Tajemnica ręki z pepeszą. Czy w polskim lesie miała miejsce krwawa pijacka bitwa?

Grób z karabinem zamiast krzyża jest jednym z najbardziej tajemniczych miejsc, pozostałych po czasach pobytu Armii Radzieckiej w Polsce. Czy możliwe, że to pamiątka po ogromnej pijackiej masakrze w jednej z pobliskich wiosek?

Radziecki cmentarz wojskowy w Bornem Sulinowie leży na uboczu. Można się na niego natknąć przypadkiem, wjeżdżając do miasta od strony Szczecinka. Wzrok przejeżdżających przykuwa stojący przy wejściu grób o niecodziennym kształcie – nad płytą nagrobną wznosi się ręką trzymająca popularną „pepeszę” – radziecki pistolet maszynowy. „Iwan Poddubnyj” – głosi napis na nagrobku – a niżej: „1926-1946”.

Grób z pepeszą w Bornem Sulinowie
Grób z pepeszą w Bornem Sulinowie

Kim był dwudziestoletni radziecki żołnierz? Czym zasłużył na okazały pomnik przy samym wejściu na teren cmentarza? Dlaczego jego imieniem w czasach radzieckich nazywano główną ulicę Bornego Sulinowa?

Odpowiedź, wbrew oczekiwaniom, nie nadchodzi od razu. Można by się spodziewać, że życiorys jednego z lokalnych bohaterów będzie doskonale opisany, jeśli nie w polskich, to w rosyjskich źródłach historycznych. Okazuje się jednak, że temat Iwana Poddubnego do dziś wywołuje wiele kontrowersji, a szczegóły jego czynu nie są do końca poznane po obu stronach granicy.

Pewne jest tylko jedno: w 1946 roku, choć wojna teoretycznie dobiegła ku końcowi, lasy okalające Borne Sulinowo wciąż nie były bezpieczne. Niemieccy dywersanci, polscy osadnicy, zajmująca garnizony armia radziecka… W powojennym chaosie nietrudno o plotki i legendy.

Wersja polska: Poddubnyj to pijak i morderca.
Wersja rosyjska: Poddubnyj to bohater.

Bratobójcza pijacka bitwa

Wersję polską ze szczegółami opisuje Jerzy Karkoszka na łamach lokalnego miesięcznika „Echa znad Drawy i Gwdy”:

„Ranek 16 października 1945 roku był pogodny. Mieszkańcy niewielkiej wsi Krągi, leżącej między Szczecinkiem a Bornem Sulinowem, sposobili się do pracy w swoich gospodarstwach. Na sześćdziesiąt domów tej poniemieckiej osady zaledwie szesnaście było zajętych przez repatriantów ze wschodu. Większość z nich pochodziła z białoruskiej wsi Chutory, z której zostali wysiedleni wraz z nastaniem władzy radzieckiej. Dostali przydział rolno-mieszkaniowy właśnie do Krągów. Tu czekały na nich niezniszczone domy i ziemia do uprawy.

Około 11 rano przez wieś powoli przejechał »willys« z czerwoną gwiazdą. Zatrzymał się przed gospodarstwem Swarożyków. Z łazika wysiadł lekko zataczający się młody starszyna gwardii. Podszedł do chłopaka oporządzającego konia i zapytał: »Wy giermańcy?« »Nie, Polacy« odpowiedział młodzieniec. Rosjanin kiwnął głową i wsiadł z powrotem do samochodu. Odjechał.

Szesnastoletni Stanisław Swarożyk wzruszył ramionami i poszedł z koniem pod stajnię. Staszek był najmłodszym z sześciorga rodzeństwa. Tego dnia rano miał gorączkę, więc ojciec nie kazał mu iść w pole. Został w domu sam. Miał sposobić obiad dla całej rodziny, która miała wrócić około 16. Czynności te tak go pochłonęły, że nie zauważył, jak minęła czternasta. Wtedy właśnie dobiegł go warkot potężnych motorów.

Wyszedł przed dom. Drogą od Bornego Sulinowa jechały trzy czołgi i kilkanaście ciężarówek pełnych wojska. »Pewnie jadą na ćwiczenia« pomyślał chłopak. Tymczasem Rosjanie podjechali pod wieś. Żołnierze wyskoczyli z samochodów. Rozsypali się w tyralierę i niespiesznym krokiem ruszyli w stronę zabudowań. Wielu z nich zataczało się. Wszyscy trzymali broń gotową do strzału, otaczali wieś łukiem.

Staszka ogarnęło złe przeczucie. Pobiegł do stajni wyprowadzić konia. Zauważył, że z innych domów wychodzą na drogę kobiety, dzieci i wszyscy ci, którzy nie poszli w pole. Sowieci zbliżali się. Kilka kroków przed szykiem, z pistoletem w dłoni, szedł ów młody starszyna, który rankiem przyjechał do Krągów. Sołdaci podeszli do pierwszego domu. Młody watażka stanął i krzyknął po polsku: »No, Szkopy, przyszedł na was czas, oddawać wszystko władzy radzieckiej« i machnął ręką. Ze szpaleru żołnierzy wyszedł jeden z miotaczem ognia. Puścił strugę płonącego napalmu na dach budynku. Ogień chwycił błyskawicznie. Na ten widok pozostali ryknęli: »urra« i biegiem puścili się na podwórza wioski. Zaczęli bić kolbami stojących ludzi i zaganiać ich w stronę kościoła. »Jezus Maria, po pomoc« – przemknęło Swarożykowi.

Wskoczył na konia i przez opłotki ruszył galopem w kierunku Szczecinka. »Byle do naszych, byle do polskiego wojska« – tłukło się w głowie Staszkowi. Gnał szosą przez Jelenino, Przyjezierze, Jeleń. Z rzadka folgował rumakowi. Po godzinie dotarł do polskich koszar 16 kołobrzeskiego pułku piechoty. Zeskoczył z konia tuż przed wartownikiem. »Panowie, ratujcie, Ruscy palą, mordują, gwałcą. Opanowali wieś«. »Do kapitana Dąbrowskiego z nim!« – ryknął dowódca warty i w chwilę później chłopak już nieco spokojniej relacjonował wydarzenia dowódcy 3 batalionu fizylierów, kapitanowi Witoldowi Dąbrowskiemu. Ten nie wahał się ani chwili. Podniósł telefon i zarządził alarm bojowy. W piętnaście minut Polacy byli gotowi. Ruszyli drogą na Krągi. Jechali z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę, bo była to maksymalna szybkość czołgów ubezpieczających wyprawę.

Żołnierze byli wściekli. Znali Rosjan z frontu. Wiedzieli, do czego są zdolni. Nie raz widzieli spacyfikowane przez nich niemieckie miejscowości. Ale żeby polską wieś? To było nie do pomyślenia. Po 40 minutach jazdy polska kolumna zbliżyła się do płonącej wsi. Fizylierzy Dąbrowskiego zeskoczyli z samochodów i utworzyli tyralierę. Do buszujących wśród palących się zabudowań sołdatów było około dwustu metrów.

Kapitan odpalił z rakietnicy zieloną racę. Na ten sygnał załomotały cztery działa polskich T-34. Buchnęły jaskrawym płomieniem sowieckie tanki. Powietrze zaczęły szyć pomarańczowe koraliki pocisków z polskich ciężkich karabinów maszynowych. Jeden po drugim zaczęły padać na ziemię zakrwawione rosyjskie trupy. Nasi żołnierze ruszyli do ataku na bagnety. Szli szybkim, równym krokiem. Nie była to przecież dla nich nowość, byli wszak wytrenowaną, rozpoznawczą jednostką liniową.

Rosjanie przez dłuższą chwilę nie mogli zorientować się co się dzieje, ale wkrótce też zaczęli strzelać. Byli jednak pijani, razili niecelnie. Tymczasem fizylierzy dobiegli do zabudowań. Zaczęła się walka wręcz, w której zapijaczeni sołdaci nie mieli najmniejszych szans. Kłuci bagnetami, rażeni ogniem z bliska, zaczęli wycofywać się w kierunku swojej bazy w Bornym Sulinowie. Ale tu czekała ich niespodzianka. Odwrót mieli odcięty przez żołnierzy 6 kompanii porucznika Wicherka. Dostali się w dwa ognie. Nie mieli dokąd uciekać, a Polacy byli bezlitośni i strzelali celnie. Po godzinie walki Sowieci zaczęli machać białymi szmatami. Nasi przerwali rzeź. Zginęło 300 rosyjskich żołnierzy, 60 poszło do polskiej niewoli. Polacy stracili 16 kolegów, a 20 było rannych. Jeńców nasi żołnierze powiedli do swoich koszar w Szczecinku. Następnego dnia w 16 pułku zjawił się sam marszałek Rokossowski.

Pogratulował żołnierzom odwagi i… wydał rozkaz o natychmiastowym przeniesieniu wszystkich uczestników starcia do rezerwy. Sowiecki pułk, z którego pochodził pacyfikujący Krągi 34 batalion został w trybie natychmiastowym przeniesiony do Azji na chińską granicę. Rosjanie jednak, zgodnie ze swoją wschodnią przewrotnością, uhonorowali watażkę, który dowodził bojcami. I tak przez 40 lat główna ulica Bornego Sulinowa nosiła imię Iwana Poddubnego, zaś jego grób na borneńskim cmentarzu doczekał się pomnika. Jest nim ręka trzymająca pepeszę…”

Bohaterski czyn sierżanta

Wersja rosyjska: na wjeździe do Bornego Sulinowa wyznaczono punkt kontrolny. Stacjonujący tam żołnierze z jednej strony pilnowali drogi, a z drugiej – podziemnego magazynu z bronią i nabojami. Pewnego razu na placówkę napadli rozproszeni po lasach niemieccy dywersanci. Niezauważenie zaszedłszy sierżanta Poddubnego, pojmali go, owinęli drutem kolczastym i nakazali prowadzić do podziemnego magazynu. Pod groźbą strzału w tył głowy, sierżant miał wypowiedzieć hasło, uśpić czujność wartownika, i tym samym pomóc dywersantom w grabieży. Kiedy jednak wartownik obiektu usłyszał kroki, kiedy krzyknął „stój, kto idzie!”, Poddubnyj nie wypowiedział ustalonego hasła, zamiast tego krzycząc: „Szeregowy Iwanow, strzelajcie we mnie. Za mną wróg!”. Ten bohaterski czyn na długie lata stał się legendą założycielską radzieckiego garnizonu w Bornem Sulinowie.

Niepewność źródeł

Rosyjska wersja opowieści nie zyskała popularności w nowych czasach. Wersja polska, choć również znana nielicznym, cieszy się dziś dużo większą rozpoznawalnością – opowieść o pijackiej bitwie z wioski Krągi przedrukował chociażby niemiecki „Der Spiegel”. Autorzy, którzy przekazują dalej polską wersję legendy o Poddubnym, rzadko kiedy dbają jednak o zachowanie niezbędnego w podobnych przypadkach historycznego sceptycyzmu. Kiedy pytam Matthiasa Kneipa, autora artykułu z „Der Spiegel”, o źródła, z których korzystał przy przekazywaniu niemieckim czytelnikom historii Bornego Sulinowa, ten odpisuje bez ogródek: – Myślę, że właśnie wiele niejasności czyni tę historię tak interesującą. Nie posiadam pewnego źródła. Bazowałem na opowieściach mieszkańców Bornego Sulinowa i na popularnej książce. Nie jestem teraz pewien, ponieważ było to już kilka lat temu. Przepraszam, że nie mogę udzielić lepszej odpowiedzi – kończy niemiecki dziennikarz. Tyle tylko, że w jego tekście na próżno szukać jakiejkolwiek aluzji o niepewności źródeł. Wszystko jest podane na tacy, jakby taka była bezsporna historyczna prawda.

Także artykuł Jerzego Karkoszki, choć bez wątpienia interesujący, zawiera kilka ewidentnych błędów, jak choćby sugestię, że wojska radzieckie do pacyfikacji polskiej wioski mogły użyć napalmu. W rzeczywistości napalm jako środek bojowy został wykorzystany po raz pierwszy w lipcu 1944 roku podczas amerykańskich operacji wojskowych na Pacyfiku. Wątpliwe, żeby zaledwie rok później mogły go wykorzystywać rozproszone po polskich lasach wojska radzieckie.

To oczywiście techniczny błąd, niewiele zmieniający w treści samego tekstu, jednak wskazujący na brak specjalistycznej wiedzy historycznej Jerzego Karkoszki, oraz na tendencje autora do ubarwiania faktów. – Pan Jerzy mieszkał od początku lat dziewięćdziesiątych w Bornem – mówi Mariusz Nagórski, wicestarosta drawski i wieloletni redaktor prowadzący „Ech znad Drawy i Gwdy”. – Przyjechał tam wraz z falą osadników bezpośrednio po opuszczeniu Bornego Sulinowa przez żołnierzy Armii Czerwonej. Z wykształcenia był dziennikarzem, pracował między innymi w radiu Katowice. Artykuł oparł na wspomnieniach mieszkańców okolic, szczególnie wsi Krągi. W ocenie regionalistów wydarzenie opisane w tekście miało miejsce w 1945 roku, jednak pan Jerzy spisując wspomnienia ubarwiał szczególnie rozmiary potyczki. Zapewne jak każdy pasjonat historii lokalnej swego miejsca – przyznaje Nagórski. I dodaje: – Niemniej, tu na Pomorzu bardzo wiele było zabójstw spowodowanych ręką żołnierza Armii Czerwonej. Część z tych zabójstw doczekiwała się odwetów ze strony Polaków. Świadczą o tym choćby kroniki roczników milicyjnych. W nich, w nieco zawoalowany sposób można doczytać rosyjskobrzmiące nazwiska morderców, którzy później ginęli od kul żołnierzy i milicjantów polskich.

Gdzie zatem leży prawda? Poddubnyj to bohater czy morderca? Wspomnienia mieszkańców Krągów mogą wskazywać, że bitwa rzeczywiście miała miejsce. Ale czy faktycznie zginęło w niej ponad 300 osób? I czy to historia na pewno powiązana z pomnikiem-pepeszą? A może rację mają obie strony, polska i rosyjska, może w obu legendach drzemie ziarnko prawdy a szczegóły ówczesnych potyczek na zawsze pozostaną owiane mrokiem historii?

Na cmentarzu wojskowym przy drodze na Szczecinek, oprócz pomnika ręki z pepeszą, zwraca uwagę jeszcze jedna rzecz – porozstawiane na dziecięcych grobach zabawki. Przemokłe, spleśniałe, porosłe mchem przytulanki. Kto je tutaj zostawia? Miejscowi Polacy mówią, że to rosyjski zwyczaj. Ostatni pozostali tutaj Rosjanie, dziś prowadzący restaurację „Sasza”, zdecydowanie zaprzeczają. Cóż – przynajmniej ten temat nie wywoła międzynarodowych sporów historycznych.

Przytulanki zostawiane na dziecięcych grobach w Bornem Sulinowie
Przytulanki zostawiane na dziecięcych grobach w Bornem Sulinowie


Jeżeli zainteresował Cię ten materiał, wesprzyj mnie na Patronite. Gdyby nie Patroni, blog nie mógłby istnieć.


Zobacz też:

Samozwańczy kustosz tajemnic
Polski atom? Na tropie baz nuklearnych w lasach Pomorza
Kazachski Banksy rysuje ekologiczną katastrofę
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz