Tam, gdzie koty nie mają ogonów

Monotonne kołysanie promu powoli się uspokaja. Czyżbyśmy dopłynęli? Naprawdę udało mi się dostać na sam skraj ogromnej Rosji?

Wybiegam na pokład, ale ciągle nic nie widać. Mieliśmy wejść do portu poprzedniego dnia, jednak z powodu mgły spędziliśmy noc na redzie. Dopiero nad ranem kapitan zdecydował się podejść do nabrzeża.

W końcu… jest! Przez tumany mgły przenika jaskrawopomarańczowa kurtka robotnika portowego. Stoi pięć, maksymalnie dziesięć metrów od burty statku i z zapałem wiąże rzuconą mu linę. Prócz niego widzę też otulające nabrzeże stare opony, zabezpieczające statki przed zarysowaniem burty. I to tyle. Jakiż byłem naiwny, oczekując rozległej porannej panoramy Jużno-Kurylska!

Pierwszy widok Jużno-Kurylska. Statek Igor Farchutdinow przybył do portu
Pierwszy widok Jużno-Kurylska. Statek Igor Farchutdinow przybył do portu

Kurylskie czereśnie

Wychodząc z portu, spotykam pierwszego człowieka. Rysy środkowoazjatyckie, karnacja dużo ciemniejsza od mojej. – Ilham, jestem z Kazania – przedstawia się. – Kupisz mi piwo?

Stanowczo odmawiam i mam zamiar iść dalej, ale Ilham nalega: – No kup mi, oddam ci za chwilę, tylko wypłacę z banku. Bank otwierają za 20 minut, a mnie suszy.

Otępienie podróżą, poranny głód, czy zachwyt, spowodowany daleką podróżą? Już teraz nieważny jest powód, dla którego się godzę. Idziemy do sklepu, kupuję Ilhamowi puszkę piwa za 90 rubli (5,50 zł), a ten wysysa zawartość jednym haustem i rzuca puszkę do rowu. – Po pierwsze to ją podnieś – mówię – a po drugie teraz idziemy do banku.

– No, idziemy – zgadza się Ilham. – Nie bój się, ja muzułmanin, u nas się dotrzymuje danego słowa. Ty do pracy?
– Turysta.
– Turysta?! Sam? Jeden? – Ilham wytrzeszcza oczy. – No to mi kumple nie uwierzą. – Po chwili namysłu: – A widziałeś, że tutaj koty nie mają ogonów?
– Jak to nie mają?
– No, nie mają. Japońskie bobtailery, czy jakoś tak. Czekaj, tu w prawo, i już będzie bank.

Ilham wchodzi do budynku Sbierbanku, a ja wyszukuję wzrokiem jakiegokolwiek kota. Nie ma żadnego. Mgła zaczyna się przerzedzać, choć nadal ledwo dostrzegam budynki stojące po drugiej stronie ulicy.

– Eee, no jest problem – mówi tymczasem mój dłużnik, wychodząc ze świątyni pieniądza.
– Wiedziałem – mówi moje przeczucie, ale z ust wydobywa się tylko: – Obiecałeś, że zwrócisz.
– No na pewno, na pewno… Może pójdziemy do mnie? Zostawisz plecak…
– Nigdzie nie idę, chcę tylko moje pieniądze.
– No to nie wiem – głowi się Ilham – pójdziemy może do sklepu. Mam tam znajomego.

Zanurzamy się więc w kolejne podwórka Jużno-Kurylska, a ja zaczynam się irytować. Nie chodzi o pięć złotych, tylko o stracony czas. A przede wszystkim o to, że – nie wiedzieć dlaczego – naprawdę mu zaufałem. Może chciałem wierzyć w to, że na końcu świata nie ma cwaniaków? Że wymarzona podróż to nie miejsce na rozczarowania?

Czekam przed sklepem, gdy Ilham wchodzi negocjować kolejną pożyczkę. Nie spodziewam się niczego dobrego. Ten jednak wychodzi z brzoskwinią i czterema czereśniami. – Nie mam jeszcze kasy – żali się – ale kupiłem ci owoce. Hot-doga też zamówiłem.

Wybucham śmiechem i macham ręką na pożyczone sto rubli. Nie wiem, co tu się właśnie wydarzyło, ale same cztery czereśnie kosztują w Jużno-Kurylsku właśnie około pięciu złotych. – Dobra, daj spokój, wszystkiego dobrego bracie – mówię Ilhamowi i odchodzę ze śmiechem.
– A hot-dog?! – krzyczy tamten.
– Zjedz go ze smakiem. Dzięki, ale nie jem mięsa – odkrzykuję, a Ilham doznaje kolejnego tego dnia szoku.

Poranna mgła powoli się przerzedza
Poranna mgła powoli się przerzedza
Widok w stronę zachodniego cypla Jużno-Kurylska. Po lewej miejscowa elektrownia
Widok w stronę zachodniego cypla Jużno-Kurylska. Po lewej miejscowa elektrownia

Przyjezdni na skraj świata

Choć Wyspy Kurylskie leżą na samym końcu Rosji oraz całego kontynentu, spotyka się tutaj przedstawicieli bodaj wszystkich regionów największego kraju świata (oraz państw sąsiednich). Ceny są tutaj “północne”, co widać na przykładzie czterech czereśni za równowartość pięciu złotych, ale równie “północnie” kształtują się płace. Robotnik, ściągnięty na kilka miesięcy do Jużno-Kurylska, jest w stanie odłożyć sporą sumę pieniędzy. Kuryle są więc dla Rosjan miejscem takim, jak dla Polaków Londyn, czy dla Ukraińców Warszawa.

Nie można niestety mówić o jakichkolwiek “rdzennych mieszkańcach”. Ajnowie, lud zamieszkujący Kuryle na długo przed przybyciem tu Japończyków i Rosjan, są mniejszością niemal zupełnie wytrzebioną (niewielka społeczność zamieszkuje jedynie wyspy Hokkaido oraz Sachalin). Japończycy, poprzedni władcy Jużno-Kurylska, czy raczej ówczesnego Furumakappu, zostali z wyspy wypchnięci w ramach działań wojennych. Cała ludność miasteczka jest więc napływowa i może dzielić się jedynie na tych “mniej napływowych” (najczęściej rybaków, urodzonych po wojnie w rosyjskich rodzinach) oraz “bardziej napływowych” (robotników sezonowych, wśród których dominują narody Azji Środkowej).

Na jużnokurylskiej poczcie wystawiono książkę kodów pocztowych... Uzbekistanu
Na jużno-kurylskiej poczcie wystawiono książkę kodów pocztowych… Uzbekistanu
Szkolny autobus dowozi dzieciaki do szkół w centrum Jużno-Kurylska
Szkolny autobus dowozi dzieciaki do szkół w centrum Jużno-Kurylska

Kucharki na bosaka

Świadectwem tej mieszanki kulturowej jest stojący w centrum Jużno-Kurylska Dom Przyjaźni Rosyjsko-Japońskiej, zbudowany w ściśle japońskim stylu przy wsparciu Kraju Wschodzącego Słońca. Wnętrze wyściełają maty, dlatego przed wejściem do środka należy zdjąć buty. Cała jednak reszta jest już ściśle zruszczona, a zwłaszcza… kuchnia.

Trafiam tu wkrótce po przygodzie z Ilhamem. Coś trzeba zjeść. Plecak mam wyładowany po brzegi warzywami w puszkach, słodyczami i wszystkim, co dało się kupić parę dni temu za względnie normalne pieniądze – to na wypadek panującej na wyspach śmiertelnej drożyzny. Gdzieś w głębi duszy liczę jednak na to, że ciepłe śniadanie nie zedrze ze mnie resztek pieniędzy.

I nie zdziera – za jajecznicę i kawę płacę około dziesięciu złotych. Tyle tylko, że kawa to rozpuszczalne “Nescafe 3 w 1”, przygotowane w niezbyt ciepłej wodzie, a jajecznica w wydaniu rosyjskim oznacza dwa jajka sadzone w głębokim tłuszczu. To ten najgorszy moment podróży po rosyjskich bezdrożach. Nie ma nic straszniejszego dla podniebienia, niż rosyjska kuchnia w wydaniu stołówkowym.

Kucharki są za to przemiłe. Kiedy pięć godzin później wrócę do nich, żeby za trzydzieści złotych zamówić obiad składający się z niedoprawionego ryżu i zimnej tłustej ryby, zaoferują podgrzanie ryby w mikrofalówce. Uśmiechną się przy tym, porozmawiają, pozwolą zostawić plecak na parę godzin. Aż się wybacza tę rybę.

Obiad za ~30 złotych: zupa z mięsem (miała być bez), smażona w głębokim tłuszczu ryba (podana na zimno) i woda owocowa
Obiad za ~30 złotych: zupa z mięsem (miała być bez), smażona w głębokim tłuszczu ryba (podana na zimno) i woda owocowa
Mieszkańcy Jużno-Kurylska codziennie spoglądają na majaczącą w oddali sylwetkę wulkanu Tiatia
Mieszkańcy Jużno-Kurylska codziennie spoglądają na majaczącą w oddali sylwetkę wulkanu Tiatia
Muszą zwracać uwagę nie tylko na zagrożenie wulkaniczne, ale i na trzęsienia ziemi oraz wielkie fale - w niżej położonych częściach miasteczka stoją tabliczki ostrzegające przed tsunami
Muszą zwracać uwagę nie tylko na zagrożenie wulkaniczne, ale i na trzęsienia ziemi oraz wielkie fale – w niżej położonych częściach miasteczka stoją tabliczki ostrzegające przed tsunami

Wojenna historia, wojenna teraźniejszość

Samo miasteczko sprawia dobre wrażenie. Jest czyste i całkiem zadbane. Na centralnym placu za pomnikiem Lenina posadzono rzędy kwiatów. W dobrym stanie są tutejsze drogi (choć zaraz za granicą Jużno-Kurylska kończy się asfalt). Nie znajdzie się tu obrazków znanych z innych części Rosji – sypiących się bloków, opuszczonych budynków na co drugiej ulicy. Jużno-Kurylsk wygląda, jakby chciał żyć, jakby liczył, że najlepsze dopiero przed nim. Całkiem możliwe, że tak właśnie jest. W dobie szalejącej turystyki liczba osób odwiedzających dalekie wulkaniczne wyspy będzie się tylko zwiększać.

Główny plac Jużno-Kurylska. Pośrodku oczywiście pomnik Lenina
Główny plac Jużno-Kurylska. Pośrodku oczywiście pomnik Lenina
Centrum
Centrum
Bloki mieszkalne jeszcze przed rewitalizacją (czy, jak to mówią Rosjanie, "euroremontem")
Bloki mieszkalne jeszcze przed rewitalizacją (czy, jak to mówią Rosjanie, “euroremontem”)

Zapomniane są jedynie statki, dogorywające w zatoce koło portu, oraz liczne bunkry i umocnienia.

Mewy obsiadają stare wraki statków
Mewy obsiadają stare wraki statków

Kuryle, jako przedmiot permanentnego sporu terytorialnego z Japonią, a zarazem pierwsze rosyjskie terytorium patrząc od strony Stanów Zjednoczonych, to teren silnie zmilitaryzowany. Do dnia dzisiejszego wyspy objęte są reżimem specjalnej strefy przygranicznej, zgodnie z którym każdy odwiedzający musi posiadać przepustkę wydaną przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Niedawno ze strefy przygranicznej wyłączono jedynie sam Jużno-Kurylsk, lotnisko, oraz rozdzielający je pas terenu.

O czasach, kiedy wszystko tu było jeszcze ścisłą tajemnicą wojskową, świadczą rozsiane po nabrzeżu betonowe bunkry. Z groźnie wyglądających wieżyczek radzieccy żołnierze patrzyli z podejrzliwością w stronę Stanów i Japonii. Dziś wieżyczki zostały rozebrane, bo niebezpieczeństwo konfliktu może wciąż się tli, ale raczej nikt się tu już nie spodziewa morskiej inwazji.

Stare bunkry niszczeją na obrzeżach miasteczka
Stare bunkry niszczeją na obrzeżach miasteczka

Miasto bezogonowych kotów

Wracając znad morza, wreszcie spotykam pierwszego kota. Ufnie podchodzi do moich nóg, ocierając się i mrucząc. Ilham miał rację – rzeczywiście nie ma ogona! Tylko że to nie żaden “japoński bobtailer”, a… kurylski bobtail!

Wyspy Kurylskie mają więc swoją własną rasę kotów. Jej rodowód nie jest do końca jasny. Niektórzy mówią, że to mieszanka kotów syberyjskich z bezogonowymi japońskimi bobtailami. Inni – że to zupełnie osobna rasa, u której skrócenie ogona wiąże się z przyczynami naturalnymi.

Jedno jest pewne – to chyba najbardziej wyjątkowa rzecz, jaką tu zobaczę.

Typowy kurylski bobtail na ulicy Jużno-Kurylska
Typowy kurylski bobtail na ulicy Jużno-Kurylska
On z ogonem, ona bez. Miłość i tak kwitnie
On z ogonem, ona bez. Miłość i tak kwitnie
Miasto bezogonowych kotów
Miasto bezogonowych kotów

Tego dnia spotkam jeszcze Rosjan, którzy prawdziwie kochają Polskę. Zaprzyjaźnimy się i spędzimy razem wspaniałe chwile, o których na pewno jeszcze napiszę – to nie koniec kurylskich historii na Stacji Filipa.

W domu Julii i Jewgienija zasypiać będę z mruczeniem Niawy – (prawie) bezogonowej domowej kotki. 

[youtube=https://www.youtube.com/watch?v=PTcmVuj3_FQ&feature=youtu.be]


Zobacz też:

Autorski kalendarz na rok 2020! 

 

Min-Kusz: życie na beczce uranu 

 

Rosjanie, którzy kochają Polskę. Wzruszające spotkanie 9 tys. km od domu

 

Autostopem przez biel

 

Akarmara. Ruskie safari

 

Fanpage Stacji Filipa na Facebooku

2 komentarzy

  1. Robb Maciąg says: Odpowiedz

    Uwielbiam te twoje odwiedziny w nieoczywistych miejscach.

  2. Dd says: Odpowiedz

    Super ciekawe. Dzieki.

Dodaj komentarz