Rzeką z jesieni do lata. O podróży potężnym Obem

Jest pierwsza połowa września, ale to jeden z ostatnich promów. Za dwa-trzy tygodnie rzeką zacznie spływać kra. Później Ob na dobre skuje się lodem, a łączność ze światem zapewni regionowi tylko helikopter. No i tak zwany zimnik, czyli rzeczna autostrada. Zimowa droga poprowadzona po lodzie.

Już teraz jest bardzo zimno, zwłaszcza nocami. Nie pomagają dwie koszule z długim rękawem, ciepły polar, kurtka wiatrowa, dwie pary grubych skarpet, szalik i wełniana czapka. Nadal trzęsę się z zimna, kiedy muszę spędzić choć kilka minut na zewnętrznym pokładzie statku.

Podróż przebiega przeważnie po Małym Obie, ale czasem prom zawita na chwilę do głównego koryta rzeki. A wtedy brzegi trudno wypatrzeć. Wszędzie tylko woda i leniwie snujące się statki, każdy z dumnie powiewającą rosyjską flagą na rufie.

Ob to w końcu jedna z potężniejszych rzek świata. Zajmuje siódme miejsce w tabeli długości – za Amazonką, Nilem, Jangcy, Mississipi, Jenisejem i Żółtą Rzeką. Mierzy 3650 km, a wraz z Irtyszem, lewym dopływem docierającym do Obu aż z Chin – ponad 5400 kilometrów. W ciągu sekundy przez rzekę w okolicy ujścia przetacza się 12,5 tys. metrów sześciennych wody. Dla porównania – przepływ Wisły jest ponad dwunastokrotnie mniejszy.

Startuję z Salechardu, czterdziestotysięcznej stolicy Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego. To ostatnie miasto, do którego można się dostać bez przepustki od Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Na północ rozciągają się strategiczne odkrywki gazu ziemnego, dzięki którym Rosja może potem szantażować pół Europy.

Moja trasa prowadzi jednak na południe. Wbrew prawu natury – z jesieni do lata. Cała syberyjska północ mieni się czerwonozłotymi kolorami przedzimia, podczas gdy na południu temperatura wciąż sięga dwudziestu kilku stopni. Różnicę robi każde kilkanaście kilometrów. Drzewa stają się coraz większe i coraz bardziej zielone.

Salechard – Muży – Bieriozowo – Priobie, a dalej pociągiem wzdłuż Uralu, aż do Jekaterynburga. Siedem dni podróży, w tym trzy na promie.

Opisywana trasa
Opisywana trasa
Ob momentami przypomina raczej morze, niż rzekę. To zdjęcie nie jest zrobione z brzegu, a z pokładu promu
Ob momentami przypomina raczej morze, niż rzekę. To zdjęcie nie jest zrobione z brzegu, a z pokładu promu

Nocni goście

– Ze mną się nie napijesz? – szczerzy się Sieroża. Razem z Sierożą cieszą się jego kumple. Wyciągają na stół butelkę samogonu, ale ja odmawiam. Raz, że nienawidzę nawet zapachu wódki i żadne podróżnicze konwenanse nie zmuszą mnie do raczenia się tą trucizną. Dwa, że jestem zupełnie sam, mam dwadzieścia lat, a w plecaku cały podróżniczy dobytek. Trzy, że chłopaki sami sobie pędzą ten bimber, nie wiem z czego i w jakich warunkach, tymczasem do najbliższej cywilizacji mam parę dni drogi. Cztery, że jestem na antybiotykach, czym zasłaniam się, pokazując opakowanie tabletek. Ten argument jakoś dociera do Sieroży – gorzej mogłoby być z powodem numer jeden.

– To chociaż zrób nam zdjęcie na pamiątkę – chłopak powraca za pół godziny, ciągnąc za rękę niewysoką blondynkę. – To moja kobieta – oboje uśmiechają się do obiektywu.

Sierioża ze swoją wybranką pozują na górnym pokładzie promu
Sierioża ze swoją wybranką pozują na górnym pokładzie promu

W miejscowości Muży, sto sześćdziesiąt kilometrów na południe od Salechardu, koło przystani stoją policjanci. Skryli się za rogiem drewnianego budynku, polując na łamiących przepisy kierowców. To o tyle ciekawe, że Muży są zupełnie odcięte od świata, przynajmniej w sensie dojazdu drogami lądowymi. Rozciągłość wsi wynosi około trzech kilometrów, a dalej już tylko woda i las. Aut jest więc niewiele – jedyny pożytek mogą przynieść zimą, kiedy zamarznie rzeka.

Wsie, rozrzucone z rzadka w tym rejonie, dzielą się na kilka kategorii dostępności. Są takie miejsca, gdzie prom przypływa codziennie, a wtedy tylko kilka lub kilkanaście godzin podróży dzieli mieszkańców od cywilizacji i połączenia lotniczego z Moskwą. Z tych „głównych” osad odpływają jednak mniejsze stateczki, zazwyczaj raz albo dwa razy w tygodniu. W powolnym tempie przełamują fale odnóg Obu, by w końcu dotrzeć do maleńkich siół, zamieszkanych niemal wyłącznie przez rdzenne plemiona. Stamtąd pozostaje już tylko prywatna łódź, która zawieźć może do położonych nad brzegami potoków pojedynczych jurt. Tam czas zdaje się nie mieć najmniejszego znaczenia.

Muszę znaleźć miejsce do spania. Nocą promy nie pływają, a jedyny hotel w Mużach kosztuje niemal trzysta złotych za dobę. O spaniu na podłodze za mniejszą stawkę nikt nie chce słyszeć. Idę więc na przystań, choć temperatura spada poniżej zera. Spróbuję przetrwać noc w nieocieplonym, ledwie zadaszonym budynku poczekalni. Plecak przywiązuję dokładnie do jednej z ławek – jeśli ktoś chciałby go w nocy zabrać, niechybnie mnie obudzi.

Na kuchence gazowej robię herbatę do termosu – zawsze to jakieś dodatkowe ciepło. Potem, nie zdejmując kurtki, wpełzam do śpiwora. Próbuję zasnąć, gdy… nagle drzwi poczekalni otwierają się z hukiem. Do środka wpadają dwie dziwne postacie, obie zakapturzone. Pierwszy intruz ma sporą brodę i kieruje się w moją stronę; ręce odruchowo wyszukują w kieszeni nóż. Brodacz jednak przystaje dwa kroki ode mnie, krzycząc: – Jesteś Polakiem?! Z Poznania?! – Za chwilę już nieco spokojniej: – Marina z Salechardu dzwoniła, że przyjedzie tu taki. Od godziny szukamy cię po całej okolicy!

Nieogrzewana przystań w miejscowości Muży
Nieogrzewana przystań w miejscowości Muży
Muży - krajobraz nad Małym Obem
Muży – krajobraz nad Małym Obem

Lenin na saniach

Tak trafiam do Żeni i jego chantyjskiej żony Ludmiły. Ciepła kolacja w środku nocy po raz kolejny pozwala mi docenić niezrównaną wschodnią gościnność. Później gospodarze uraczą mnie również solidnym zapasem konfitur na drogę, syberyjskimi orzeszkami cedrowymi i miejscowymi gazetami napisanymi w języku chantyjskim – na pamiątkę. Ale to długa rozmowa z serdecznym małżeństwem zostanie w pamięci najdłużej. Jewgienij, urodzony w Estonii, jest prawdziwą etnograficzną skarbnicą wiedzy. W końcu z jakiegoś powodu przyjechał tutaj, do małej wioski położonej wśród lesotundry. Ten powód, oprócz wielkiej miłości do Chantyjki, to praca w lokalnym muzeum etnograficznym. – Ostatnio mamy nawet sporo zagranicznych turystów – opowiada Żenia – mniej więcej jedna grupka raz na dwa miesiące. – Ostatnio byli Finowie, to chociaż dało się z nimi porozumieć, bo gospodarz, jako rosyjski Estoniec i mąż Chantyjki, zna nieco języki ugrofińskie.

Zresztą, w rozmowach z Ludmiłą, mężczyzna posługuje się na przemian językiem rosyjskim i chantyjskim. Mowa Puszkina pełni na tych terenach rolę międzynarodowej, podobnie jak angielski w zamieszkiwanej przez wiele narodów Republice Południowej Afryki. Wszystkie lokalne ludy posługują się swoimi narzeczami, natomiast rosyjski pozwala załatwić sprawy urzędowe, wymagające kontaktowania się z ludźmi spoza własnego plemienia. Tradycje wpływają również na lokalną modę – Chantyjki po dziś dzień chodzą w tradycyjnych, bogato zdobionych strojach. Zwłaszcza podczas podróży, by z dumą zaprezentować swoje nierosyjskie korzenie.

Gospodarz był kiedyś cerkiewnym ministrantem, ale obecnie, co rzadko spotykane na tych terenach, Ludmiła i Żenia są protestantami. Przed posiłkiem – modlitwa po chantyjsku. Na półkach książki chińskich i tybetańskich mędrców, nauki Konfucjusza w głowie.

Następnego dnia idziemy do muzeum. Żenia z dumą pokazuje mi zachowane w doskonałym stanie bizantyjskie wazy i patery. To szokujące, że w czasach świetności wschodniego Rzymu szlaki handlowe wiodły tak daleko na północ, tam, gdzie nawet w dzisiejszych czasach trudno jest się dostać! W gablotkach wystawiono też zęby mamuta. Niestety te fascynujące znaleziska tkwią gdzieś w czeluściach dalszych i mniejszych sal, podczas gdy główne pokoje wypełniono nienajlepszymi malowidłami lokalnych malarzy. Jest też ściana z wodzem rewolucji – obrazy przedstawiają Lenina w jurcie albo Lenina jako świętego Mikołaja, na saniach prowadzonych zaprzęgiem reniferów. Wreszcie docieramy do sali podarunków od mieszkańców, w której podziwiać można radzieckie aparaty fotograficzne, gramofon, a także dumnie eksponowany „telefon komórkowy Fly, 2006 rok” podarowany przez uczennicę piątej klasy miejscowej szkoły podstawowej.

Na pożegnanie mój przewodnik podchodzi do jednej z gablot, po czym bierze w dłonie wspomniany ząb mamuta, zwracając się do mnie z uśmiechem: – Masz, potrzymaj! Zobacz, jaki ciężki i gładki! Tylko nie upuść…

"Lenin w jurcie"
„Lenin w jurcie”
Lenin na saniach ciągniętych przez renifery przypomina trochę Świętego Mikołaja
Lenin na saniach ciągniętych przez renifery przypomina trochę Świętego Mikołaja
Telefon komórkowy Fly eksponowany na wystawie w miejscowym muzeum
Telefon komórkowy Fly eksponowany na wystawie w miejscowym muzeum

Monotonia tajgi

Tego dnia codzienną monotonię życia w wiosce przełamuje przybycie pływającego sklepu. Aby żaden z mieszkańców nie mógł o tym zapomnieć, w całej wiosce rozlepiono plakaty reklamowe: „6-9 września działa pływsklep B-570. Szeroki asortyment towarów, produkty spożywcze. Otwarte od 9 do 21″.

Pływsklep składa się z trzech stateczków, na pokładzie których można wypatrzeć arbuzy, śliwki, pomidory… Jest też kiełbasa krakowska, ale wytwarzana w Rosji (analogicznie do ruskiego szampana produkowanego w Toruniu). Produkty z dalekiego południa. To dla mieszkańców Muż ostatnia szansa, aby spróbować tegorocznego arbuza. Wkrótce spływanie po rzece stanie się niemożliwe i dopóki Obu nie skuje gruby lód, wioska zostanie odcięta od świata.

Tymczasem można pływać, więc wsiadam na wodolot do Bieriozowa. Dalsza podróż przebiega dość żmudnie. Prom snuje się po rzece, podpływając to do jednego brzegu, to do drugiego. Ta przygoda życia momentami bywa boleśnie monotonna. Krajobraz wciąż ten sam, a książki czytają się zbyt szybko. Wziąłem dwie: „Metro 2034” Dmitrija Głuchowskiego i „Zeszyty don Rigoberta” Mario Vargasa Llosy. Żeby nie skończyć ich przed zejściem na stały ląd, każdą stronę czytam powoli – to trudne zwłaszcza w przypadku „Metra”, którego akcja toczy się naprawdę wartko. W przerwach między rozdziałami układam pasjansa na wolnych siedzeniach. Jest zimno.

Przed dopłynięciem do Bieriozowa, zaznajamiam się z kilkuosobową rodziną podróżującą do Moskwy. Dziś nie pamiętam już ich imion. Wiem, że spaliśmy obok siebie na podłodze ogrzewanej (!) przystani w Bieriozowie, a na śniadanie dostałem od nich ugotowane jajko.

Mijamy Niżnie Narykary, Pieregrebnoje, wreszcie Szerkały… Tam musimy przesiąść się na mniejszy stateczek. Kilkadziesiąt osób schodzi na dolny pokład malutkiej krypy. W tłoku przynajmniej robi się cieplej. Na dziesięć minut przed przybyciem do Priobia kończę „Zeszyty don Rigoberta”.

Sklep-statek przybył do nabrzeża Muż
Sklep-statek przybył do nabrzeża Muż

Helistop

Priobie to już cywilizacja – do wsi doprowadzono linię kolejową. Bezpośrednim pociągiem można się dostać do Jekaterynburga, a nawet Moskwy. Ja pojadę stąd do Sierowa, niewielkiego miasta na zboczach Uralu, które kilka lat później stanie się słynne z powodu rytualnego spalenia fekalnego stalagmitu.

Czekając na pociąg, zwiedzam Priobie. Trafiam między innymi na lądowisko helikopterów. Droga powietrzna to druga możliwość dotarcia do wiosek rozrzuconych w dorzeczu Obu. Korzystają z niej ci, którym naprawdę się spieszy, albo ci, którzy mają pieniądze. Nagle przychodzi mi do głowy śmiała myśl…

– Panie, nie zabierzesz pan gdzieś na stopa? – krzyczę do pilota. – No, helistopa!
– Nie ma takiej opcji – odpowiada pilot.
– No proszę, jak się wolne miejsce znajdzie… Pomóż pan studentowi.
– A dokąd chcesz lecieć? – pilot zdaje się nieco łamać.
– Gdziekolwiek. Dokąd pan leci?
– Na północ, do Muż.
– Do Muż? A potem?
– Potem mamy pełny kurs, więc już z nami nie wrócisz. Następny lot za tydzień.

Odchodzę więc, wlokę się na pociąg z nosem spuszczonym na kwintę… Czy parę godzin niesamowitej przygody jest warte kolejnych dwóch dni spędzonych na promie, płynącym w dodatku znaną już trasą? Książki przeczytane, pasjans ułożony z trzydzieści razy. Trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić. W planie podróży mam przecież jeszcze leśne tramwaje Wołczańska i wizytę w najbrudniejszym mieście świata. Ale o tym kiedy indziej.

Podróż miała miejsce we wrześniu 2011 roku.

Priobie - lądowisko helikopterów
Priobie – lądowisko helikopterów
Priobie - lądowisko helikopterów
Priobie – lądowisko helikopterów
Chantyjskie pasażerki promu
Chantyjskie pasażerki promu
Po drodze na południe
Po drodze na południe
Pływające po Obie promy to stare radzieckie wodoloty "Meteor"
Pływające po Obie promy to stare radzieckie wodoloty „Meteor”
Opuszczony statek stoi na nadrzecznej nizinie w Mużach
Opuszczony statek stoi na nadrzecznej nizinie w Mużach
Porozlepiane w całej wsi plakaty informują o przybyciu pływającego sklepu
Porozlepiane w całej wsi plakaty informują o przybyciu pływającego sklepu
Daleko od jakiejkolwiek linii kolejowej, w centrum Muż stoi kilka złączonych ze sobą wagonów. To miejscowa elektrownia
Daleko od jakiejkolwiek linii kolejowej, w centrum Muż stoi kilka złączonych ze sobą wagonów. To miejscowa elektrownia

Zobacz też:

Nie tylko sushi, czyli surowa ryba na stole
Akarmara. Ruskie safari
Za Republikę!
Pociągiem z miasteczka Bełz

Zapraszam także do polubienia Stacji Filipa na Facebooku.

6 komentarzy

  1. Michał Kłosowski says: Odpowiedz

    Przepiękna relacja. Można rzec – moje marzenie. Otóż zawsze marzyłem o rejsie promem przez kraj, o wielu dniach przygody. Tymczasem tutaj promem okazuje się być nieco oszukany wodolot zasilany, jak mniemam, silnikiem spalinowym?
    Jaką to przygodą musiały być rejsy parostatkiem z Krakowa po Wybrzeże, o których tyle słuchałem ze starych, dziadkowych relacji, opowieści pełnych emocji…
    Niesamowite, że są na świecie miejsca, gdzie taka komunikacja stanowi pewien trzon transportu! Jak wygląda wnętrze takiego promu, bo śmiem twierdzić, że dalece mu do komfortowego statku parowego znanego chociażby z filmu „Rejs”? Czy pokład zawiera się jedynie na siedziska dla pasażerów oraz przedział sanitarny? Wnioskuję że tak, skoro noc musiałeś spędzać na zimnej, nieogrzewanej przystani.
    Opuszczona barka (fotografia) – pełen urok! Nie ma chyba niczego bardziej ujmującego za ducha podróżnika, niż opuszczony wrak, osiadły gdzieś na glebie wpleciony w gęstą roślinność w miejscu gdzie niegdyś docierała woda.
    Pozwoliłem sobie „ściągnąć na tapetę” w urządzeniu fotografię z szarówkowej przystani! Pobudza emocje, wyobraźnie i tym większy żal, że „parostatków na Wiśle” już nie ma…

    Z serdecznym pozdrowieniem i podziękowaniem za wspaniały tekst!

    1. Dzięki za tak miły komentarz :) Rzeczywiście, opuszczony wrak osiadły na glebie robił piorunujące wrażenie, tym bardziej, że za nim rozciągał się bardzo szeroki krajobraz bez żadnych oznak działalności człowieka…

      Wnętrze promu wyglądało dość klasycznie. Rzędy siedzeń, jakaś ciasna toaleta, w sumie tyle. Było zimno i raczej mało przytulnie ;)

  2. buba says: Odpowiedz

    Ale super przygoda! Marzy mi sie cos takiego! Acz ja bym chyba poleciała tym helikopterem! I splynela kolejne dwa dni promem! Chyba bym sie nie nudzila! Poki co wiem , ze 5 dni gapienia sie w morze mi nie przeszkadzalo zupelnie – wiec moze i w rzeke by sie dalo? zwłaszcza ze rzeka chyba jednak bardziej urozmaicona! No chyba ze zimno bylo tak dotkliwe, ze marzyles tylko o tym aby uciekac na poludnie :) A z tą wodka to mnie zastrzeliles! Naprawde! Bylam pewna, ze kazdy pasjonat wschodu automatycznie lubi wódke/samogon itp. A jak widac nie. Czlowiek uczy sie cale zycie! :)

  3. buba says: Odpowiedz

    A masz moze jakies zdjecia wnetrza promu i przystani? Strasznie jestem ciekawa jak to tam wyglada!

    1. Niestety nie mam… Pluję sobie w brodę, że byłem taki młody i głupi. Teraz fotografuję wszystko jak leci, „na wszelki wypadek”, po tym, jak kiedyś musiałem pożyczać od kogoś zdjęcia wnętrza wagonów płackartnych, którymi przecież jeździłem dziesiątki razy…

      Widzisz, ja za alkoholem w ogóle nie przepadam, jak już to piwo/wino w ilościach kulturalnych, wódką można by mnie torturować ;)

      1. buba says: Odpowiedz

        A nalewki? :P

Dodaj komentarz