Diabelski młyn w Oczamczirze (2016)

Poranek w Oczamczirze wstawał długo. Nieśmiałe październikowe słońce rozrzedzało powoli poranne mgły, wydobywając z ich ukrycia porozstawiane przy błotnistych ulicach domki jednorodzinne. Zamieszkały-pusty-zamieszkały-opuszczony-zamieszkały-zrujnowany – można było wyliczać, idąc przez Oczamczirę. W jednym domu tli się życie, drugi pustymi oknami opowiada jakąś smutną historię.

Nocą wyglądało to jeszcze straszniej. Wieczorny spacer po centrum miasteczka zdecydowanie nie należał do przyjemnych. Wiatr znad morza nanosił tumany mgły i wydawało się, że w Oczamczirze pozostały już tylko ruiny, że resztki życia uleciały stąd bardzo dawno, byle dalej od opustoszałej plaży. Widywałem już takie miejsca. Chodziłem wcześniej po miastach-widmach, ale one były zdecydowane umrzeć, przywrócić zrujnowane budynki siłom natury. Oczamczira jedną nogą tkwiła w grobie, lecz drugą desperacko wyrywała się ku życiu.

Oczamczira, centrum miasteczka
Oczamczira, centrum miasteczka

Jednym z desperatów, pragnących przywrócić miasteczku świetlaną przeszłość nadmorskiego kurortu, był Miron. – Ja tego nie rozumiem – mówił – mamy ciepłe morze, piękne plaże, wysokie góry. Więc dlaczego nikt tu nie przyjeżdża? Kiedyś, w lecie, przyjechała grupa Rosjan. Pochodzili po ulicach miasteczka i się zwinęli, bo, wyobrażasz sobie, powiedzieli, że to nie Europa! No pewnie, że nie Europa, to chyba oczywiste – denerwował się.

Pomimo tego, Miron nie ustawał w wysiłkach. Własnymi rękami wybudował pawilon z czterema pokojami gościnnymi. Założył konta na międzynarodowych serwisach rezerwacyjnych, oczekując tłumu gości. Ale dziwnym trafem przyjeżdżali do niego tylko wielbiciele turystyki alternatywnej. Z angielskiego – dark tourism. Miłośnicy opuszczonych miast na końcu świata.

– Mieszkałem szesnaście lat w Moskwie – opowiadał Miron. – Ale chciałem wrócić do miejsca, w którym się urodziłem. Jeszcze przywrócę mu dawną wielkość.

Póki co, nadmorska promenada świeciła pustkami. Budynki, dawniej mieszczące w sobie restauracje lub sklepiki z pamiątkami, straszyły zabitymi oknami i odpadającym z elewacji tynkiem. Sto metrów od morza nadal stał słynny diabelski młyn w Oczamczirze – nieruchomy bohater reportażu Wojciecha Jagielskiego z czasów wojny gruzińsko-abchaskiej. Gdyby Jagielski wrócił do Oczamcziry po dwudziestu czterech latach, nadal mógłby opisać tę rdzewiejącą, złowieszczo skrzypiącą, nikomu niepotrzebną machinę. Tak jak wtedy: „Po wybuchu wojny górujący nad wybrzeżem diabelski młyn zamarł i stał się celem dla abchaskich i rosyjskich okrętów, ostrzeliwujących miasto od morza. Widoczne z daleka wielkie koło na skarpie musiało strasznie denerwować kanonierów, ale nigdy nie udało im się trafić.”

Słynny diabelski młyn w Oczamczirze
Słynny diabelski młyn w Oczamczirze

Sfotografowałem młyn i podszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów w stronę gór. A tam, w małej obdrapanej knajpce, trwało huczne abchaskie wesele. Stoły uginały się od chinkali, gruzińskich pierogów z mięsem, i od potężnych kielichów z winem. Oczamczira ewidentnie nie mogła się zdecydować na śmierć.

*

– Wskakujcie, podwiozę was – tubalnym basem krzyknął Kierowca Numer Jeden. Znowu staliśmy na drodze wylotowej; busiki w Abchazji kursowały rzadko, więc autostop był nie tylko najciekawszym, ale i najszybszym środkiem transportu. – No, jak wam się podoba nasz kraj?
– Bardzo ładny – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – tylko ilość opuszczonych budynków trochę przygnębia.
– Wojna, chłopie, wojna.
– Wojny nie ma od ćwierć wieku, a u was ciągle połowa zabudowań to ruiny – polemizowałem. – Spodziewałem się większej ilości bogatych Rosjan, wykupujących sobie letnie domki nad morzem.
– Nie po to walczyliśmy o niepodległość, żeby teraz ściągać do siebie obcych – obraził się kierowca. – Teraz idę nad morze za darmo, a jak odbudują kurorty, to będę musiał płacić. Wolę już ruiny. Przynajmniej się do nich przyzwyczaiłem.

Walczyli i wywalczyli. Abchazja, niewielka republika wciśnięta między Morze Czarne a góry Kaukazu, pomiędzy wrogą Gruzję i sojuszniczą Rosję, od 1992 roku rządzi się sama. Uznawana przez zaledwie cztery suwerenne państwa świata, na większości map widnieje jako północno-zachodnia część Gruzji. Jest jednym z poradzieckich separatystycznych państw-widm, de facto niepodległych, de iure – nieistniejących.

Historyczne zwycięstwo w wojnie z Gruzją przyniosło Abchazom wolność, ale i gospodarczo-społeczny upadek. Za czasów Związku Radzieckiego corocznie przyjeżdżały tu setki tysięcy turystów z całego Sojuza i krajów stowarzyszonych. Przyciągały ich przepiękne pejzaże, ciepłe morze, wygodne hotele, rozbudowana baza turystyczna. Wyjątkowo duża ilość słonecznych dni potwierdzała tylko nadaną Abchazji etykietkę sowieckiego raju. Dziś ruiną jest nawet budynek parlamentu i luksusowy hotel na głównej promenadzie w Suchumi, stolicy kraju.

Na skrzyżowaniu dróg pod Oczamczirą znowu łapaliśmy stopa. Po dziesięciu minutach zatrzymał się przy nas stary Ził-cysterna. Ruszyliśmy w drogę do Suchumi, a kierowca opowiadał o mijanych po drodze ruinach. – Tu po prawej była gruzińska wioska – powiedział w pewnym momencie – ale ich spaliliśmy.

Przemilczałem, woląc mieć nadzieję, że użycie trybu pierwszoosobowego było tylko przypadkiem, wynikającym z niedoskonałej znajomości rosyjskiego.

– Ten płot po lewej odgradzał kiedyś rezerwat małp. A wielki budynek na szczycie wzgórza, który widzicie tam daleko, to dawny szpital – tu Kierowca Numer Dwa zamilkł na dwa kilometry. Po chwili ponownie się ożywił: – O, tu znowu gruzińska wioska. Spalona. Co sądzicie o Gruzinach?
– Nic specjalnego – odpowiedziałem. – U nas w Polsce nie ma walk etnicznych, bo całe nasze społeczeństwo jest homogeniczne. No, czyli że prawie wszyscy są Polakami, a nawet jak nie są, to nikogo to specjalnie nie obchodzi. Dlatego nie za bardzo jestem w stanie zrozumieć sens tego wszystkiego.

Kierowca Numer Dwa pokiwał głową, nic nie mówiąc.

*

Zawsze lubiłem patrzeć na rejestracje samochodowe nieuznawanych parapaństw. Mieli je w Naddniestrzu, mieli w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej. O ile jednak w separatystycznych republikach Donbasu miejscowe numery przyczepiali sobie tylko najbardziej zagorzali zwolennicy nowych porządków (takim samochodem nie wyjedzie się przecież za granicę niewielkiej republiki), o tyle Abchazi tabliczkami z literami ABH zdołali oznaczyć niemal wszystkie pojazdy. Tu i ówdzie na samochodach widniała jeszcze biało-czerwono-żółta flaga podpisana skrótem RSO – to Południowa Osetia. Obserwując wszystkie te nieznane z lekcji geografii symbole, można było poczuć się jak w równoległym, niepoznanym jeszcze świecie.

Oprócz rejestracji, nieuznawane republiki cechuje wielość patriotyczno-propagandowych billboardów. W Abchazji największą ich liczbę można rzecz jasna odnaleźć na ulicach Suchumi. Władisław Ardzinba, pierwszy prezydent kraju i dowódca abchaskich wojsk podczas wojny 1992 roku, salutuje na co drugiej ulicy, obwieszczając z plakatu: „ajaaira!” „Zwycięstwo!”

Na dachu budynku parlamentu powiewa ogromny, kilkumetrowy sztandar. Czego by nie mówić o historii tego miejsca, flagę mają Abchazi naprawdę bardzo ładną. Układem przypomina nieco amerykański star-spangled banner, tylko pasy są na niej biało-zielone, a w lewym górnym rogu znajduje się symbol białej dłoni otoczonej siedmioma gwiazdami. Jej piękno kontrastuje jednak z olbrzymim gmaszyskiem opuszczonego parlamentu. Na skwerze przed budynkiem zielenią się idealnie przycięte krzewy – w końcu to główny plac stolicy – ale sam parlament to jedenastopiętrowa ruina z dobudowanymi po obu stronach socrealistycznymi skrzydłami.

Abchaski parlament w Suchumi
Abchaski parlament w Suchumi

*

– Tego nie wolno zabierać – groźnym wzrokiem popatrzyła celniczka na przejściu granicznym i wyciągnęła mi z paszportu abchaską wizę. – To nie suwenir.
– Jak nie suwenir, skoro suwenir – kłóciłem się. – Chciałem sobie wkleić do paszportu.
– Zwariowałeś? – celniczka wymownym gestem popukała się w czoło. – To wiza nieuznawanego państwa. Zniszczysz sobie paszport. Równie dobrze mógłbyś wkleić świąteczną naklejkę z zajączkiem – tu zbiła mnie z tropu, bo nie oczekiwałem tego rodzaju wyznań od funkcjonariusza państwowego. – Ale już dobrze, niech będzie. Oddam wam jedną wizę. Druga zostaje u mnie.

Przeszliśmy kontrolę i skierowaliśmy się w dół, ku dolinie rzeki Ingur i połupanemu mostowi granicznemu. Zaraz za mostem napotkaliśmy delegację Unii Europejskiej. Stali tam napuszeni, dumni z przyczepionych do kurtek naszywek z dwunastoma unijnymi gwiazdkami. – Można na chwilę? – spytała stojąca pośrodku blondynka. – Czy… czy tam jest wojna?
– Nie ma.
– A sklepy? Towary w sklepach?
– Jeśli nie oczekiwać najdelikatniejszych francuskich serów pleśniowych to tak, są.
– A hotele działają? Przyjeżdżają turyści?
– Może po prostu wejdziecie tam państwo i zobaczycie? – zasugerowałem.
– No… Może kiedyś – odparła bez przekonania unijna blondynka.

Za mostem, po gruzińskiej stronie, stoi pistolet ze związaną lufą – pomnikowy symbol pojednania. Gruzini nadal uważają Abchazję za okupowaną część ich terytorium. Teraz, po latach od krwawej wojny, wyciągają do Abchazów rękę. Ale ci nie są zbyt skorzy do powrotu w granice Gruzji. Ajaaira to ajaaira, zwycięstwo, własny kraj, własna ziemia i język, w którym wszystko rozpoczyna się na literę a. To na Kaukazie wartości cenniejsze od pieniędzy i gospodarczego dobrobytu.

Oczamczira, dworzec kolejowy
Oczamczira, dworzec kolejowy
Autobus do Suchumi podjeżdża pod dworzec kolejowy w Oczamczirze
Autobus do Suchumi podjeżdża pod dworzec kolejowy w Oczamczirze
Patriotyczny billboard na ulicy w centrum Suchumi
Patriotyczny billboard na ulicy w centrum Suchumi
"Ajaaira!" obwieszcza Władysław Ardzinba z plakatu stojącego przed abchaskim parlamentem
„Ajaaira!” obwieszcza Władysław Ardzinba z plakatu stojącego przed abchaskim parlamentem
Prawe skrzydło zrujnowanego budynku parlamentu w Suchumi
Prawe skrzydło budynku parlamentu w Suchumi
Owoce kaki rosną przy murze zrujnowanej szkoły w Oczamczirze
Owoce kaki rosną przy murze zrujnowanej szkoły w Oczamczirze

Tytuł nawiązuje do tekstu Wojciecha Jagielskiego „Diabelski młyn w Oczamczirze”, wchodzącego w skład jego książki „Dobre miejsce do umierania”.

2 komentarzy

  1. O kurde wygląda naprawdę nieźle. Musi panować tam ciekawy klimat, zdjęcia pewnie nie oddają go w 100%.

  2. Wybieramy się do Abchazji w przyszłym roku w lipcu, ale głównie ze względów turystycznych – podobno to jeden z najpiękniejszych fragmentów całego Kaukazu, a dwa jak zobaczyliśmy zdjęcia to od razu pomyśleliśmy że tam chyba była kręcona scenografia „Lost”

Dodaj komentarz