Czy Marcin Kącki nienawidzi Poznania?

„Poznaniacy myją się raz w tygodniu” – pisze w swojej książce Marcin Kącki.

Geje spotykają się w parkach, jedna dziewczyna wzięła się z in vitro i teraz nienawidzi kościoła, dyrygent molestuje chórzystów, geje spotykają się w parkach i potem giną, biskup molestuje kleryków, a w ogóle to wszyscy mają kryzys wiary i nienawidzą kościoła. To opis Poznania według reportera „Wyborczej” Marcina Kąckiego.

Całkiem niezłego reportera, dodajmy. Warsztat – do pozazdroszczenia, kolejne strony same się przewijają. Czytałem wcześniej trzy jego książki: „Maestro” był świetny, podobnie „Lepperiada” – momentami nużąca, ale bardzo wartościowa (podziwiałem ilość źródeł i osób, do których dotarł Kącki, ceniłem warsztat i doceniałem pozytywne skutki publikacji). „Białystok” był tendencyjny, a momentami przepełniony jadem. „Poznań. Miasto grzechu” to dobrze napisany, ale jednak złośliwy paszkwil.

Marcin Kącki, "Poznań. Miasto grzechu". Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017
Marcin Kącki, „Poznań. Miasto grzechu”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017

Gdyby podobnymi uproszczeniami, jakimi Kącki atakuje poznaniaków, obdarzyć „bardziej medialne” grupy społeczne czy narodowościowe, podniósłby się krzyk. No bo jak to – napisać na przykład, że Cyganie myją się raz na tydzień? Przecież to skandal – są pewnie tacy, którzy doświadczają prysznica po każdym posiłku! Tymczasem reporter „Wyborczej” idzie na całość, jedzie uproszczonymi schematami i potwierdza stereotypy w najbardziej radykalnym wydaniu.

Weźmy parę dosłownych cytatów:

„Poznaniacy są okropni, wyrachowani, małostkowi, chamscy.”

„…poznanianki nie grzeszą bystrością, nie czytają, mają ograniczone horyzonty, a przyjezdne są weselsze, bardziej inteligentne, lepiej wykształcone.”

„…kobiety z niższych warstw, zwłaszcza służące, gosposie, są wykorzystywane seksualnie przez poznańskich pracodawców.”

„Można zapomnieć, że jest Europa poza tym Poznaniem, gdzie największą atrakcją jest wieprzobicie.”

„Poznaniacy nie mają poczucia humoru, wszystko traktują serio i dosłownie.”

„Nie znajdziesz u najbogatszego kutwy Niemca-kolonisty ani u najpodlejszego Żyda-lichwiarza takiego namiętnego ukochania grosza, jak w tym dla Polski zaprzepaszczonym społeczeństwie.”

To nie są oczywiście przemyślenia samego autora, a wypowiedzi jego bohaterów lub cytaty ze znalezionych przez dziennikarza źródeł. Niczego to jednak nie zmienia. Reportażysta, zwłaszcza tak sprawny i doświadczony, wpływa na wydźwięk tekstu również przez dobór źródeł i wypowiedzi. Jeśli chce, zawsze może je skontrować zdaniem przeciwnym. Ale ten reporter w tej książce – nie chce. Marcin Kącki prawdopodobnie po prostu nie lubi Poznania.

Miasto grzechu

Kącki nie lubi też Kościoła. Bardzo nie lubi. Rzadko wykorzystywane w polszczyźnie słowo apostazja pojawia się w „Poznaniu” co najmniej kilkanaście razy, odmienione przez wszystkie przypadki. To może dziwić, bo co wystąpienie z Kościoła miałoby mieć wspólnego z reporterską opowieścią o mieście? Tymczasem niemal wszyscy bohaterowie mają tu z Kościołem jakiś problem. A pozytywne postaci to u Kąckiego apostaci i zaangażowane politycznie feministki.

Każdy ma prawo do swojej własnej obsesji, ale jej obecność w „Poznaniu” to kolejny element psujący odbiór całości. Gdybym chciał przeczytać książkę o kryzysach Kościoła, to sięgnąłbym po książkę o kryzysach Kościoła. Biorąc do ręki reportaż o mieście, liczę raczej na przedstawienie… obrazu miasta.

Wróćmy do tytułu. Dlaczego Poznań ma być rzekomo „miastem grzechu”? Tego się nie dowiaduję. Połowa książki traktuje o gejach, ale całość jest tak ewidentnie lewicująca, że nie podejrzewałbym Marcina Kąckiego (przypomnijmy – reportera „Wyborczej”) o uznawanie homoseksualizmu za grzech. Podobnie z opowieścią o in vitro – bohaterka (współpracowniczka „Krytyki Politycznej”), wraz z rodzicami po kryzysie wiary, występuje zdecydowanie jako pozytywna postać. Więc pewnie chodzi o to molestowanie…

– Od mówienia gładko dobrych rzeczy są piarowcy, a ja jestem reporterem i piszę o tym, co mnie gryzie w d*pę, a Poznań mnie gryzie od czasów Wojciecha Kroloppa – mówi Marcin Kącki w wywiadzie dla Gazeta.pl.

No ok, ale to już było. O tym opowiadał „Maestro” (swoją drogą pewna część „Poznania” jest żywcem przekopiowana właśnie z tej książki!). Ciągły powrót do tematu jest najzwyczajniej w świecie nudny. I nic nie wnosi do opowieści o życiu miasta – bo ani ja, ani moi sąsiedzi, ani pani sklepikarka, ani mój trener z siłowni, ani motorniczy tramwaju numer 10, nikt z nas nie molestował nigdy żadnego chórzysty. Prawdziwemu życiu Poznania nie poświęcił Marcin Kącki ani jednej strony – tłucze za to do znudzenia temat apostazji, kryzysu wiary i złego Kościoła.

"Maestro" to jedna z poprzednich książek Marcina Kąckiego. Już wtedy była mowa o "mieście zasłoniętych firanek"...
„Maestro” to jedna z poprzednich książek Marcina Kąckiego. Już wtedy była mowa o „mieście zasłoniętych firanek”…

Jeszcze raz – te teksty są bardzo dobrze napisane. Może powinny znajdować się w książce pod tytułem „Skandale obyczajowe Poznania” i wówczas byłyby lepiej ocenione? Tymczasem łączy je wspólny ogólny tytuł „Poznań”, a ja nadal nie wiem, jakie związki z poznańskością i życiem miasta ma morderstwo geja w średnim wieku, chodzącego do parku na młodych chłopców… Że niby w Rzeszowie, Szczecinie i Wrocławiu takie rzeczy się nie zdarzają?

Pochwała chamstwa

„Poznań. Miasto grzechu” to książka pełna zjadliwości. Momentami mam także wątpliwości co do zachowywania przez autora standardów etycznych. Na przykład długi rozdział poświęcony pisarce Małgorzacie Musierowicz rozpoczyna się takim wstępem:

Otoczony murem dom przy cichej ulicy pod Poznaniem. Wciskam guzik domofonu.
– Zastałem panią Małgorzatę Musierowicz?
– Nie ma pani Musierowicz – mówi przez domofon głos Małgorzaty Musierowicz, charakterystyczny, wysoki i melodyjny.
– A kiedy będzie?
– Wyszła.
– Jestem reporterem, chciałbym…
– …a pan nie wie, że pani Musierowicz od dawna nie udziela wywiadów? – tłumaczy mi głos Musierowicz.
– Ale ja mam tyle pytań…
– Niestety. Do widzenia – kończy głos Małgorzaty Musierowicz.

Czy to osobiste rozczarowanie wpłynęło na nastawienie Marcina Kąckiego do autorki „Jeżycjady”? Długi rozdział o Musierowicz jest bardzo gorzki, pełen uszczypliwości wobec popularnej pisarki. Ale dwa oskarżenia, które reporter wysuwa względem swojej bohaterki, niezbyt mnie przekonują: jednym jest niewystarczające zaangażowanie w kontestowanie systemu za czasów PRL (cóż, różni są ludzie, jedni walczą na ulicach, inni piszą książki dla dziewczynek) oraz wycofanie się pisarki z życia medialnego – według tekstu zamieszczonego w „Poznaniu”, Musierowicz zerwała kontakty z częścią przyjaciół i prowadzi wycofane życie na uboczu. Ale to chyba jej osobista kwestia i święte prawo?

Idźmy dalej. Jeden z ostatnich rozdziałów opowiada o Marii Wicherkiewicz, pisarce. Interesuje się nią, jako kobiecym wzorem wyemancypowanej poznanianki, feministka Lucyna Marzec. W pewnym momencie odkrywa niewygodny politycznie fakt z życia bohaterki, więc z dnia na dzień traci swoje zainteresowanie.

Marcin Kącki rozmawia z wnukiem Marii Wicherkiewicz. Pojawiają się takie wypowiedzi:

– W pamięci o babci zbyt wiele spraw było przemilczanych, dlatego miałem nadzieję, że pani Lucyna Marzec opisze jej historię jako literatki, bo bardzo się interesowała, pytała, szukała dokumentów, ale w pewnym momencie przestała ode mnie odbierać telefon…
(…)
– Przestałam odzywać się do wnuka Wicherkiewiczowej? Może tak było… – Lucyna Marzec podpiera głowę na dłoniach, patrzy w blat.

No i spoko. Czyli dziewczyna wielokrotnie wydzwania do człowieka, prosząc go o o pomoc w dość osobistych sprawach. Wynajduje dokumenty, słucha opowieści rodzinnych. A potem odkrywa, że 70 lat wcześniej Maria Wicherkiewicz posiadała odmienne poglądy od jej własnych (!). Zamiast jednak powiedzieć o tym wprost, staje się niedostępna i przestaje odbierać telefony. Fajny wzór! Prawdziwie wyzwolona kobieta, co to z obyczajami się nie liczy. Tak przynajmniej przedstawia sprawę reporter.

Podobnie postępuje zresztą on sam. Korzysta z pomocy pracowniczki Biblioteki Raczyńskich – wymienionej z nazwiska Reginy Kurewicz. Ta pomaga mu w odnajdywaniu literackich ciekawostek sprzed niemal wieku, a jej nazwisko pojawia się w „Mieście grzechu” 17 razy. Ostatni raz w wyjątkowo negatywnym kontekście antysemitki. Kurewicz dopuszcza się między innymi stwierdzenia: „Poznaniacy nie mogli zapomnieć, że Żydzi podczas powstania stanęli po stronie Niemców”. Na co Kącki: „udaję, że nie słyszę, bo mam tu jeszcze sporo do zrobienia” (!!!).

Później autor nie musi już utrzymywać poprawnych stosunków z bibliotekarką. W wywiadzie dla Gazeta.pl komentuje: – Niech ludzie sami przeczytają, co pewna przedstawicielka poznańskiej elity intelektualnej myśli o Żydach.

Tak się… nie robi. Być może rozmówczyni ma rzeczywiście inne poglądy niż Marcin Kącki, ale przytoczony fragment nie jest aż tak drastyczny, by uwieczniać ją w książce (nie w gazecie codziennej, nie w tygodniku, lecz w książce!) jako podłą antysemitkę. Czyżby reportera, który dla opisania mieszkańców półmilionowego miasta wynajduje cytat „myją się raz w tygodniu” tak bardzo uderzały wcale nie zbytnio drastyczne słowa o współpracy Żydów z Niemcami dokładnie sto lat temu? Wątpliwe – wypowiedź Reginy Kurewicz, odpowiednio opracowana, pasuje po prostu do lansowanego w książce obrazu Poznania jako zatęchłej, antysemickiej, kościółkowej i przegniłej moralnie dziury.

Tymczasem ja mieszkam w Poznaniu i jestem filosemitą.
Kąpię się dwa razy dziennie (moi znajomi raczej też).
Nigdy nikogo nie molestowałem ani nie wykorzystuję seksualnie swojej gosposi.
Mam problemy z rozrzutnością, a nie skąpstwem.
I nie mam w domu firanek.

Może jestem chlubnym wyjątkiem? Zgłosiłbym się, Panie Marcinie, jako ochotnik do następnej książki o prawdziwym Poznaniu. Ale ona i tak nigdy nie powstanie, bo „nie jest Pan piarowcem”. Dlatego wszyscy musimy teraz żyć z przyklejoną łatką centusi, brudasów i ksenofobów.


Zobacz też:

Wilda – sceny z życia dzielnicy
ZNTK Poznań na ślepym torze
Uchodźcy. Ci ze wschodu

Zapraszam także do polubienia Stacji Filipa na Facebooku.

3 komentarzy

  1. prof_klos (Michał Kłosowski) says: Odpowiedz

    Cieszę się, że my, Polacy, cechujemy się czymś, czego nie znają inne zakątki świata. Patriotyzm. Lokalny patriotyzm, duma i zaszczyt, że jestem STĄD (i tutaj pada dowolna nazwa: miasto, miasteczko, wieś, dzielnica, osada, ulica, sektor, a wszystko to w nawiasie przed słowem „POLSKA”).

    Przypomina mi się potężne oburzenie i lincz po słynnej wypowiedzi Bogusława Lindy w Łodzi, gdy rzekł na planie filmu, realizowanego rzeczywiście w jednej z najbiedniejszych, niebezpiecznych i przesiąkniętych patologią dzielnic, że „to miasto meneli”. Mimo wszystko mieszkańcy solidarnie się przeciwstawili aktorowi.

    My, Polacy, zawsze wybronimy swojej kolebki. Nawet gdy przesiąknięta jest złem, kiczem, brudem i prostytucją. Bo tylko TUTAJ jest nam tak dobrze. I w dupie mamy to, co powie ktoś inny. Tylko że tak Polak Polakowi?…

  2. Filipie, Kącki jest przede wszystkim dziennikarzem śledczym i sensacjonistą (co akurat dla mnie nie jeste zarzutem), dlatego naiwny ten, kto po jego książce spodziewał się „Przeowdnika po Poznaniu’. To też nie jest publikacja socjologiczna finansowana przez GUS w stylu, ilu poznaniaków się myje, a ilu doświadczyło molestowania lub od ilu tuszowanych społeczną zmową (mechanizm psychologiczny świetnie opisany na przykładzie rodziców z kręgu Kroloppa!) afer obyczajowych można mówić i „mieście zza firanek”. To, że autor reportaża kreuje konsekwentną wizję świata i wybrał relację z tezą, to jego prawo. Książka jest oczywiście tendencyjna i wybiórcza, ale nie ma się co rozwodzić nad tym, „czy autor nienawidzi Poznania”. Lepiej skupmy się na tym, czy my nawidzimy książkę (bo tylko do niej mamy bezpośredni dostęp). Obraz zatęchłego miasta jest akurat dla mnie przekonujący – niektóre osoby wspomniane lub wypowiadające się w tych minireportażach znam osobiście. O wielu sytuacjach słyszałem z drugiej ręki czasami w sposób, który przeczy tezom książki, a czasami wręcz przeciwnie – dodaje jeszcze pare bardziej soczystych szczegółów. Ta książka nie ma tworzyć dobrego PRu Poznaniowi (w tym najlepiej sprawdzają się sami poznaniacy). A te leitmotifowe firanki pozwalają nie tylko nie widzieć tego, co się dzieje na ulicy, ale także zapomnieć o tym, że okna są ciągle nieumyte. Pozdrawiam i cieszę się, że publikujesz w sieci!

  3. Łukaszu, moje zarzuty wobec tej książki dzielą się na kilka kategorii. Pisanie „pod tezę” jest tylko jedną z nich. Bardziej wstrząsnęły mną na przykład fragmenty opisane w części „Pochwała chamstwa” – uważam po prostu, że tak się nie powinno postępować.

    Opisywanie patologii – tak. Szukanie patologii na siłę, tam, gdzie jej nie ma (vide rozdział o Musierowicz) – nie.

    Oczywiście, że zazwyczaj sięgamy po pióro, kiedy coś nam się nie podoba, coś nami wstrząśnie – czego dobrym przykładem jest… mój powyższy tekst.

    Można jednak napisać książkę o kłopotach i ciemniejszych stronach miasta, nie obrażając zbiorowo jego mieszkańców. Problemem „Miasta grzechu” jest to, że autor usilnie próbuje odpowiedzieć nie na pytanie „jakie są ciemne strony i problemy miasta Poznania”, a na pytanie „jaka jest poznańskość”. Robi to w sposób wyjątkowo krzywdzący, więc stąd moja reakcja.

    Dzięki za pozdrowienia, odwzajemniam! :)

Dodaj komentarz