Najwyższy slums świata

Prawdziwą popularność przyniosło mu miano „najwyższego slumsu świata”. Bo jak informacja o czternastopiętrowej górze śmieci, walających się między oknami, może nie wywołać zdumienia?

Ponte City, Johannesburg. Drugi pod względem wysokości budynek w całej Afryce. Brutalistyczny, pusty w środku walec. Dawniej siedlisko gangów i najniższych warstw społecznych. Dziś odradzający się powoli symbol miasta.

Ponte City wyróżnia się na tle Johannesburga
Ponte City wyróżnia się na tle Johannesburga

*

Moja taksówka zatrzymuje się przed szeroką, dobrze chronioną bramą wjazdową. – Pan do kogo? – masywni ochroniarze łypią podejrzliwie. – DlalaNje? Proszę zaczekać.

Po pięciu minutach pojawia się dwóch kilkuletnich chłopców. – My z DlalaNje, proszę iść z nami, zaprowadzimy pana – mówią, przejęci swoją rolą posłańców. Pozwalam więc taksówkarzowi odjechać, a sam zagłębiam się w betonowy świat Ponte City, odprowadzany dziesiątkami dziecięcych spojrzeń. Tych spojrzeń, które akurat nie są zajęte grą w piłkę, jazdą na deskorolce, ani bieganiem w kółko.

Na placyku przed wieżowcem zauważam plamy krwi. Zastanawiam się, czy któreś z dzieci rozbiło sobie kolano, czy też wydarzyło się tu coś znacznie gorszego. To w końcu Johannesburg.

Mali przewodnicy doprowadzają mnie do biura DlalaNje, po czym bezgłośnie znikają.

*

Organizacja społeczna DlalaNje, której nazwę tłumaczy się jako „tylko zabawa”, jest jaskółką zmian i promykiem nadziei dla postapokaliptycznego Johannesburga. Miejscowe dzieci mogą tu pograć w piłkarzyki, poczytać książki, skorzystać z Internetu. W przeciwieństwie do wielu spośród ich rodziców, mają możliwość edukacji oraz inne perspektywy, niż johannesburskie uliczne getto.

Dzisiaj nie jestem reporterem, tylko zwykłym turystą. Załatwianie wejścia do chronionego wieżowca w centrum Johannesburga mogłoby być długie i kosztowne. Tymczasem raz w tygodniu można tu wejść zupełnie legalnie, z wycieczką. Wycieczką z kategorii tych „alternatywnych”, dla fanów mocnych wrażeń i nietypowych zdjęć z wakacji w dalekim kraju. Młodzi pracownicy DlalaNje odcinają kupony od popularności Ponte City, organizując cotygodniowe dwugodzinne oprowadzanie po budynku. Dochód pozwala finansować działalność społeczną organizacji.

– Jesteś za wcześnie – wita się ze mną James Manguza z DlalaNje. – Usiądź i poczekaj.

Siadam więc i czekam. Rozglądam się wokół, po sali pełnej kolorowego chaosu. Drobne dziecięce dłonie sprawnie operują wszystkim, co tylko może nadać się do zabawy. Skakanki, piłkarzyki, bębenki. Na placu przed wieżowcem grupa chłopców gra w piłkę. Piłki akurat zabrakło, więc z sukcesem udaje ją dwulitrowa plastikowa butelka po wodzie. Największa jednak kolejka gromadzi się przed trzema stanowiskami komputerowymi, gdzie James ze starszymi chłopcami rozwala terrorystów w znanej strzelance.

Pojawiają się kolejni turyści. Wśród nich – większość mieszkańców Johannesburga. Tak jak Samantha i Jamie, młode małżeństwo z północnych dzielnic miasta. Mieszkają tu całe życie, ale zupełnie nie znają własnego miasta, stale kursując na znanych trasach między domem, pracą, a centrum handlowym. Bo żeby móc żyć w Johannesburgu, trzeba się umieć po nim poruszać. Wiedzieć, gdzie lepiej nie zaglądać.

Przychodzą, witają się, nieśmiało rozglądają wokół. Tymczasem córka Samanthy i Jamiego od razu wie, za co się zabrać. Nie mijają trzy minuty, a obserwuję obrazek jakby żywcem wyjęty z kampanii społecznej. Przy stoliku siedzą dwie małe dziewczynki: ta po lewej, czarna, sprawnie wygrywa melodie na drewnianych bębenkach. Ta po prawej, biała, rozdziawia usta w niemym zdziwieniu. Do tej pory nie miała zbyt wielkiej styczności z kulturą czarnoskórej większości kraju.

Później dowiem się, że Samantha i Jamie prawie nigdy nie byli w centrum swojego miasta.

*

Wieżowiec Ponte City, jeden z symboli miasta, został zbudowany w 1975 roku. Jego 173 metry czynią go najwyższym budynkiem mieszkalnym całej Afryki i drugim pod względem wysokości wieżowcem kontynentu (palmę pierwszeństwa dzierży oddalony o półtora kilometra Carlton Centre).

– Prawie dwustumetrowa odlana z betonu wieża to esencja nurtu brutalizmu – komentuje Dawid Majewski, architekt i fotograf architektury. – Widowiskowe jest zwłaszcza monumentalne wydrążone wnętrze budynku, doświetlające korytarze. Regularny rytm fasady tylko potęguje wrażenie ogromu wieży.

Ponte City - wnętrze

Ponte City - wnętrze

Ponte City - fasada

Ponte City - wnętrze

Istotnie – pusta betonowa studnia wydaje się nie mieć końca. Najpierw wjeżdżamy na pięćdziesiąte drugie piętro i stajemy na samej jej górze. Później zjeżdżamy do przyziemia, skąd zadzieramy głowy, by wysoko ponad nami dojrzeć owal jaśniejącego nieba. – Przed 2007 rokiem nie moglibyśmy tu stanąć – opowiada James Manguza. – Mieszkańcom wyższych pięter nie chciało się schodzić na dół, żeby wyrzucić śmieci. Wszystkie odpadki zrzucali na dół. W rekordowym roku warstwa śmieci osiągnęła wysokość czternastu pięter.

Turyści odruchowo zatykają nosy.

– Ale teraz tworzymy tu nową historię – uśmiecha się przewodnik.

Za spokój i względny dostatek płaci się jednak koniecznością dostosowania do surowych praw zarządcy budynku. DO WSZYSTKICH LOKATORÓW, głosi list wywieszony w recepcji Ponte City: każde dziecko powyżej dziesiątego roku życia będzie uznawane za współnajemcę, musi też zostawić swój odcisk palca. I znów wielkimi literami: PONTE JEST PRZEPEŁNIONE DZIEĆMI.

Odwiedziny w poniedziałki, środy i piątki ograniczone są do godzin pomiędzy jedenastą i szesnastą. Nocleg dodatkowej osoby kosztuje 50 randów (około 15 złotych). Przez mieszkania przechodzą regularne inspekcje, poszukujące karaluchów i sprawdzające czystość… piekarnika. Zarówno za brudny piekarnik, jak i obecność dodatkowej pary odnóży za szafą, pobiera się opłaty.

Aby wejść do wieżowca, trzeba przejść przez dwie linie ochrony, zostawić dokument ze zdjęciem i przecisnąć się przez ciasny, krępujący ruchy kołowrotek.

Szare korytarze wewnątrz Ponte City
Szare korytarze wewnątrz Ponte City
Dzieciaki z Ponte są tak zaaferowane grą komputerową, że nie zauważają stojącego za szybą fotografa
Dzieciaki z Ponte są tak zaaferowane grą komputerową, że nie zauważają stojącego za szybą fotografa

*

Gwóźdź programu to wyjście poza strzeżone mury Ponte. Wkraczamy do owianej złą sławą dzielnicy Hillbrow. Wycieczka jest ochraniana, można więc nawet robić zdjęcia. Kiedy jednak stajemy pod jednym z przejętych przez mafię budynków, przewodnik kategorycznie zabrania fotografować.

– Pstryknę ukradkiem, nikt nie zobaczy – oponuję.

– To nie o to chodzi – mówi James. – Nie chcemy po prostu, żeby pokazywać światu takie obrazki.

Przewodnik chce nas przekonać, że nie jest tu tak źle, jak głosi plotka. Przez chwilę nawet mu wierzę. Na ulicach leżą stosy śmieci a co drugi budynek wygląda jak po bombardowaniu, ale wielu ludzi podchodzi do naszej grupy i przyjaźnie zagaduje.

Ułuda pryska już następnego dnia. Jest niedziela, godzina czternasta…

Co się wówczas wydarzyło? Dlaczego po Johannesburgu lepiej nie chodzić pieszo? O tym czytaj w tekście o mieście (kradzionego) złota.

Ponte City widziane z ulic dzielnicy Hillbrow
Ponte City widziane z ulic dzielnicy Hillbrow
Ponte City widziane z ulic dzielnicy Hillbrow
Mali mieszkańcy budynku nie mają piłki, więc do gry w futbol wykorzystują plastikową butelkę
Wywieszony w recepcji list do wszystkich lokatorów
Wywieszony w recepcji list do wszystkich lokatorów


Zobacz też:

Profil autora na Patronite
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku
  • Facebook
  • Twitter
  • Add to favorites
  • Email
  • Wykop
  • Kciuk
  • RSS

1 komentarz

  1. Sytuacja postapokaliptyczna, niejeden pisarz S-F w latach wcześniejszych mógłby to opisać.

Dodaj komentarz