Min-Kusz: życie na beczce uranu

– Jakie bzdury! – denerwuje się doktor Oleg Niekrytow. – Trzydzieści lat tu żyjesz i nagle boisz się o zdrowie swoich dzieci?

Doktor krzyczy do trzymanego w dłoni telefonu. Na ekranie – artykuł o jego rodzinnym mieście. A w nim wypowiedź sąsiadki: – Jeśli to otworzą, wszyscy możemy ucierpieć. Boimy się.

Oleg Pietrowicz jest wściekły, bo podobne wypowiedzi przekreślają wszystkie wieloletnie marzenia. – Przejdź się po mieście i sam zmierz, czy rzeczywiście jest się czego bać – zachęca.

Gdyby nie Tujuk-Suu i jego ponura sława, doktor zrobiłby z miasta turystyczny raj. Ale Tujuk-Suu nie daje o sobie zapomnieć. Miejscowy problem, który ściągnął tu specjalistów z całego świata i nielicznych pasjonatów turystyki ekstremalnej, jednak skutecznie odstraszył wszystkich pozostałych. Problem, który – niewłaściwie leczony – może się wkrótce stać problemem połowy kontynentu.

Min-Kusz - rodzinne miasto doktora Niekrytowa
Min-Kusz – rodzinne miasto doktora Niekrytowa

Doktor

Jest rok 1963. Oleg Pietrowicz Niekrytow przychodzi na świat w tym samym szpitalu, któremu później poświęci prawie całe swoje życie zawodowe. W owych czasach to jedna z najlepszych placówek w okolicy. Miasto żyje wyjątkowo dobrze, bo przyznano mu specjalny, moskiewski status ekonomiczny: tak w ZSRR określa się miejsca, które otrzymują najlepsze towary do sklepów i rzadko doświadczają powszechnego w całym kraju deficytu. – Do dziś pamiętam piramidy mleka w puszkach, lady pełne konserw, wystawy dżinsów, nowe buty w sklepach. Były nawet kubańskie cygara, których nigdzie indziej nie widziałem – wspomina Oleg Pietrowicz. – Żeby zrobić zakupy, przyjeżdżali do nas ludzie z połowy Kirgistanu. Nawet ze stolicy, bo we Frunze [dzisiejszy Biszkek] też nie było wszystkich towarów, które przychodziły do nas. Wszystko z powodu uranu…

Moskiewski status daje miasteczku nie tylko dostęp do najlepszych towarów, ale także znakomite kadry. Młodego Olega przygotowują do życia nauczyciele między innymi z Moskwy i Petersburga. Dzięki nim przyszły lekarz nie będzie miał żadnych problemów, aby dostać się na studia medyczne w stolicy. Póki co, uczy się czytać i pisać, a jego ojciec rozbudowuje miasto: spod ręki inżyniera Piotra Niekrytowa wyrastają domy mieszkalne, pałac kultury, linie energetyczne. Kilkadziesiąt lat później Oleg będzie spoglądać, jak dzieło życia ojca obraca się w ruinę.

Koniec Związku Radzieckiego zastaje Olega Pietrowicza na studiach medycznych w Biszkeku. Sześć lat studiów i dwa lata specjalizacji. Później – staż w prestiżowym Narodowym Centrum Kardiologii im. Akademika Mirrachimowa. Po studiach, już jako obywatel niepodległego Kirgistanu, doktor powraca do rodzinnego miasteczka. A tam dzieje się źle: – Dawniej w naszym szpitalu przeprowadzano wszystkie specjalistyczne operacje. Mieliśmy w pełni wyposażony i nowoczesny, jak na tamte czasy, oddział chirurgiczny. Była świetna anestezjologia, zatrudnialiśmy dobrych lekarzy. A tu nagle wracam i słyszę, że dostaliśmy zakaz przeprowadzania poważnych operacji… Wszystkich chorych w ciężkim stanie przykazano odsyłać do rejonowego szpitala w Czajeku. Nie zgodziłem się na to. Powiedziałem: „piszcie na mnie skargi do ministerstwa zdrowia albo i choć do samej Moskwy, a ja dalej będę ludziom nieść pomoc. Zanim chory dojedzie polną drogą do waszego Czajeka, to zdąży trzy razy umrzeć w karetce”. Bo taka prawda. Czy tylko oni mają prawo ratować życie ludzkie? – retorycznie pyta Oleg Niekrytow.

Dzisiaj, po niemal trzydziestu latach stażu, doktor pracuje na jeden i jedną czwartą etatu. Zarabia nieco więcej, niż jego koledzy po fachu z innych szpitali Kirgistanu, bo służba w oddalonej od cywilizacji placówce jest traktowana jako specjalne warunki pracy. Jego miesięczna pensja wynosi trzynaście tysięcy somów (około siedmiuset złotych).

– Trochę mi wstyd za moje państwo – przyznaje mężczyzna. – Wszyscy dobrzy lekarze powoli od nas wyjeżdżają. Do Kazachstanu, Rosji, Turcji, Unii Europejskiej. Połowa moich kolegów ze szpitala w Biszkeku pracuje dzisiaj w Astanie. Mówi się, że mają podnosić lekarzom pensje, ale ja w to nie wierzę. Budżet się nie rozciągnie. Jeżeli będą nam płacić więcej, to wzrosną podatki i ceny wszystkich codziennych artykułów. Wyjdzie na to samo…

Oleg Niekrytow na swojej pasiece
Oleg Niekrytow na swojej pasiece

On nie wyjedzie. Pozostanie wierny swojemu miastu i swoim pacjentom. Wykładowcy z Biszkeku – koryfeusze medycyny – nauczyli Olega Pietrowicza, że są w życiu lekarza ważniejsze ideały, niż dobra płaca. Poza tym drogę wskazuje mu…

Bóg

– Każdy człowiek powinien wierzyć w Boga. Każdy powinien znaleźć ku niemu swoją drogę. Nie mam nic przeciwko jakiejkolwiek religii. Jeżeli człowiek sprzeciwia się diabłu, to już dobrze. Dlatego nie będę mówił o tym, że są lepsze i gorsze religie, że islam jest najlepszy i pochodzi prosto od Boga, chociaż tak jest w rzeczywistości…
– Islam?
– Oczywiście.
– Przecież jest pan etnicznym Rosjaninem. Myślałem, że mówi pan o Bogu prawosławnym.
– A widzisz tu gdzieś jakąś cerkiew?
– To dlatego przeszedł pan na islam? Bo w małej, ściśle muzułmańskiej społeczności łatwiej tak żyć?
– Nie, źle rozumiesz. To nie jest tak, że łatwiej jest żyć z islamem. Łatwiej żyć z Bogiem w sercu.

Nad stołem zapada chwilowa cisza. Oleg Pietrowicz zajada ciężki temat plastrami miodu. Do rozmowy wtrąca się Gulnara, żona doktora: – Sam rozumiesz, że w Związku Radzieckim religia nie miała prawa istnieć. Dlatego trudno powiedzieć, żeby Oleg był wychowany w wierze. Ja sama jestem muzułmanką, ale to bardziej tradycja, zwyczaje przodków… Religia dopiero teraz powraca jako istotny temat.

Dwieście metrów za blokiem, w którym mieszkają Niekrytowowie, trwa budowa meczetu. To pierwsza nowa budowla, jaka od lat powstanie w mieście, do tej pory budowanym według sowieckich standardów.

Tymczasem doktor Niekrytow kończy żuć plaster miodu i powraca do rozmowy: – Każdy człowiek ma w życiu takie momenty, kiedy zabłądzi. Ślepa uliczka, nagle nie ma wyjścia, choćbyś nie wiem jak go szukał. Nikt nie może ci pomóc, wszyscy się od ciebie odwracają. Zostajesz tylko ty i twój problem. Nie powiedziałbym, że wcześniej nie wierzyłem w Boga. Ale dopiero wtedy poczułem, że tylko on jest mi w stanie pomóc. Powiedziałem „oprócz ciebie nikogo nie mam. Pomóż mi, a już nigdy nie zwątpię”. I on mi pomógł.

– Może jeszcze temu miastu pomoże – wzdycha żona doktora.

Po raz pierwszy w swojej historii Min-Kusz będzie miał świątynię z prawdziwego zdarzenia (dziś istnieje tam jedynie prowizoryczny blaszany meczet)
Po raz pierwszy w swojej historii Min-Kusz będzie miał świątynię z prawdziwego zdarzenia (dziś istnieje tam jedynie prowizoryczny blaszany meczet)
Miejski cmentarz położony jest spektakularnie na stromym zboczu
Miejski cmentarz położony jest spektakularnie na stromym zboczu

Gulnara

Krząta się po kuchni, co chwilę wystawiając na stół kolejny talerz z domowymi specjałami. Wyłożyła już plastry miodu, konfitury z berberysu i domowe bułki. Teraz sięga po sezamowe chlebki.

– Też mam swoją historię nawrócenia. To miejsce dało mi nowe życie. Kiedy odnalazł mnie Oleg, byłam na skraju śmierci.

Przeżyłam z poprzednim mężem 25 lat. To bardzo utalentowany człowiek, narodowy artysta Kirgistanu. Wystawiał swoje prace na całym świecie: w Moskwie, Belgii, Stanach Zjednoczonych. Ale żyło się z nim trudno. Głowa w chmurach, oderwany od rzeczywistości. Nie wiedział nawet, ile kosztuje paczka cukru. Swoich prac nie chciał sprzedawać, musiałam robić to za niego, wyrywać obrazy niemal siłą. W końcu na stół trzeba mieć co postawić, Sanżarowi kupić buciki…

Potem zaczęłam pracę w organizacji międzynarodowej. Zarabiałam doskonale, nawet dziesięć razy więcej niż średnia krajowa w tym okresie. Ale z mężem było coraz gorzej. Dużo pił, jak to artyści. A później zaczął tracić wzrok i stał się jeszcze bardziej nieznośny. Mówiliśmy mu, żeby odstawił alkohol, bo tylko pogarsza sprawę. Ale on wiedział lepiej… No i oślepł. A wówczas poddał się całkowicie. Nawet do toalety nie chciał samemu iść! Siedział i kazał się wysługiwać we wszystkich czynnościach.

W końcu byłam tym tak wykończona, że trafiłam do szpitala. Znalazłam się na granicy śmierci, część organów praktycznie przestała działać. Lekarze mówili, że muszę poddać się operacji. Mnie było już wszystko jedno, chciałam położyć się na stół, ale moi bliscy bardzo się martwili. Nie było pewne, czy wybudzę się z narkozy… Moja mama jest lekarką, mocno się temu sprzeciwiała. Ale z drugiej strony – jak dalej funkcjonować?

Wtedy odnalazł mnie Oleg. To był chyba cud. Przyszedł i powiedział, żebym przyjeżdżała tu do niego, w góry. Posiedzę dziesięć dni, a potem sama podejmę decyzję, czy poddawać się operacji. Zgodziłam się, tym bardziej, że syn i mama też bardzo mnie do tego nakłaniali. Pomyślałam: „co mi szkodzi?”

Nie, oczywiście, że nie pozbyłam się wszystkich problemów. Jedna nerka nadal nie funkcjonuje. Ale to miejsce pozwoliło mi rozpocząć wszystko od nowa, a przede wszystkim napełniło na nowo energią i chęcią do życia. Widzisz, mówi się, że nam tu dodatkowe ręce wyrastają, że umieramy w cierpieniach. A ja – na odwrót. Odnalazłam tu raj. I nową miłość.

Mój syn, Sanżar, też jest artystą. Pokazywał mi ostatnio jeden ze swoich ostatnich obrazów – kwadratowy świat. „Mama”, powiedział, „my wszyscy żyjemy w kwadratach. Wszyscy jesteśmy ograniczeni. Każdy z nas porusza się w takim niewielkim kwadracie”. I ma rację, tak to wygląda, ale ja chyba właśnie się z tego wyrwałam. Dzisiaj żyję pół na pół, trochę tutaj, trochę w Biszkeku. Chciałabym zerwać na dobre z życiem w wielkiej metropolii. Marzy mi się hodowla kur i baranów… No i pszczoły. Dają mi dużo spokoju. Porozmawiaj z Olegiem, niech ci opowie o apiterapii. No, dość tego gadania. Chcesz jeszcze konfitur z berberysu?

Domowe ciepło Gulnary - na stole stygnie warzywno-serowe leczo, przykryte plackiem domowego wypieku
Domowe ciepło Gulnary – na stole stygnie warzywno-serowe leczo, przykryte plackiem domowego wypieku
Spokojne życie na wpół wymarłego miasteczka
Spokojne życie na wpół wymarłego miasteczka

Miasto

Miasteczko Min-Kusz leży wysoko w górach Kirgistanu. Prowadzi tu tylko jedna droga – ślepa, wyboista i nieutwardzona. Do siedmiotysięcznego Czajeka (centrum regionu) trzeba stąd jechać niemal półtorej godziny; podróż do Biszkeku (stolicy kraju) zajmie około ośmiu godzin. Ta niedostępność okolicy za chwilę może się nieco zmniejszyć dzięki budowanej przez Chińczyków nowej drodze asfaltowej. Nie zmienia to jednak faktu, że Min-Kusz jest jednym z naprawdę urokliwych końców świata – położony pośrodku dzikich, z rzadka porośniętych gór, na których stadami pasą się konie.

– Nazwa miasta oznacza po kirgisku „tysiąc ptaków” – objaśnia Oleg Niekrytow. – Przez bardzo długi czas było to miejsce zupełnie nieodkryte przez cywilizację. Przyroda żyła tu swoim rytmem… I w zasadzie żyje nadal.

Jakby na potwierdzenie słów doktora, akurat w tym momencie na drzewie za oknem pojawia się niewielki dzięcioł. – Cudo – zachwyca się Gulnara.

Górskie położenie miasteczka wymusiło jego wyjątkową formę urbanistyczną. Min-Kusz składa się z czterech dzielnic, nazywanych tutaj placykami, położonych na różnej wysokości i w pewnym oddaleniu od pozostałych części miasta. Dom doktora Niekrytowa, podobnie jak policja i poczta, znajdują się na samym dole. Nieco wyżej, pomiędzy siedemnastym a dziewiętnastym placykiem, wybudowano szpital. Jeśli spod jego wrót wciąż jechać w górę po krętej drodze, najpierw po prawej mignie meczet ze zburzonym do połowy minaretem, a następnie dojedzie się do największego placyku. To tutaj, na samej górze, znajduje się urząd miasta, zasypane wejście do dawnej kopalni uranu i ruiny fabryki długopisów oraz flamastrów.

Najwyższy "placyk" Min-Kusza widziany z niżej położonej dzielnicy
Najwyższy “placyk” Min-Kusza widziany z niżej położonej dzielnicy
Stary grób stojący przy drodze pomiędzy dzielnicami miasteczka
Stary grób stojący przy drodze pomiędzy dzielnicami miasteczka

Reportaże zazwyczaj opisują takie miejsca według jednego schematu: upadł Sojuz, upadły kopalnie. Ludzie nie mają pracy, więc młodzi wyjeżdżają, a starsi piją. Młodzi też zresztą nie stronią od alkoholu, a starsi – nie wahają się przed wyjazdem. Za Breżniewa było życie, później wszystko się skończyło…

– Obecnie stałą płacę otrzymują u nas tylko pracownicy budżetówki – komentuje doktor Niekrytow. – Czyli lekarze, nauczyciele, urzędnicy oraz pracownicy spółdzielni mieszkaniowej. Reszta próbuje wyżyć w inny sposób.

Po latach do Min-Kusza wróciły kopalnie. Te oficjalne. Nieoficjalne, w Polsce zwane biedaszybami, od lat wwiercały się w okoliczne góry. Chałupniczymi metodami wyrywały ziemi surowce, w zamian oddając niejedno ludzkie życie. Teraz w mieście pojawiły się niewielkie prywatne przedsiębiorstwa, prowadzące legalne wydobycie. Odprowadzają podatki, zapewniają profesjonalną technikę górniczą, a przede wszystkim – jako-takie przestrzeganie przepisów BHP.

Nikt nie chce już sięgać po uran. To temat tabu.

Wydobycie węgla jest jednak niewielkie i nie zapewnia pracy wielu osobom. Jaki prawdziwy przemysł można zbudować w miejscu, do którego prowadzi jedna droga, kręta i nieutwardzona? Poza tym nie ma z tego wielkich pieniędzy – tona węgla kosztuje około 1300 somów, czyli nie więcej niż 70 złotych. Ci, którzy nie załapali się na górnicze eldorado, próbują więc wyżyć w inny sposób. Hodują w górach konie i bydło – przynajmniej mięsa nie powinno zabraknąć, bo z warzywami jest już gorzej. Jedyne, co rośnie w tutejszej wysokogórskiej ziemi, to ziemniaki.

Za drewnianymi domami, zbudowanymi na wzór syberyjski, wyrastają równie drewniane wychodki. Większość mieszkańców Min-Kusza nie posiada w domu łazienki. Potrzeby fizjologiczne załatwia się tutaj do dziury w ziemi, a kąpiel można wziąć w jednej z publicznych łaźni. Za odpowiednią opłatą.

Całkowicie upadły instytucje kulturalne. Rdzewieje wiszący na płocie napis „kino”. Deskami zabito okna i drzwi młodzieżowego domu kultury oraz klubu górnika. Przed dawną kasą biletową ustawiają się w kolejce krowy, ale wystarczającym programem kulturalnym jest dla nich świeża trawa.

Dawniej Min-Kusz zamieszkiwało nawet do piętnastu tysięcy ludzi. Później liczba mieszkańców znacznie spadła – według oficjalnych danych obecnie w mieście zameldowanych jest 4200 osób. Jednak dokumenty niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, bo sporo osób wyjeżdża za pracą. – Powiedziałbym, że jest nas dziś niecałe trzy tysiące – szacuje doktor Niekrytow. – To oczywiście dużo mniej, niż za sowieckich czasów, ale więcej, niż mogłeś przeczytać w Internecie, prawda?

Jeden z wielu opuszczonych sklepów na terenie miasteczka
Jeden z wielu opuszczonych sklepów na terenie miasteczka
Wypłowiałe rysunki ozdabiają fasadę opuszczonego przedszkola
Wypłowiałe rysunki ozdabiają fasadę opuszczonego przedszkola

Spacer

Tym, co szczególnie denerwuje doktora Niekrytowa, są rozsiane po sieci artykuły, w sensacyjnym tonie opisujące rzeczywistość Min-Kusza. Regularnie powtarzają się w nich słowa-klucze: wymarłe miasto, zagrożenie radiologiczne, ruiny. Do artykułów dołączono grafiki, stworzone w specyficznym, postapokaliptycznym stylu, pełne znaków radioaktywności i zagrożenia biologicznego. Jako śródtytuł – cytat z sąsiadki małżeństwa Niekrytowów: „Boję się o swoje dzieci”. Wszystko to dostarcza dreszczyku emocji internautom, zafascynowanym tematem radzieckich tajemnic militarnych i szeroko pojętą postapokalipsą. Sensacja sprzedaje się wyjątkowo dobrze, zwłaszcza gdy okrasi się ją znanym na cały świat żółtym znakiem z symbolem radioaktywności.

Tyle tylko, że pogłoski o śmierci miasta są mocno przedwczesne, a przedstawiany przez reportaże obraz – wybiórczy i tendencyjny. Prócz dawnych fabryk oraz instytucji kulturalnych, mało jest tutaj całkowicie opuszczonych budynków. Bywa, że w całym trzypiętrowym bloku mieszka jedna lub dwie rodziny, ale tyle wystarczy, by utrzymać otoczenie we względnym porządku. Bieda gryzie w oczy, czemu nie da się zaprzeczyć, jednak jej poziom nie odbiega znacznie od warunków życia innych wiejskich rejonów Kirgistanu. Po ulicach spacerują krowy, osły i czeredy ludzkich dzieci. Prawdziwa wiejska sielanka na miejscu rzekomego radioaktywnego miasta duchów.

W Min-Kuszu działają obecnie trzy szkoły, trzy przedszkola, technikum, klub sportowy, posterunek milicji, szpital i poczta. Ta ostatnia „otwiera się, kiedy się otwiera”, jak komentuje Gulnara Niekrytowa. Głównym zadaniem miejscowych listonoszy jest roznoszenie emerytur.

Dzięki finansowemu wsparciu UNDP (Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju) oraz rządu rosyjskiego, prowadzone są także programy socjalne, mające wspomóc miejscowych mieszkańców w wychodzeniu ze skrajnej biedy. Ich skala jest różna – od wymiany zbutwiałych okien w jednym z miejscowych przedszkoli, po stworzenie od podstaw zakładu szwalniczego.

– Jesteś rozczarowany? – drwi Oleg Niekrytow. – Oczekiwałeś postapokalipsy, a zobaczyłeś dzieci na ulicach?

Dzieci bawiące się przed opuszczoną szkołą w Min-Kuszu
Dzieci bawiące się przed opuszczoną szkołą w Min-Kuszu

Istotnie, pojawienie się obcego na ulicach Min-Kusza wywołało, jak zawsze w takich miejscach, prawdziwą sensację. Spacerując po mieście, mam ogon pod postacią zgrai miejscowych dzieciaków. Niektóre zachowują pozory – gnają w jedną i drugą stronę na dziecięcych rowerkach, przypadkiem mijając mnie co dwie minuty. Inne nie bawią się w podchody – zamarły, rozdziawiły buzie i grzecznie mówią dzień dobry.

Pod opuszczonym klubem górnika dobiegają mnie gwizdy i nawoływania. Kilkaset metrów dalej stoi grupa nastolatków. Żują pestki słonecznika, plują łupinami na wszystkie strony, a w przerwie pomiędzy pestkami krzyczą, gwiżdżą i machają rękami. Podchodzę. Takiego obrotu wydarzeń chyba się nie spodziewali, bo nagle milkną, wpatrzeni we mnie jak w niespodziewane zjawisko meteorologiczne. Aby rozwiać dziwną atmosferę, zagaduję o stojący obok samochód. Ten symbol sowieckiej motoryzacji już raczej nigdy nie pojedzie, ale dyskusja na jego temat ośmiela podrostków.

– Masz dozymetr? – pyta jeden z nich?
– Mam.
– To zmierz mnie!
– Czysto. Nie świecisz – mówię, przykładając licznik Geigera do ubrania młodego Kirgiza.

Pół godziny później, na nieużywanym przystanku autobusowym w centrum głównej dzielnicy, przysiada się chłopak w wieku około ośmiu lat. Włada nienaganną ruszczyzną, bo rodzice posłali go do rosyjskojęzycznej szkoły.

– Jak tam na południu? – zagaduje.
– Na południu, czyli gdzie?
– No, w Anglii i Francji.
– Nie wiem co słychać w Anglii i Francji. Jestem z Polski.
– Pierwszy raz widzę tu Rosjanina z Polski. Pierwszy raz!

Zagrożenie

To wszystko nie oznacza, że problem nie istnieje. Tujuk-Suu wciąż straszy. Nie przysłania codzienności, ale jednak: nad miastem wisi niewidoczna pogróżka śmiertelnych promieni.

Podobnie jak ukraińska Prypeć, miasto zniszczone przez wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu, Min-Kusz spłaca zaciągnięty niegdyś kredyt. W końcu oba miasta cieszyły się wyjątkowym dobrobytem i moskiewskim statusem ekonomicznym. Inżynierowie z Prypeci otrzymywali czterokrotnie wyższe pensje, niż na innych terenach Związku Radzieckiego. Do oddalonego Min-Kusza przyjeżdżali na zakupy mieszkańcy całego Kirgistanu.

Wszystko dzięki atomowi.

Aby Armia Radziecka mogła przeprowadzać swoje niezliczone próby nuklearne, a czarnobylska elektrownia jądrowa – zaopatrywać w prąd pół Ukrainy, potrzebne były miejsca takie jak to. Uranowe miasta górnicze. To tu spod ziemi wydobywało się drogocenne promieniotwórcze pierwiastki. Mało kto przejmował się wówczas ich szkodliwością, bo co kogo obchodzą niewidoczne promienie z pogranicza rzeczywistości i kiepskiej powieści science-fiction, kiedy w sklepach można dostać prawdziwe kubańskie cygara?

W całym Kirgistanie kilkanaście miejscowości wydobywało lub przerabiało rudę uranu. Majłu-Suu, Ak-Tiuz, Kadży-Saj… Większość z nich jest dziś na wpół wymarła. Jednak to temat Min-Kusza spędza sen z powiek specjalistom od radioaktywności i ekologii.

– Kopalnie uranu nie są problemem, bo dawno je zasypano – opowiada Oleg Niekrytow. – Niektórzy mówią, że wypływające z nich podziemne rzeki mogą stanowić niewielkie zagrożenie. Ale tak naprawdę wszystkim chodzi o składowiska… – doktor zawiesza głos.

Stare kopalnie uranu zostały zasypane
Stare kopalnie uranu zostały zasypane

Odpady radioaktywne, pozostałe po kilku dziesięcioleciach działalności miejscowych kopalni uranu, zakopano w czterech składowiskach zlokalizowanych w pobliżu miasta. Myliłby się jednak ten, kto oczekiwałby na miejscu całodobowej ochrony i wysokiego muru. Gdyby nie płot z siatki, trudno byłoby powiedzieć, gdzie dokładniej leżą radioaktywne śmieci.

Płoty nie są zresztą kompletne. Zostały zniszczone prawdopodobnie przez pasterzy, wypasających na składowiskach stada baranów.

– Czy nie przeraża pana fakt, że zwierzęta pasą się na trawie, która rośnie na kilku tonach radioaktywnych odpadów uranowych? – pytam doktora. – Później wszyscy jecie ich mięso.
– Nie powinny się tu paść – przyznaje Niekrytow. – Ale przecież sam mierzyłeś radiację. I co, widziałeś gdziekolwiek podwyższony poziom?

Stado owiec spędzanych z pastwiska na składowisku odpadów uranowych Tujuk-Suu (składowisko znajduje się około 150 metrów w drugą stronę od miejsca zrobienia zdjęcia)
Stado owiec spędzanych z pastwiska na składowisku odpadów uranowych Tujuk-Suu (składowisko znajduje się około 150 metrów w drugą stronę od miejsca zrobienia zdjęcia)

Rzeczywiście – licznik Geigera, którego tykanie towarzyszy mi przez cały czas pobytu w Min-Kuszu, nie wykazuje żadnej anomalii. Promieniowanie w bezpośrednim pobliżu składowiska odpadów uranowych wynosi 0,2 mikrosiwerta na godzinę. To poziom naturalnego tła promieniowania. Zwykła podróż samolotem naraża nas na kilkunastokrotnie większe dawki radiacji, nie mówiąc już o prześwietleniu medycznym z użyciem promieniowania rentgenowskiego.

Promieniowanie w Min-Kuszu nie wydaje się odbiegać od normy
Promieniowanie w Min-Kuszu nie wydaje się odbiegać od normy

Tyle tylko, że prosty licznik Geigera, w który zaopatrzyłem się przed podróżą, nie zmierzy poziomu promieniowania w wodzie. A to właśnie rzeka jest tutaj największym problemem. Trzy z czterech składowisk znajdują się wysoko w górach i nie stanowią specjalnego problemu. Co innego Tujuk-Suu, uranowe pole położone w bezpośrednim sąsiedztwie miasteczka, a co gorsza, także nad rzeką Min-Kusz. Wartki nurt górskiego potoku od wielu lat niszczy betonowy obwód składowiska – szacuje się, że konstrukcja Tujuk-Suu jest dziś uszkodzona w około 70 procentach. Potok podmywa łąkę, pod którą umieszczono niebezpieczne odpady, a następnie wypływa z drugiej jej strony. 23 radioaktywne litry wody na sekundę.

Doktor Niekrytow kontruje te doniesienia: – Przyjeżdżali do nas niezależni eksperci z wielu krajów i mierzyli poziom radiacji w rzece. Rzeczywiście, w pobliżu składowiska jej poziom może być wyraźnie podwyższony, ale dalej już nie. Nie mówiąc o potokach, które płyną w górach, wysoko nad składowiskiem. To jest najczystsza woda na świecie! Świeża, górska, bez żadnych zanieczyszczeń – przekonuje Oleg Pawłowicz.

Jednak nawet doktor nie neguje konieczności przeprowadzki składowiska w inne, bezpieczniejsze miejsce. Nad Tujuk-Suu wisi bowiem groźba znacznie poważniejsza, niż podmywanie składowiska przez rzekę Min-Kusz. Pobliska góra od wielu lat daje oznaki niestabilności – pozostaje kwestią czasu, kiedy część skał oderwie się od górotworu, powodując ekologiczną katastrofę na miarę połowy kontynentu.

Internet: “Kiedy 450 tysięcy ton radioaktywnych odpadów dostanie się do rzeki Min-Kusz, popłynie z prądem do rzek Koko-Meren i Naryn. Ta ostatnia wpada do Syr-Darii – drugiej pod względem długości rzeki Azji Centralnej. Syr-Daria płynie przez terytoria czterech państw: Kirgistanu, Kazachstanu, Tadżykistanu i Uzbekistanu, kończąc swój bieg w wysychającym Morzu Aralskim. W kirgiskim Ministerstwie Spraw Nadzwyczajnych mówi się, że w przypadku katastrofy w Min-Kuszu, radiacja ze składowiska Tujuk-Suu może dostać się do Morza Aralskiego.”

Walki z zagrożeniem podjęli się specjaliści Unii Europejskiej oraz Rosatomu (Rosyjskiej Państwowej Korporacji Energii Jądrowej). Zgodnie stwierdzono, że odpady z Tujuk-Suu będą przewiezione na inne, oddalone od miasta składowisko. Najpierw jednak trzeba je otworzyć. Tego obawia się w internetowym wywiadzie sąsiadka Niekrytowów: – Jeżeli otworzą składowisko i będą gdzieś przewozić te odpady, to może wpłynąć na nas wszystkich. Boimy się tego.

Od podjętej decyzji nie ma odwrotu. Dziś nad składowiskiem dumnie powiewają flagi Kirgistanu, Rosji, Unii Europejskiej i Rosatomu. Podjeżdżamy z doktorem Niekrytowem akurat w momencie zakończenia zmiany. Robotnicy wsiadają do trzech białych furgonetek, jednak, widząc zbliżającego się doktora, wychodzą mu na powitanie. Salam alejkum, alejkum assalam. Fotografować oczywiście nie wolno.

Po pięciu minutach robotnicy i doktor ostatecznie odjeżdżają, a koło Tujuk-Suu zostaję tylko ja oraz stado baranów, przechodzące przez dziurę w płocie na świeżą, zroszoną uranem trawę. Już nikt nie przeszkadza w fotografowaniu.

Składowisko odpadów uranowych Tujuk-Suu wygląda na pierwszy rzut oka jak zwykła łąka
Składowisko odpadów uranowych Tujuk-Suu wygląda na pierwszy rzut oka jak zwykła łąka

Społecznik

Nie wszyscy w Min-Kuszu chcą, aby kwestia zagrożonego składowiska została raz na zawsze rozwiązana. Chodzi nie tyle o strach, co o potencjalne zyski. Status miasta zagrożonego katastrofą ekologiczno-humanitarną pozwala miejscowym politykom pobierać dotacje celowe.

– Tylko co to jest za zysk? – retorycznie pyta Oleg Niekrytow. – W ramach pomocy humanitarnej przychodziła do nas mąka. Ogromne białe wory, które rozdawano z ciężarówek. I co dalej? Mąka się skończyła, a codzienne problemy zostały. Pieniądze pewnie też czasem przychodzą. Tylko, rozumiesz, w takim kraju nie wszystko jest przejrzyste i transparentne jak u was…
– Nie myślał pan o tym, żeby samemu kandydować na mera miasta?
– To nie dla mnie. Trochę łyknąłem tego świata. Byłem przez jedną kadencję deputowanym w radzie rejonu…

Do rozmowy wtrąca się Gulnara Niekrytowa: – Oleg Pawłowicz został mianowany wybitnym obywatelem rejonu Dżumgalskiego – mówi z dumą. – Cała okolica go zna i ceni. Ale to nie wystarczy. U nas, pardon, korupcja jest naprawdę dużo większym problemem, niż w Europie!
– Poza tym mam dużo pracy jako lekarz. Jeśli zostanę merem, to szpitalowi będę musiał powiedzieć „do widzenia”. A ja chcę po prostu pomagać ludziom.

Doktor Oleg rozmawia z miejscowymi o budowie nowego boiska piłkarskiego w górnych dzielnicach
Doktor Oleg rozmawia z miejscowymi o budowie nowego boiska piłkarskiego w górnych dzielnicach

Jak na kirgiskiego doktora Judyma przystało, Oleg Niekrytow spełnia się więc w działalności społecznej. Jego największe marzenie nie zmienia się od lat: uczynić Min-Kusz ośrodkiem turystycznym z prawdziwego zdarzenia. Od upadu Sojuza minęło prawie trzydzieści lat; gdyby od razu załatwić sprawę z atomem, co drugi blok Min-Kusza byłby już pensjonatem. Rozwinęłaby się turystyka, a przyjezdni z całego świata podziwialiby niczym nie skażoną pierwotną przyrodę okolicy. Można by zbudować bazę narciarską i rozwinąć turystykę konną – do jeziora Som-Kuł, będącego jedną z turystycznych pereł Kirgistanu, jest stąd niespełna pięćdziesiąt kilometrów. Zamiast całymi dniami łuskać słonecznik na progu domów, ludzie pracowaliby w turystyce. Poziom życia wyraźnie by się podniósł i nikt nawet by nie mówił o przywożeniu mąki z pomocy społecznej…

Wysokie góry rozpościerają się zaraz za granicą miasteczka
Wysokie góry rozpościerają się zaraz za granicą miasteczka

No i as w rękawie doktora: apiterapia. Leczenie pszczołami. – Nie chodzi o miód i propolis, a o sen na ulach. Każdy organ człowieka ma swój biorytm, swoją energię. Choroba rozpoczyna się wtedy, kiedy ten rytm zostaje naruszony. W dużych miastach narusza go ciągła gonitwa, wszystkie te codzienne sprawy, samochody. Tam trzeba biegać, tam nie wolno, tam ktoś na ciebie krzyczy, tam coś ci każą… to wszystko się w człowieku odkłada i niszczy wewnętrzną harmonię – tłumaczy Niekrytow. – Dlatego chciałbym wybudować domki na ulach. Kiedy śpisz na ulu, to drgania pszczół, ich rytm, ich uspokajające brzęczenie, wszystko to wpływa na stan twoich wewnętrznych organów. Dzięki temu człowiek czuje się świeży, odmłodzony i pełny energii.

Gulnara: – Leżaki nad rzeką. Góry. Herbata. Pszczoły. Nie chcemy tu budować żadnych wielkich ośrodków. Współczesność, te wszystkie samochody, te plastikowe siatki, to ucieczka od natury. A my na odwrót: chcemy ludziom pokazać prawdziwą naturę.

Pszczoły - ulubienice doktora
Pszczoły – ulubienice doktora

Niespodzianka

Pod koniec wizyty w Min-Kuszu jadę z Olegiem Niekrytowem za miasto, na warzywną działkę znajomego. Wchodzimy na teren gospodarstwa, oglądając próby sadzenia warzyw w niegościnnej górskiej ziemi. Ciszę wiejskiej sielanki przerywa jednak wysoki, powtarzający się dźwięk.

– Filip, telefon ci dzwoni.
– Telefon? Nie, mam go w ręce.
– To w takim razie co?
– Ach, rzeczywiście coś dzwoni. Ale to…

Alarm licznika Geigera. Po raz pierwszy w okolicy urządzenie sygnalizuje podwyższony poziom promieniowania. Licznik milczał, gdy chodziłem po składowiskach odpadów radioaktywnych. Milczał w pobliżu zasypanych kopalni uranu. Nie wydał z siebie ani dźwięku, gdy podchodziliśmy do dawnych fabryk i opuszczonych domów. Zaczął piszczeć dopiero na działce warzywnej, kilkanaście kilometrów od miasteczka.

Wstępne wskazania mówią o promieniowaniu na poziomie dwóch-trzech mikrosiwertów na godzinę. To nadal niewiele, ale nie wolno tego zbagatelizować. Przeszukujemy każdy zakątek działki, zbliżając dozymetr do różnych przedmiotów: łopaty, dachu budki na narzędzia… W końcu znajdujemy: promieniowanie zwiększa się ponad trzystukrotnie, gdy przykładamy licznik Geigera do leżących na ziemi płytek chodnikowych. Wskazania urządzenia notują trzydzieści cztery mikrosiwerty. To dawka znacznie podwyższona, jednak nie niebezpieczna dla zdrowia w przypadku jednorazowego narażenia na ekspozycję; godzinne siedzenie na radioaktywnych płytkach równa się dawce promieniowania otrzymanej w trakcie lotu transatlantyckiego. Dużo większym problemem może być ciągła, wieloletnia praca w ich pobliżu.

– Przyniósł je poprzedni właściciel działki… – znajomy doktora Niekrytowa ociera pot z czoła. – Mówiliśmy na niego wujek Misza. Pracował w fabryce i stamtąd wynosił różne materiały; pod koniec Sojuza wszyscy tak robili. No i cholera wie, z czym miały te płytki do czynienia… Wujek Misza już nie żyje.
– Nic dziwnego.
– On nie od tego zmarł. Powiesił się.


Za pożyczenie licznika Geigera serdecznie dziękuję Hubertowi!


Jeżeli podobał Ci się ten materiał, wesprzyj mnie na Patronite. Blog utrzymuje się bez reklam ani materiałów sponsorowanych, a pracy nad tym wszystkim jest… niemało ;)


Poza głównym kadrem

– Muszę odwiedzić chorego bratanka – zasępił się doktor Oleg. – Jedziesz ze mną?

Pojechałem. Niemal godzinę pokonywaliśmy piaszczyste zakręty, jadąc cały czas pod górę. Krewny mieszkał wysoko ponad miastem, wyżej nawet, niż ruiny fabryki past do flamastrów i długopisów. Samotna chatka wśród bezkresu łysych gór.

Na miejscu ustaliliśmy, że chorego lepiej nie odwiedzać. To nic strasznego, prawdopodobnie grypa, ale nie wiadomo, czy nie zaraża. Poza tym szkoda stresować człowieka. Wyszedłem więc przed dom, pogłaskałem osły i kota, a następnie zacząłem schodzić w kierunku miasta. Pół godziny później minęła mnie pędząca karetka.

Słynna “tabletka”, czyli ambulans UAZ-452A, to symbol radzieckiej służby zdrowia. A także niedofinansowanej postradzieckiej. Jak tutaj, w górach Kirgistanu. Przypomnijmy: doktor Oleg, lekarz z trzydziestoletnim stażem, zarabia trzynaście tysięcy somów miesięcznie (około siedmiuset złotych). W jego pensję wlicza się dodatek za “specjalne warunki pracy” (służbę w oddalonej od cywilizacji placówce) oraz zwiększony wymiar pracy (łącznie jeden i jedna czwarta etatu).

A co z bratankiem?

– Nic wielkiego się nie stało – uspokajał mnie doktor, gdy dwie godziny później spotkaliśmy się w mieście, na dole. – Trzeba było zrobić parę zastrzyków. Poleży i wyjdzie z tego.

Karetka jedzie do chorego mieszkającego w najwyżej położonej części Min-Kusza
Karetka jedzie do chorego mieszkającego w najwyżej położonej części Min-Kusza
Ruiny fabryki długopisów i flamastrów
Ruiny fabryki długopisów i flamastrów
Drewniane syberyjskie domy stanowią większość zabudowy miasteczka
Drewniane syberyjskie domy stanowią większość zabudowy miasteczka
Pomimo znaków informujących o niebezpieczeństwie, życie toczy się tu swoim rytmem
Pomimo znaków informujących o niebezpieczeństwie, życie toczy się tu swoim rytmem
W centrum miasteczka wskazania dozymetru również nie odbiegają od normy. Ile jednak wynoszą we wnętrzach domów? Jakie przedmioty znajdują się w miejscowych mieszkaniach? To zupełnie inna opowieść...
W centrum miasteczka wskazania dozymetru również nie odbiegają od normy. Ile jednak wynoszą we wnętrzach domów? Jakie przedmioty znajdują się w miejscowych mieszkaniach? To zupełnie inna opowieść…

Zobacz też:

Zawód: babuszka z Czarnobyla. O masowej turystyce w Strefie Wykluczenia
Radzieckie imiona: swojego syna nazwę Traktor
Autostopem przez Kirgistan. Baba Wanga, wielbłąd i polscy naziści (1)
Polski atom? Na tropie baz nuklearnych w lasach Pomorza
Ręce do góry! Mroczna podróż przez zniszczony Donieck
Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

Dodaj komentarz