodobnie otrzymałem łatkę „upierdliwego klienta”).

Kolejny problem wystąpił jeszcze tego samego dnia. Obecny w rozkładzie prom Wawel został odwołany i zastąpiony towarową Baltivią. Zmieniło się niby niewiele… poza kabiną. Wracając do przykładu z kiełbasą: to tak, jakby zapłacić za hiszpańskie chorizo, a otrzymać w tej samej cenie najtańszą mortadelę, bo „akurat nam się chorizo skończyło”. W przypadku promów chodzi o zamianę kabiny dwuosobowej z łazienką na czteroosobową bez łazienki. Żadna tragedia, ale powinien chociaż przysługiwać zwrot nadpłaty za wybraną wcześniej lepszą kabinę. Kolejna reklamacja kończy się uznaniem (i zapewne dopiskiem w stylu „wybitnie upierdliwy klient”).

Gruboskórny jak marynarz

Na początku byłem więc zły, ale im dalej w morze, tym większe rozbawienie mnie ogarnia. Przygoda z promem rozpoczyna się – jakżeby inaczej – na pokładzie towarowym. Pracujący tam marynarze raczej się z klientami nie cackają. I nie mam im tego za złe – przynajmniej jest prawdziwie. Trudno oczekiwać, żeby kierowca parkujący na promie, wśród ogólnego huku i rozgardiaszu, słyszał uprzejme „czy mógłby pan jeszcze odrobinę skręcić koła w lewo”.

Gorzej, że podobny brak ogłady wykazuje też reszta załogi. Być może trafiłem na kiepski dzień. Nie zmienia to jednak faktu, że na Baltivii czuję się po prostu nieprzyjemnie. Po zaparkowaniu na jednym z najniższych pokładów nikt i nic nie informuje mnie, co mam ze sobą dalej zrobić. Na logikę wspinam się więc w górę, i, nauczony doświadczeniem z rosyjskich promów, szukam recepcji. Kiedy ją jednak znajdę, usłyszę tylko wyburczane „czego pan ode mnie chcesz” i „numer kabiny na bilecie przecież”. No tak, rzeczywiście, są cztery niepodpisane cyfry, które okazują się numerem kabiny, a ja powinienem wiedzieć, kiedy i jak do niej dotrzeć.

I tak mam szczęście, że nie jestem ze wschodu – kiedy ukraiński kierowca zadaje przy mnie pytanie o możliwość płatności kartą, w odpowiedzi słyszy: „czego k***a nie rozumiesz, na morzu tylko gotówka”. Dla Polaków nie ma litości, więc dla Ukraińców tym bardziej.

Idę do baru. Dziś w menu jest 8 głównych dań. Cena większości z nich to 44 złote. Wszystkie dania to typowo mięsne klasyki polskiej kuchni. Zrazy, żeberka, karkówka. Mięso, ziemniaki i surówka. Nie jesz mięsa, pościsz, albo po prostu masz ochotę na co innego? Trudno, to jest morze, tu się nie wybrzydza. Jak na kolonii.

Karta w pokładowej restauracji. To polski prom (choć pod banderą Bahamów, dla oszczędności), więc i jedzenie musi być polskie: mięso, ziemniaki, surówka. Żadnego wydziwiania
Karta w pokładowej restauracji. To polski prom (choć pod banderą Bahamów, dla oszczędności), więc i jedzenie musi być polskie: mięso, ziemniaki, surówka. Żadnego wydziwiania

Tydzień po moim rejsie swój kuchenny reportaż z promu opublikuje Robert Makłowicz. Z zachwytem będzie opisywać jakość i szeroki wybór oferowanych dań. – Również na promach można dobrze zjeść – powie.

 (Gwoli ścisłości - słynny krytyk kulinarny płynie nie Baltivią, a promem Nova Star, o którym mowa będzie na końcu artykułu. To jednak nie powinna być znacząca różnica, bo konkretne jednostki pływają zamiennie ze sobą i raczej nikt nie wybiera rejsu "pod model promu". Zresztą menu w bufecie Novej Star zbytnio się nie różni).

Ja nie jestem Makłowiczem, więc zamawiam tylko zupę i frytki. – 23 złote – podlicza kasjer. – Jak to? – oponuję. – W cenniku jest 19. – Kasjer wywraca oczami: – Kucharz ma tam inny cennik – mówi.

A mi ostatecznie przegrzewają się styki. Nie będę przecież pisał kolejnej reklamacji. Uznaję swoją porażkę względem systemu i pokornie płacę cztery złote więcej. Jak wszyscy, którzy dali się nabrać na cennik stojący przy wejściu.

Wejście do pokładowego baru. Jeszcze jest cicho i spokojnie, a na pokładzie bawią się dzieci
Wejście do pokładowego baru. Jeszcze jest cicho i spokojnie, a na pokładzie bawią się dzieci
Wnętrze specjalnej kabiny dla pasażerów podróżujących ze zwierzętami. Tu nie mam żadnych zastrzeżeń - jest czysto i wygodnie
Wnętrze specjalnej kabiny dla pasażerów podróżujących ze zwierzętami. Tu nie mam żadnych zastrzeżeń – jest czysto i wygodnie

Wycieczka klasowa dorosłych ludzi

Kabina jest niewielka, ale czysta i wygodna. Mam szczęście, że udało się ją dorwać. Na promie znajduje się mnóstwo ludzi, którzy w związku z zamianą promu z większego Wawelu na towarową Baltivię pozostali bez miejsca do spania. Koczują głównie w części wspólnej, na fotelach lotniczych. Czasami znajdują sobie miejsce w zaułkach korytarzy.

Mam tylko wrażenie, że coraz mniej ludzi na „Baltivii” pozostaje względnie trzeźwych.

Tymczasem morze lekko kołysze. Za oknami całkowita ciemność. W kabinie jest wygodnie i ciepło, pies pochrapuje.

Życie na morzu
Życie na morzu

Cisza na morzu, wicher dmie. Za chwilę bałwan odezwie się…

– Tymdyrydydy! Tudududududum – brutalny hałas zza drzwi wyrywa nas z łóżek koło 23. – Zbychu, k***a!!! Zbyyyyyychuuuu!

Za chwilę inny głos: – K***a, ja jutro jadę w trasę a ci debile drą ryje, k***a!

Pies się denerwuje, zaczyna szczekać. Za chwilę dołącza drugi szczek o wyższym tonie. „Zbychu” nie pozostaje dłużny i też udaje, że szczeka. Wybiegam. Okazuje się, że dwóch nawalonych jak szpadel kierowców znalazło gdzieś wózek kuchenny. Jeżdżą nim jak miniaturową ciężarówką po korytarzach promu. Po chwili wpadają w poślizg i brawurowa podróż kończy się na podłodze. Żaden z mężczyzn nie ma siły wstać.

Krzyki dobiegają też z baru. Idę sprawdzić, co się dzieje. Przed samym barem wyprzedza mnie ochroniarz. Wybiega też barmanka: – Albo rozgonicie to towarzystwo, albo ja tej nocy nie pracuję!

Pasażerowie w części wspólnej leżą na fotelach i podłogach. Żaden się nie odezwie. Choć decybele spod baru uniemożliwiają jakikolwiek sen, ludzie się najwyraźniej boją. Albo są już przyzwyczajeni.

Wesoła wycieczka grupy kierowców, sporadycznie uciszana przez ochronę, potrwa jeszcze przez wiele godzin. Czuję się jak na wycieczce szkolnej. Bogu dzięki za stopery do uszu.

Nie wolno, bo nie wolno

„Klimatyczną” w jakimś sensie atmosferę Baltivii podsycają komunikaty nadawane z głośników. Najpierw po polsku, później łamaną angielszczyzną. Nie, absolutnie nie chcę się pastwić nad językowymi znajomościami załogi. To jednak już kolejna rzecz, która wpasowuje się w tytuł tekstu, jaki zdążyłem wymyślić przez noc: „komuno, wróć!”

Po prostu na Baltivii wszystko jest toporne do bólu. Cóż, ja żadnych luksusów nie oczekiwałem (wręcz przeciwnie – w luksusach zazwyczaj nie odnajduje się nic ciekawego), ale tu jest najzwyczajniej w świecie… nieprzyjemnie. Najlepiej zabunkrować się w wygodnej przecież kabinie i nie wychodzić bez potrzeby na pokład promu.

Ja oczywiście nie po to płynę, żeby siedzieć bez ruchu w kabinie. Wychodzę więc, próbuję rozmawiać z ludźmi, fotografuję różne zaułki promu. I znowu dostaję po głowie. Choć dbam o to, żeby na zdjęciach nie uwieczniać załogi, i tak podchodzi do mnie ochrona, wyraźnie domagając się schowania aparatu.
– Przecież robię zdjęcia w miejscach ogólnie dostępnych i nie widać na nich załogi – protestuję.
– To nic – odpowiada ochroniarz. – Może w dawnych czasach by to przeszło. W dzisiejszych to jest problem.

Nie wiem, o co chodzi, chyba o międzynarodowy terroryzm, ale nie chce mi się już nawet dyskutować. Ripostę o tym, że z tymi czasami to właśnie na odwrót, chowam do kieszeni. Tłumaczenia, że na swojej stronie internetowej przewoźnik publikuje dokładne plany promów, też chyba na wiele się nie zdadzą. Wracam potulnie do kabiny i do rana nie wyściubiam stamtąd nosa.

Automaty do gier zajmują główny hol statku. 20 sekund po zrobieniu tego zdjęcia dostałem po głowie za fotografowanie
Automaty do gier zajmują główny hol statku. 20 sekund po zrobieniu tego zdjęcia dostałem po głowie za fotografowanie

Nierówne standardy spółki skarbu państwa

Wszystkie opisywane zdarzenia mają miejsce na promie towarowym Baltivia, stojącym najniżej w hierarchii promów firmy Polferries. Tym bardziej nie mogę się doczekać podróży powrotnej. Do Polski zabierze mnie Nova Star, najnowsza jednostka we flocie przewoźnika (to ten sam prom, którym płynął Robert Makłowicz). Istotnie – różnica jest widoczna już na pierwszy rzut oka. Na pasażerów oczekuje schludnie ubrana załoga, gotowa do pomocy w znalezieniu odpowiedniej kabiny. Nikt tu nie krzyczy bez powodu.

Nova Star - najnowszy z promów we flocie Polferries - przy nabrzeżu w szwedzkim porcie Nynäshamn
Nova Star – najnowszy z promów we flocie Polferries – przy nabrzeżu w szwedzkim porcie Nynäshamn

I kiedy już myślę o tym, że z tą Baltivią chyba nieszczęśliwie trafiłem, i że trzeba będzie zmienić zaplanowany tytuł wpisu, następuje game changer, który zmienia wszystko. Okazuje się bowiem, że na promie ma miejsce… trzydniowa impreza.

Dyskoteka, karaoke, muzyka na żywo, kolacja w formie otwartego bufetu, pokaz barmański, konsultacje i porady kosmetyczne, nauka gry w ruletkę, a nawet pokaz chippendalesów. To nie opowieść z przeszłości. To impreza organizowana przez spółkę skarbu państwa z obejściem wszystkich obostrzeń.

Kiedy gastronomię na stałym lądzie dobijają koronawirusowe obostrzenia, imprezowe życie kraju toczy się w podziemiu oraz właśnie tutaj – na promie do Szwecji. Na morzu nikt niczego nie udaje. Rejs w obie strony to pełna impreza z kompletnym programem, od 18 w piątek do 12 w niedzielę. I nie trzeba nawet schodzić na ląd.

Minęła 21 - pora na dyskotekę!
Minęła 21 – pora na dyskotekę!

Dyskoteka? Koniecznie z zadymieniem. Na lądzie byłby to raj dla wirusa, ale promy są najwyraźniej od niego wolne. Zresztą, co za różnica, z zadymieniem czy bez – tu przecież nawet obsługa nie nosi maseczek.

Na pokładzie, oprócz imprezowiczów, znajdują się kierowcy z całej Polski i krajów ościennych. Żaden z nich nie musi mieć covidowego testu i prawie żaden nie nosi maseczki. Następnego dnia rozjadą się od Gdańska po Zieloną Górę, Białystok, Rzeszów, Lwów i Pragę. Kilka dni później usłyszymy o konieczności kolejnego zamknięcia którejś z branż.

Koniecznie trzeba podkreślić, że piszę o spółce skarbu państwa. Nie o pomysłowym przedsiębiorcy, który nie zgadza się z obostrzeniami i postanowił ratować swoją firmę w każdy możliwy sposób.

Co więcej, takie imprezy organizuje się także… w porcie. Nigdzie nie trzeba płynąć – prom cumuje przy nabrzeżu, a w środku odbywa się dyskoteka. To publicznie dostępna oferta przewoźnika.

Nikt tu się z niczym nie kryje. Frazy typu "zakończenie imprezy" są jak splunięcie w twarz całej branży gastronomicznej i turystycznej na stałym lądzie
Nikt tu się z niczym nie kryje. Frazy typu „zakończenie imprezy” są jak splunięcie w twarz całej branży gastronomicznej i turystycznej na stałym lądzie

Pytam w trzech źródłach i nie udaje mi się dowiedzieć, dlaczego to wszystko jest możliwe. Mógłbym drążyć temat w oficjalny sposób, ale – szczerze mówiąc – nawet mi się nie chce poznawać tych wszystkich kruczków prawnych. Bo czego się dowiem? Że prom jest dla oszczędności zarejestrowany na Bahamach (fakt!) i obowiązuje na nim prawo Bahamów? Czy że gastronomia na wodzie ma prawo działać zgodnie z podpunktem 14 wyjątku B wydanego w środku nocy rozporządzenia?

Zwyczajnie chcę już stąd zejść. Jeśli jeszcze kiedykolwiek popłynę promem do Szwecji, to tylko dla… Szwecji. Atrakcje na morzu wolałbym w przyszłości ominąć. Tym bardziej, że nocna dyskoteka oczywiście kończy się bójką i – chyba – złamanym nosem jednego z imprezowiczów.

Panie Robercie, następnym razem proszę popłynąć incognito.


Zobacz też:

Dwie doby z recydywistami, czyli statkiem na Kuryle
“Askania”. Historia katastrofy
O Szwedzie, który buduje w lesie meczety
Wyspy Szczęśliwe. Najpiękniejsze miejsce na ziemi?
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

6 komentarzy

  1. Michał says: Odpowiedz

    Dość mocno „szokłem” czytając ten materiał. Zarówno w aspekcie opisywanego chamstwa załogi, czy też obchodzenia obostrzeń covidowych. Jedno i drugie jest beznadziejne.

    1. Włodzimierz Flisikowski says: Odpowiedz

      Połowe z tego co Pan napisałes to nie jest prawda, wiec po co tak kłamać? Potrzeba dodatkowej pikanterii?

      1. Po pierwsze – wypadałoby jednak napisać, że pracuje Pan w Polferries, o czym mówi Pana profil na Facebooku ;)

        Po drugie – chętnie wejdę w dyskusję, ale poproszę o konkrety – co według Pana nie jest prawdą?

      2. Ostatni raz płynąłem tego typu promem 10 lat temu ale wtedy klimat był dokładnie takie jaki opisuje Filip, ciekawe czy za kolejne 10 lat to będzie dalej tak wyglądało.

  2. Piotr says: Odpowiedz

    Po pierwsze pracuję, po drugie przez przypadek użyłem maila kolegi (autouzupełnianie) za co przepraszam. Konkretnie , nie wydaje mi się aby recepcjonista używał niecenzuralnych słów odnosząc się do pasażerów o czym Pan wspomniał w swojej relacji.

    1. Panie Piotrze, akurat te niecenzuralne słowa padły względem ukraińskiego kierowcy. Mnie to smuci, ale niestety często słyszę jak Polacy odzywają się do Ukraińców wulgarnie albo choćby z pogardą (czy po prostu „na ty” w sytuacjach, kiedy do Polaka powiedzieliby „na pan”). Jestem pewien, że tak bezpośrednia wulgarność nie padłaby w stosunku do Polaka, co jednak chyba… niewiele zmienia.

      Powyżej pisze Pan, że połowę zmyśliłem. Cóż – większość, a szczególnie te najważniejsze kwestie, można zweryfikować. Obchodzenie obostrzeń, dyskoteka, kilkudniowa impreza, pływanie pod banderą Bahamów – wszystko to można sprawdzić. Menu w barze – widać na zdjęciu. Reklamacje, które opisuję – są w mailach. Trudno będzie zweryfikować co najwyżej moje naoczne wrażenia, tzn. chamskie odzywki czy nocną imprezę pijanych kierowców. I tutaj, cóż pozostaje wiara albo niewiara. Zaznaczam jednak, że prowadzę tego bloga od lat i zawsze przywiązuję dużą wagę do przekazywania prawdziwych, sprawdzonych informacji.

Dodaj komentarz