Byłem w paszczy smoka. Razem ze mną stała Nowolezandka z aparatem, małomówna Francuzka i młody wandal z Niemiec. Do paszczy dostaliśmy się gardłem.
Spomiędzy zębów oglądaliśmy widok na rozciągające się obok jezioro, gdy nagle chłopak wyciągnął puszkę spreju i namalował na ścianie dziwny kształt. Ni to koło, ni to trójkąt, ni to słoń. Podpis. Sztuka. Artyzm. Ty tego nie zrozumiesz.
– Po co to robisz? – spytałem z politowaniem.
– W sumie to nie wiem – wzruszył ramionami. – Chcę coś po sobie zostawić.
– Wartościowe rzeczy po sobie zostawiasz. Skąd w ogóle jesteś?
– Z Lipska. Niemcy.
No tak, wiadomo. Bananowa młodzież z bogatego kraju. Dziewiętnastolatek, dla którego wycieczka na drugi koniec świata jest czymś absolutnie oczywistym. Tygodniowe życie w Wietnamie kosztuje go mniej, niż dobra impreza we własnym mieście, więc co tu w ogóle porównywać. Dzisiaj zostawia swój “ślad” tutaj, a za miesiąc narysuje go na ścianie inkaskiego miasta w Peru. Odkrywanie dalekich lądów Anno Domini 2018. A może zakocha się w Nowozelandzce i pojedzie w odwiedziny do jej rodzinnego Christchurch?
Nie, Nowozelandka by go nie chciała. Fajna jest. Trochę gawędzimy, każde z nas ze swoją fotograficzną maszynerią. Phoebe niedawno wróciła z Afryki, wkrótce leci do Europy. Teraz Wietnam na dwa tygodnie. Przyjechała tu, bo słyszała, że to fotogeniczne miejsce. Alternatywne fotogeniczne miejsce.
Taa, alternatywne. Park rozrywki Ho Thuy Tien jest niby opuszczony, ale na miejscu spaceruje tylu zachodnich turystów, że spokojnie mogliby uruchomić te wszystkie atrakcje z powrotem. Gdyby park cieszył się taką popularnością kilkanaście lat temu, pewnie nikomu nie opłacałoby się go opuszczać.
Ho Thuy Tien jest po prostu dobrze opisany i łatwo osiągalny, a w związku z tym – modny. Leży zaledwie osiem kilometrów od Hue – miasta królów, dawnej stolicy kraju i obowiązkowego punktu na mapie turystycznej. Każdy, kto robi Wietnam, po drodze zajedzie do Hue. Część z tych robiących Wietnam turystów zajrzy też do opuszczonego parku rozrywki. Tego ze smokiem.
Tego z wielkim, wysokim na kilkanaście metrów smokiem, do którego paszczy można wejść przez gardziel. Ze smokiem, w którego środku mieściły się obszerne akwaria z rybkami i krokodylami. Ze smokiem, który od paru miesięcy nosi na sobie podpis młodego Niemca z Lipska.
Smok jest super i nic dziwnego, że turyści do niego lgną. Dobrze, że akurat on zdążył powstać. Park Ho Thuy Tien nigdy nie został dobudowany do końca – oprócz smoka jest tu jeszcze jeszcze amfiteatr i park wodny z zakręconymi zjeżdżalniami.
Dreszczyku emocji dodaje przekazywana z ust do ust historia o śmiertelnie jadowitych wężach i krokodylach, które po upadku parku miały zagnieździć się w basenach. To dobre story, bo urozmaica przekaz na Instagramie pod fotką ze smokiem. Sam się trochę tych węży bałem, przyznaję (teraz mogę uatrakcyjnić nimi wpis na blogasku). Nie bały się za to krowy, chłepczące z basenów wodę.
Zresztą, nie mogło tu być nic aż tak niebezpiecznego, bo przecież wówczas nikt nie pobierałby od turystów… pieniędzy. Na wejściu do parku stoi paru Wietnamczyków, którzy za wejście na teren opuszczonego parku rozrywki kasują opłatę w wysokości 10 000 dongów (~1,50 PLN).
Płatny urbex? Tego to jeszcze nie grali. Sensem miejskiej eksploracji jest odwiedzanie niedostępnych lub trudno dostępnych miejsc, często z naruszeniem prawa lub obyczajów. Dreszczyk emocji. Kiedy takie hobby łączy się z mainstreamem, powstaje dziwna hybryda typu “wycieczki do Czarnobyla”. To już nie to samo… Ale smok jest świetny i warto do niego podjechać, kiedy już robi się Wietnam.
Zobacz relację zdjęciową z opuszczonego parku rozrywki Ho Thuy Tien w Wietnamie:












Aby dojechać do parku Ho Thuy Tien, z pobliskiego Hue najlepiej wypożyczyć skuter lub skuter z kierowcą. Podróż trwa około 20 minut i powinna kosztować 40-50 tys. dongów.

Zobacz też:





Zapraszam także do polubienia Stacji Filipa na Facebooku.