Wróżenie ze śmieci

– 41,98. Czy kartę Biedronki?
– Słucham?
– No, czy kartę Biedronki.
– Nie. Ale za to siatkę poproszę.
– To jeszcze pięćdziesiąt groszy.
– Aż tyle?!
– A co, za drogo?
– Nie, właśnie bardzo dobrze.

Kasjerka patrzy na mnie jak na kosmitę. Po moim zdziwionym „aż tyle?” oczekiwała pewnie litanii narzekania na drożyznę i siatkową dyskryminację. A ja bym jeszcze podniósł ceny. Dwa złote za siatkę przy obecnych cenach w sklepach (trudno mi wyjść z dyskontu, nie zostawiając tam przynajmniej trzydziestu złotych) to wcale nie przesada.

Myślę o tych biednych żółwiach. Serio. I o rafach koralowych, zaklejonych plastikiem. O umierającym Morzu Bałtyckim. Tylko… Nawet jeśli mielibyśmy płacić po dziesięć złotych za małą siateczkę – czy to coś da?

Kwestia skali

Ho Chi Minh City, Wietnam. Stoję nad rzeką Sajgonką (Saigon River, ale po polsku Sajgonka brzmi lepiej) i obserwuję przepływające śmieci. Nowa śmieciowa kępa nadpływa co kilkanaście sekund – odpadki, skotłowane wraz z rzecznymi wodorostami, tworzą malowniczą mozaikę resztek współczesnej cywilizacji. Można sobie powróżyć – jeśli przypłynie opona, to w przyszłym roku kupię samochód. A jeśli pusta puszka po dezodorancie, to powinienem wziąć kąpiel.

Odpadki płynące Saigon River. Co chwilę przepływa nowa kępa śmieci, wymieszanych z rzecznym zielskiem
Odpadki płynące Saigon River. Co chwilę przepływa nowa kępa śmieci, wymieszanych z rzecznym zielskiem
Zatoki i brzegi są pełne syfu
Zatoki i brzegi są pełne syfu

Gdybym mieszkał w wietnamskich slumsach i chciał umeblować swój dom, wybrałbym się właśnie nad rzekę. W zatokach Sajgonki można znaleźć absolutnie wszystko. Dykty i sklejki, płachty styropianu, stare buty, plastikowe butelki każdej wielkości… Dobry antropolog mógłby napisać pracę doktorską o wietnamskim stylu życia tylko na podstawie analizy znalezionych w rzece odpadków.

O wietnamskim? Ale czy rzeki w Indiach wyglądają lepiej? A w Peru? A w Czarnej Afryce? A w Polsce?

W Polsce może rzeczywiście wyglądają lepiej (na ich podstawie nie dałoby się napisać antropologicznej pracy doktorskiej, co najwyżej skromny licencjat), ale nie mamy też powodów do radości. Po pierwsze – również śmiecimy. Kto był na brzegach Warty w Poznaniu, kiedy późną wiosną w celach godowych pojawiają się na nich studenci, ten zna temat. Wrzucenie pustej butelki do wody to świetna zabawa – ciekawe, jak daleko poleci? Kto zabiera śmieci ze sobą, ten frajer. I dobrze wiem, o czym piszę, bo jeszcze parę lat temu sam to przeżywałem (nie przypominam sobie ani jednego śmiecia wrzuconego przeze mnie do wody, ale często brakowało mi jaj, żeby skutecznie zwrócić uwagę imprezowemu towarzystwu).

Po drugie jednak, a to problem dużo poważniejszy, wszystko zależy od skali. W Polsce mieszka trzydzieści osiem milionów ludzi. Niektóre miasta trzeciego świata (czy też może bardziej prawidłowo – nowego świata) powoli doganiają cały nasz kraj pod względem liczby ludności. Zakładając, że Polacy mają nieco lepiej rozwiniętą świadomość ekologiczną, spróbujmy się zastanowić: ile śmieci wyląduje codziennie w polskich rzekach, a ile w rzece przepływającej przez niemal trzydziestomilionowe Delhi?

Tymczasem takich miast są na świecie tysiące. Ilu ludzi mieszka w Bangkoku, Lagos, Nairobi, Hongkongu, Bombaju, Dżakarcie, Omdurmanie, Manaus i setkach innych ogromnych metropolii, o których mało kto słyszał? Czy Somalijczycy z ogarniętego chaosem Mogadiszu albo ledwo przeżywający kolejny dzień mieszkańcy filipińskich slumsów mają czas, ochotę i wiedzę, aby zastanowić się, czy wyrzucany przez nich odpadek nie spłynie czasem do oceanu?

To właśnie kwestia skali. Cała świadoma ekologicznie Skandynawia jest mniej ludna od jednej, wcale nie największej azjatyckiej metropolii.

A turyści? Na rajskie plaże Bali i Mauritiusu co roku trafiają setki tysięcy westernersów, zachęconych przez podróżnicze blogaski do odwiedzenia dalekich stron. Niektórzy z nich mają wywalone na kwestie ekologii, bo nie po to jadą na wakacje, żeby segregować śmieci. Inni przejmują się tematem i w życiu nie wyrzucą papierka na plażę, ale przecież też produkują śmieci, a nie mają żadnego wpływu na działalność miejscowych śmieciarek i wysypisk.

Potem chcą ponurkować…

Śmieci w rzece w centrum Sajgonu
Śmieci w rzece w centrum Sajgonu

Worek dziennie od każdego

Czy zatem segregacja śmieci i wyrzeczenie się korzystania z plastikowych siatek ma jakikolwiek sens? No ma. Bo żal mi morskich żółwi na rafach koralowych, ale ogarnia mnie też smutek, kiedy pomyślę o losie sarenek, dzików i łosi w polskich lasach. To znaczy dzików i łosi jest mi już trochę mniej żal, bo prawie wszystkie są przecież wystrzelane. No ale jak na miejscu dawnego lasu będziemy stawiać nowy aquapark albo osiedle jednakowych domków, to też byłoby fajnie, żeby nie trzeba było najpierw wywozić śmieci, prawda?

Powróćmy jeszcze raz do kwestii skali, tym razem w ujęciu lokalnym. Ile śmieci produkujesz każdego dnia – worek? Pół worka? Dwa worki? Przemnóż to przez liczbę mieszkańców twojej klatki schodowej/ulicy/wsi. Efektem obliczeń będzie góra odpadków wytwarzanych tylko w najbliższym sąsiedztwie. Każdego dnia. A przecież jest nas w kraju trzydzieści osiem milionów! Jaką powierzchnię zajmują odpadki wytwarzane codziennie tylko w jednej, nienajwiększej przecież Polsce – boiska piłkarskiego? Dwóch osiedli? Małego miasteczka? A mówimy tylko o odpadach z gospodarstw domowych, bez nawiązania do przemysłu i handlu.

Ten tekst jest smutny i nie zawiera happy endu. Artykułem na blogasku nie uratuję wszystkich żółwi, sarenek, ani ekologicznej dziewiczości rzeki Sajgonki. Ale trzeba o tym mówić, konkretnie i rzeczowo, żeby zdjąć z tematu idiotyczne odium ekoterroryzmu. Jeżeli każdy z nas nie weźmie codziennie choć jednej reklamówki, to mamy o trzydzieści osiem milionów śmieciowych siatek mniej. A jeżeli przez osiem ostatnich lat Polki i Polacy braliby codziennie o jedną reklamówkę mniej, to do środowiska nie trafiłoby ich aż 108224000000 sztuk.

Okolice torów kolejowych w rumuńskim Banacie. Fakt, że zatrzymuje się tu pociąg, jest chyba wystarczający, żeby wyrzucić pustą butelkę za okno
Okolice torów kolejowych w rumuńskim Banacie. Fakt, że zatrzymuje się tu pociąg, jest chyba wystarczający, żeby wyrzucić pustą butelkę za okno

Zobacz też:

Tokio – sen szalonego społecznika
Ruch uliczny w Wietnamie. Jak przejść przez ulicę i nie dać się zabić?
Uczta z odzysku
(Szy)szkodniki drzewne, czyli o pustynnieniu polskich miast

Zapraszam także do polubienia Stacji Filipa na Facebooku.

1 komentarz

  1. prof_klos (Michał Kłosowski) says: Odpowiedz

    I pomyśleć, że jeszcze w latach 90. było… ekologicznie: do sklepów uczęszczaliśmy z koszami wiklinowymi albo siateczkami z tworzywa sztucznego, zaś pieczywo czy mięsiwo pakowano w papierowe arkusze, które służyły jednocześnie za… rachunek, na którym sprzedawca sumował długopisem kwotę zamówionych towarów.

    Lamówki przyszły do nas wraz z otwarciem „na cywilizowany Zachód”, wraz z marketami. Co gorsza, absolutnie każdy codzienny towar spożywczy pakowany jest w tworzywo sztuczne. Spalanie tego generuje toksyny, rozkładać to to się nie chce, a utylizacja stanowi biznes.

    Marny los sobie gotujemy. Cywilizowany świat to skaza Ziemi. Minione sto lat dało popalić powierzchni naszego globu lepiej, niż wszystkie miliardy lat jego bytu…

Dodaj komentarz